sunsilk
08.01.07, 18:59
wlasnie rozpada sie moj zwiazek. jestesmy ze soba prawie trzy lata, zareczeni,
za 4 miesiace mamy wyznaczony termin slubu, ktorego chyba nie bedzie. mamy
kupiony razem dom, ktory za miesiac, dwa bedzie gotowy do odbioru, w ktory
wsadzilam kilkadziesiat tysiecy swoich oszczednosci, jeszcze w czasach, gdy
kochalismy sie jak szleni i nie przyszlo mi do glowy, ze kiedykolwiek bedzie
tak zle.
od jakiegos czasu mamy kryzys, ktory teraz siegnął dna. i o ile ja wierze, ze
kryzysy sie zdazaja i mozna je pokonac, tak moj facet uwaza chyba ze nic
dobrego nas juz nie czeka. wczoraj wieczorem powiedzial mi tak przykre rzeczy,
ze naprawde mialam go dosc. do tego opowiedzial tez jakies przeinaczone
brednie o mnie swojej rodzinie, czym czuje sie tak zraniona, ze nie potrafie
nawet o tym mowic.
i to tak cholernie boli, bo mimo wszystko chce nadal byc z nim, chce to
ratowac, pamietam wszystkie cudowne chwile razem i wydaje mi sie, ze sie po
prostu pogubilismy gdzies w problemach zycia codziennego. a on zachowuje sie
teraz, jakbym byla jego najgorszym wrogiem, jakby chcial mi dokopac, pokazac,
kto tu rzadzi. i sprawia mi taki bol. mieszkamy razem, wiec kiedy jestesmy
razem w domu to ze mnie robi sie wrak czlowieka. szczerze mowiac, to gdzies
podswiadomie w srodku siebie przygotowuje sie na to, ze mnie zostawi, i wiem,
ze to bedzie dla mnie koszmar, bo tak naprawde nikogo nigdy tak mocno nie
kochalam jak jego.
czy ktos z was wyszedl z takiego glebokiego kryzysu? czy sobie poradzil? jak
ja mam sie zachowywac, zeby zachowac swoj honor i godnosc i jednoczesnie nie
zrobic z siebie wraka? jak reagowac na jego przykre slowa i czyny, ktore mnie
tak bardzo rania? jak przetrawic to, ze kochalismy sie tak bardzo, a teraz to
tak wyglada? jak pogodzic sie z faktem, ze kiedys, w sumie jeszcze niedawno
byl taki kochajacy, a teraz zachowuje sie, jakby mial na mnie uczulenie. a
jeszcze pare dni temu mowil, ze mu zalezy i ze chce ratowac ten zwiazek razem
ze mna...
przepraszam za chaos mysli i literowki, ale jestem w fatalnym stanie... mam
nadzieje, ze mi wybaczycie...
siedze sama w domu i jest mi tak strasznie smutno... jedyne istoty, ktore chca
sie do mnie przytulac to moje koty (na ktore prawdopodobnie nie bedzie mnie
stac po rozstaniu, a przeciez nie moge ich oddac...)