Dodaj do ulubionych

ratunku.... :(

08.01.07, 18:59
wlasnie rozpada sie moj zwiazek. jestesmy ze soba prawie trzy lata, zareczeni,
za 4 miesiace mamy wyznaczony termin slubu, ktorego chyba nie bedzie. mamy
kupiony razem dom, ktory za miesiac, dwa bedzie gotowy do odbioru, w ktory
wsadzilam kilkadziesiat tysiecy swoich oszczednosci, jeszcze w czasach, gdy
kochalismy sie jak szleni i nie przyszlo mi do glowy, ze kiedykolwiek bedzie
tak zle.

od jakiegos czasu mamy kryzys, ktory teraz siegnął dna. i o ile ja wierze, ze
kryzysy sie zdazaja i mozna je pokonac, tak moj facet uwaza chyba ze nic
dobrego nas juz nie czeka. wczoraj wieczorem powiedzial mi tak przykre rzeczy,
ze naprawde mialam go dosc. do tego opowiedzial tez jakies przeinaczone
brednie o mnie swojej rodzinie, czym czuje sie tak zraniona, ze nie potrafie
nawet o tym mowic.

i to tak cholernie boli, bo mimo wszystko chce nadal byc z nim, chce to
ratowac, pamietam wszystkie cudowne chwile razem i wydaje mi sie, ze sie po
prostu pogubilismy gdzies w problemach zycia codziennego. a on zachowuje sie
teraz, jakbym byla jego najgorszym wrogiem, jakby chcial mi dokopac, pokazac,
kto tu rzadzi. i sprawia mi taki bol. mieszkamy razem, wiec kiedy jestesmy
razem w domu to ze mnie robi sie wrak czlowieka. szczerze mowiac, to gdzies
podswiadomie w srodku siebie przygotowuje sie na to, ze mnie zostawi, i wiem,
ze to bedzie dla mnie koszmar, bo tak naprawde nikogo nigdy tak mocno nie
kochalam jak jego.


czy ktos z was wyszedl z takiego glebokiego kryzysu? czy sobie poradzil? jak
ja mam sie zachowywac, zeby zachowac swoj honor i godnosc i jednoczesnie nie
zrobic z siebie wraka? jak reagowac na jego przykre slowa i czyny, ktore mnie
tak bardzo rania? jak przetrawic to, ze kochalismy sie tak bardzo, a teraz to
tak wyglada? jak pogodzic sie z faktem, ze kiedys, w sumie jeszcze niedawno
byl taki kochajacy, a teraz zachowuje sie, jakby mial na mnie uczulenie. a
jeszcze pare dni temu mowil, ze mu zalezy i ze chce ratowac ten zwiazek razem
ze mna...


przepraszam za chaos mysli i literowki, ale jestem w fatalnym stanie... mam
nadzieje, ze mi wybaczycie...
siedze sama w domu i jest mi tak strasznie smutno... jedyne istoty, ktore chca
sie do mnie przytulac to moje koty (na ktore prawdopodobnie nie bedzie mnie
stac po rozstaniu, a przeciez nie moge ich oddac...)
Obserwuj wątek
    • alfika Re: ratunku.... :( 08.01.07, 19:03
      jeśli to kryzys, to przede wszystkim odłożyłabym ślub na dużo później
      wspólne życie i miłość nie zależą od uroczystości - a uroczystość i miłość
      powinny jak najbardziej iść w parze

      najpierw spróbujcie się porozumieć
      • sunsilk Re: ratunku.... :( 08.01.07, 19:28
        ja takze od kilu dni przychylam sie do zdania, ze slub chyba trzeba przlozyc. bo
        wole byc kochana bez obraczki niz zaobraczkowana i nieszczesliwa. a mam
        wrazenie, ze ten slub wywiera niepotrzebna presje. niestety jeszcze niedawno
        mialam inne zdanie i wydawalo mi sie, ze przelozenie tego slubu to bedzie koniec
        (moze dlatego, ze byl juz raz przelozony z powodu smierci bliskiej osoby z
        rodziny mojego faceta, to on zdecydowal, ze nie chce w zalobie slubu, a ja z
        bolem, ale zaakceptowalam jego decyzje). troche boje sie, ze to znak, ze tego
        wogole ma nie byc, skoro to juz drugi raz bedzie przekladany. jesli ktos wierzy
        w znaki. z drugiej strony nie chce nic na sile, nie chce meza na sile, bez
        milosci, tymbardziej ze moj facet tez teraz racvzje tego slubu nie chce.
        zmierzam jednak do tego, ze teraz nie potrafie z nim nawet porozmawiac. on jest
        zly i poturbowany psychicznie, jest w sumie zly na cos, czego tak naprawde nie
        bylo, zle zrozumial jedno moje zdanie i obrazil sie smiertelnie, grozi mi
        odejsciem. nie potrafie go przekonac, ze co innego mialam na mysli, tymbardziej,
        ze siostra, z ktora rozmawial o tym, utwierdzila go w jego blednym przekonaniu.
        on mi teraz nie wierzy. wiec jak mu powiem, ze ja teraz tez nie chce juz tego
        slubu, to tez mi zapewne nie uwierzy, stwierdzi, ze to jakis moj chwyt, zeby cos
        na nim wymusic. bo tak ostatnio konczyly sie nasze rozmowy. ja probowalam mu
        wyjasnic, co mnie boli, czego sie boje, on na to stwierdzal, ze probuje slub na
        nim wymusic. ja juz po prostu nie mam sily na takie rozmowy. za bardzo mnie
        rania, za bardzo godza w poczucie mojej wlasnej wartosci. nie mam sily n-ty raz
        mu tlumaczyc, ze mnie nie rozumie, ze nie chce go na sile zaciagnac do oltarza,
        ze rozmawiam z nim tylko dlatego, ze mam problem i nie wiem, co robic. kazda
        taka rozmowa konczyla sie klotnia i stwierzeniem, ze maniupuluje nim. co mnie
        tak boli. niezrozumienie na calej linii. dlatego zaprzestalam o tym rozmow, z
        reszta ostatnia skonczyla sie jego stwierdzeniem, ze to co jest miedzy nami nie
        ma juz sensu, wiec nawet nie wiem, czy to nie koniec sie zbliza wielkimi
        krokami. a tak bardzo tego nie chce. jestesmy ze soba 2,5 roku z czego ponad 2
        lata mielismy poczucie, ze jestesmy dla siebie stworzeni. czy moglismy sie tak
        pomyslic?

        no i boje sie po prostu, ze jesli sie rozstaniemy, to strace milosc swojego
        zycia. a czasem jakis chochlik podpowiada mi do ucha, ze co to za milosc zycia,
        ktora potrafi tak zranic?
        • sunsilk ... 08.01.07, 19:35
          no i strasznie was przepraszam, za moje wypowiedzi sa belkotliwe i chaotyczne :(
          po prostu jestem teraz bardzo podminowana, za chwile do domu ma wrocic on, co
          powoduje, ze czuje sie zestresowana... z glowy wylewa sie potok mysli, nie mam
          sie komu wygadac, nie mam sumienia zadreczac mojej przyjaciolki, sama ma teraz
          trudny okres, nie cche mowic o tym mamie, bo bedzie sie o mnie za bardzo
          martwic. do tego wypilam piwo, po nieprzespanej nocy i ciezkim dniu w pracy i
          mnie rozklada. nie sadzilam, ze kiedykolwiek znajde sie w takiej sytuacji...
          • isabelchen Re: ... 08.01.07, 19:49
            smutne to co piszesz, macie kryzys, piszę tu z perspektywy Twojego faceta, byłam
            w podobnej sytuacji, bo wszystko mnie w związku wkurzalo i na nic nie miałam
            ochoty, bo znalzł się ktoś drugi obok, tylko czas może pokazać czy to prawdziwa
            miłość, daj mu czas na przemyślenie, wyprowadź się na trochę, działasz na faceta
            uczulająco, może ma nieczyste sumienie, może kogoś poznał i nawet jak spojrzysz
            nie tak, jakby chciał, to już będzie to świetnym pretekstem do kłótni, mam
            wrażenie, że on sam prowokuje te zaczepki słowne, żeby się pokłócić,
            najwyraźniej coś przeoczyłaś w Waszym związku, nie proś się o nic, zachowaj
            klasę, miej swój honor, niech on walczy o Ciebie....pewnie zrozumie, co mógłby
            stracić, zobaczysz :-)
            nie zostałabym już na noc pod wspólnym dachem, on traktuję Ciebie trochę jak
            intruza we własnym domu...a może Ty go wyprowadź na kilka tygodni, nie zrozumie,
            czy woli żyć z siostrą (chociaż to pewnie ściema z tymi jej tekstami), czy z Tobą,
            powodzenia!
        • karka831 Re: ratunku.... :( 08.01.07, 19:39
          Wydaje mi się, że najpierw osbno powinniście przemyśleć czy chcecie i czy
          jesteście jeszcze w stanie być ze sobą...Czy nadal się kochacie, a może się po
          prosto w tym wszystkim pogubiliście, może coś was przerosło...Odpowiedzcie sami
          sobie na te i inne ważne dla was pytania a potem usiądźcie wspólnie i
          porozmawiajcie szczerze o waszych refleksjach...W jakąs strone musicie
          pójśc...Przecież nie można tak żyć w zawieszeniu..
          • sunsilk Re: ratunku.... :( 08.01.07, 19:46
            mysle dokladnie w ten sposob... ze trzeba nam troche spokoju, przemyslenia..
            tyle ,ze ja juz wiem, ze chce to ratowac. a moj facet kryzys przezywa jak koniec
            swiata, nie przyjumje do wiadomosci, ze mozna wyjsc z tego i stac sie silniejszym.

            a ja po porostu najzwyczajniej w swiecie boje sie, ze mnie zostawi. ze strace
            najwieksza do tej pory milosc swojego zycia. i nie wiem, ja mam sie zachowac,
            zeby mu dac maksimum komfortu w tej sytuacji, zeby i on mial szanse dojscia do
            wnioskow, wnioskow mam nadzieje dla mnie pozytywnych..
            • karka831 Re: ratunku.... :( 08.01.07, 19:53
              Kryzysy w związkach są tak samo naturalne jak naturalna są poszczególne etapy
              związku (fascynacja, zakochanie itp). Kryzysy są i będą tylko teraz nasuwa się
              pytanie:czy lepiej wybrać ŁATWIEJSZĄ droge i się rozstać czy POTRUDZIć się
              troche i powalczyć...Jeśli Wam na sobie zależy zdecydowanie powinniście wybrać
              opcje nr2:)Spróbuj przedstawić swojemu mężczyźnie, że JEśLI SIę KOCHACIE TO
              WYSTARCZY WłOżYć W uzdrowienie tego związku trochę pracy....Bo wydaje mi się, że
              Wasza miłość nie umarła tylko coś się "zepsuło" i należy znaleźć usterke:)
              • sunsilk Re: ratunku.... :( 08.01.07, 20:01
                karka, widzisz, myslisz dokladnie tak jak ja. mam wlasnie takie poczucie. ze
                majy kryzys, ale to nie kryzys uczuc, ale emocji i ich wyrazania. ze kochamy
                sie, ale wlasnie popsulo sie. tyle ze on, wydaje mi sie, za szybko stracil
                nadzieje na lepsze. on wybral te pierwsza opcje. latwiejsza. osatnio kilka razy
                prosilam go, zeby dal nam jeszcze szanse, ze jeszcze wszystko moze byc piekne i
                ulozyc sie, ale on jest zatwardzialy, uparty, urazony czym, co sam wykreowal.
                nie mam fizycznie mocy teraz z nim poromawiac, nie reaguje na moje prosby...
                wiec jedyne co mi przychodzi do glowy, to zachowac sie tak, jak pisze
                izabelchen. nie prosic juz, nie meczyc go, moze sam zrozumie, ze wiele straci...
                obym sie tylko nie mylila... on jest tak uparty, ze boje sie, ze mnie zostawi
                przez swoj upor, pomimo milosci... a moze onajuz w nim zgasla? ja, pdobnie jak
                on, nie jestem latwym partnerem...
            • hellio Re: ratunku.... :( 09.01.07, 12:03
              Sunsilk, nie umieszczaj punktu ciężkości tego co się dzieje tak jednoznacznie po
              stronie JEGO uczuć, JEGO potrzeb, JEGO zniecierpliwienia, JEGO komfortu!
              Jesteś w tym związku partnerem, a nie petentem i wpychając się na siłę na
              krzesełko petenta ("ach, zeby on doszedł do wniosków dla mnie pozytywnych")
              zwyczajnie zmieniasz charakter związku!I to w kierunku, ktory ci się nie spodoba!
              Uważnie śledzę twój wątek, bardzo ci współczuję, bo to, co przechodzisz wydaje
              mi się bardzo trudne. Hanka
              ps. nie chodzi o to, żebyś facetowi wykrzyczała - "ja też jestem ważna", chodzi
              o to, żebyś powiedziała to sobie. Głośno. Przed lustrem.
              • sunsilk Re: ratunku.... :( 09.01.07, 12:22
                dzieki Hanko.

                jestes jak glos, ktory sie we mnie odzywa, ze przeciez nasz zwiazek nie moze byc
                ulozony pod niego. zdaje sobie spawe, ze jesli podporzadkuje sie tylko i
                wylacznie jego potrzebom, a swoje bede skrzetnie chowac w kieszen to za kilka
                miesiecy, lat, znienawidze tego czlwowieka, za to, na co sama sie zgodzilam.
                pamietam tez jednak o tym, ze sama nie bylam latwym partnerem i ze jakis czas
                temu nasz zwiazek byl bardzo partnerski, moje potrzeby bardzo sie liczyly, a ja
                przylozylam reke do tego, ze sie zaczelo rozpadac. bo tak naprawde "popsulo sie"
                chyba dlatego, ze kazde z nas postawilo swoje potrzeby wyzej niz potrzeby
                partnera. ja takze, on tez. trwalo to jakis czas i stalo sie rutyna. tylko
                dlatego chce walczyc o ten zwiazek, bo teraz, kiedy kryzys siegnal dna,
                przypomialam sobie bolesnie, jak kiedys bylo dobrze. tak, tak, madry polak po
                szkodzie. ale z drugiej strony lepij pozno niz wcale..
                bo gdyby nie bylo tej przeszlosci, to mysle, ze bym nie chciala juz tego. tak mi
                sie wydaje.

                obiecalam sobie takze ze mimo, ze w moim zwiazku bardzo zle sie dzieje, ja nie
                chce stracic radosci zycia, siedziec i plakac w kacie nad soba i uzalac sie jest
                bez sensu. wiem, z bolem tez trzeba umiec zyc, pogodzic sie, przezyc go, tak
                naprawde to jest pelnia czlowieczenstwa, przezyc ten bol i przetrwac. ale tez
                chce pokazc mu (facetowi) ze nie jestem placzacym w kaciku kawalkiem czlowieka.
                ja mimo wszystko chce sie cieszyc zyciem. dlatego dzis ide po pracy do kina,
                zapytam sie mojego mezczyzny, czy pojdzie ze mna, jesli nie, to po prostu pojde
                sama badz z kolezanka.
                • hellio Re: ratunku.... :( 11.01.07, 12:33
                  No, i mam nadzieję, że seans się udał.
                  Masz wątpliwości, jeśli dobrze rozumiem, że szkoda pochopnie machnąć ręką na
                  związek, który kiedys dawał ci dużo satysfakcji i na faceta, który, kiedys był,
                  a więc POTRAFI być otwarty na ciebie, rozumiejący, wrażliwy. I trudno się dziwić
                  - rozumiem te wątpliwości. To trochę tak, jak - wybacz porównanie - ze świetnym
                  robotem kuchennym, który był taki przydatny, tyle czasu i wysiłku nam
                  zaoszczędził, a teraz się zacina, klekocze, nigdy nie wiadomo, czy ubije i
                  posieka, czy zacznie rzęzić i człowiek nie tylko będzie musiał sobie sam
                  posiekać, ale jeszcze go myć... Więc problem - wyrzucić w diabły? czy naprawiać?
                  starać się o nowy i ponieść wysokie koszty? a skąd wiadomo, czy ten nowy będzie
                  się sprawdzał tak dobrze, jak ten stary kiedyś? itd., itd.
                  Ja zasadniczo nie daję rad, ale jeśli pozwolisz na sugestię, to myslę, ze warto
                  pilnować, by cały problem widzieć "tu i teraz". Roztrząsanie jego zasług w
                  przeszłości i twoich niegdysiejszych występków gmatwa i komplikuje obraz
                  konfliktu? kryzysu?, który macie teraz i tutaj. Ja nie mówię, że jak się "robot"
                  teraz zaciął, to trzeba go teraz wyrzucić. Ale teraz trzeba się przyjrzeć,
                  dlaczego nie da się nim "posiekać" - moze coś w nim pękło, może jakoś inaczej go
                  obslugujesz? A może to po prostu bezpiecznik siada?
                  Jedno, co wydaje mi się pewne, to to, ze bycia w przeszłości trudnym partnerem
                  nie naprawisz teraz, zamieniając się w anioła, a w następnym tygodniu w anioła
                  ze skrzydłami a jeszcze w następnym w gwiazdę zaranną.
                  No, i cały czas się zastanawiam, dlaczego właściwie on nie chce rozmawiać? Chce
                  iść do ślubu skonfliktowany z przyszłą żoną? nie dotyczy go ta sprawa? nie obchodzi?
                  Jak w ogóle wyglądają przygotowania i na jakim są etapie? Może on nie wytrzymuje
                  stresu, związanego z "ceremoniałem" i bezwiednie na ciebie kieruje to, co
                  wyłania się z tych rozszalałych emocji?
                  Ciężkie to życie... Pozdrawiam cię serdecznie, Hania
                  • sunsilk Re: ratunku.... :( 11.01.07, 20:16
                    jesli chodzi o to, ze on nie chce rozmwiac, to chyba troche mu sie zmienilo
                    teraz miedzy nami, o czym napisze za chwile w poscie nizej, ale tutaj chce
                    odpowiedzwec na Twoje pytania dotyczace slubu. w kazdym razie moj mezczyna chyba
                    zmienil troche nastawienie i jest w stanie rozmawiac. tyle ze ja sama jeszcze
                    potrzebuje czasu... jeszcze nie jestem gotowa na powazna rozmowe o tym wszystkim.

                    co do slubu, on, dopoki o tym rozmawialismy, tak naprawde sam nie wiedziel. z
                    jednej strony nie chcial jeszcze wyrzucac przygotowan do kosza, ale mowil takze,
                    ze nie jest pewny, czy tego slubu nie lepiej nam bedzie przelozyc. arguemnowal
                    to tym, ze nie chce isc do oltarza bedac niepewnym. ale nie tyle niepewnym swego
                    uczucia, co twierdzil ,ze boi sie, ze ten kryzys, ktory przezywamy jest zbyt
                    powazny i ze boi sie, ze po slubie nie minie, ze nie uda nam sie go pokonac i ze
                    nie ma ochoty zaraz po slubie brac rozwodu. mowil, ze jeszcze pare miesiecy temu
                    byl mnie absolutnie pewny i ida do oltarza, chce czuc wlasie cos takiego, a na
                    to potrzeba mu czasu. mniej wiecej cos takiego mi przekazywal. teraz wogole o
                    slubie nie rozmawiamy, ja sama doszlam do wniosku, ze wcale nie chce go brac w
                    takiej sytuacji naszych uczuc i tak naprawde wszystko jest w zawieszeniu. mam
                    wrazenie, ze mysli o tym slubie wywolywaly w nas tylko niepotrzeba presje i
                    jakies takie zdenerwowanie. a ja, tak jak juz tu pisalam gdzies, sama mysle, ze
                    chhba nie musze nosic obraczki, zeby czuc sie kochana. wole byc kochana bez
                    slubu, niz w obroczce bez milosci. ja nie chce na sile ciagnac go do oltarza, to
                    dla mnie ponizej mojej godnosci i zdecydowanie ponizej moich oczekiwan.
                    postanowlam na razie wogole odpuscic mysli o tym,n awet sobie. on dwa dni temu
                    niby przypadkiem zapytal sie mnie o suknie, czy w koncu odwolalam czy nie jej
                    rezerwacje, ale ja nie chcialam o tym mowic wtedy.

                    w kazdym razie przygotowanie sa na takim etapie, ze jeszce wszystko moznaby
                    zprganizowac lub takze oswolac bez zbytniego zamieszania i strat pienieznych.
                    tyle ze taki stan moze trwac jeszcze tylko tydzien, dwa, bo musze chociazby
                    okreslic sie co do wspomaniej wyzej sukni, ktora czeka juz na mnie w salonie i
                    przede wszystkim co do cateringu, z ktorym w tym momencie problem jest
                    najwiekszy. reszte mozna zoastawic do zalatwienia na jeszcze troche pozniej.
                    bliska kolezanka, ktora zna problem radzila mi ostatnio, zebym poszla
                    przymierzyc te suknieke, i tak mam juz zaplacona rezerwacje i w sumie jest moja,
                    odmowic moge zawsze w ostatniej chwili traca tyle samo, co tweraz bym stracila.
                    cateringu tez radzi na razie nie odwolywac, bo tez jest juz wplacona niewielka
                    zaliczka, ktora stracimy odwolujac czy teraz czy pozniej, a zebym po prostu na
                    spotkanie z facetem od cateringu umowila sie na za miesiac czy jeszce pozniej,
                    bo i tak zdazymy jakby co w te trsy miesiace to ustalic, jeszcze z nadwyzka czasu.

                    ja z rszta tak naprawde sama nie odwolam tego slubu, jesli mam dzwonic i
                    odwolywac suknie czy przede wszystkim catering, to musze przedtem z nim pogadac
                    i chce, zeby on tez mial taka wole. nie podejmie tej decyzji sama i nie zrobie
                    tego bez jego wiedzy, bo to jest mimo wszystko za powazna sprawa i nie wyobrazam
                    sobie sama o tym decydowac. sama moge zdecydowac jedynie o tym, ze ja sama nie
                    chce teraz tego slubu i powiedziec mu o tym, a co do dalszych
                    dzialan/przygotowan to musimy postanowic to razem.
        • alfika Re: przemyśl to, co piszesz 08.01.07, 19:58
          on uznał, że naciskasz na ślub
          Ty nie patrzysz na realia, tylko piszesz o jakiś bzdurnych "znakach" co do
          przekładania ślubu...

          on jest dla Ciebie ważny?
          a jeśli on nie jest pewien, czy to Ten związek? i co? ślub wtedy coś ułatwi?
          a jeśli Ty za 2 lata uznasz, że nie dajesz rady, bo całkowicie się
          przestaliście rozumieć? to co? wytrwasz dzięki ślubowi na uczuciowej pustyni i
          będziesz współżyć z obcym Ci mężem, jeść z nim obiady czy się wkurzać na sam
          jego widok, bo Ci zobojętnieje?

          ślub Ci nie zagwarantuje, że tak nie będzie, uczucia żyją swoim życiem

          a poza tym - nie chciałabyś ślubu z kimś, dla kogo to będzie naprawdę ważne?
          niechby to i on był - dogadanie i umiejętność dotarcia do siebie nawzajem jest
          najważniejsza
          • sunsilk Re: przemyśl to, co piszesz 08.01.07, 20:04
            alfika, napisalam juz pare postow wyzej, ze zdeydowanie nie chce slubu bez
            milosci.. ze wole milosc bez slubu, ze rozumiem i czuje, ze to bez sensu jesli
            sie tego nie czuje.. naprawde.. ja nie chce nic na sile...
            • karka831 Re: przemyśl to, co piszesz 08.01.07, 20:09
              No nie wiem...Ja jestem za tym żeby ratować związek, ale w przypadku gdy osoby
              się pogubiły, ale chcą być ze sobą...Trudna jest sytuacja z Twoim
              mężczyzną...Nie wiem może rzeczywiście wydarzyło się "coś" o czym nie wiesz i
              dlatego tak idzie w zaparte mówiąc, że to już nie ma sensu?
              • alfika Re: Sunsilk :) 08.01.07, 20:17
                nie bujaj też w wyobrażeniach, cóż to się mogło wydarzyć :)
                opierając się na przypuszczeniach problemu jeszcze nikt nie rozwiązał

                jedyne, co się niedobrego wydarza to to, że jedno drugiego nie rozumie - oprzyj
                się na realiach, bo jakikolwiek dodatkowy zarzut czy podejrzenie raczej Was nie
                zbliży...
            • alfika Re: przemyśl to, co piszesz 08.01.07, 20:12
              Ty to dla siebie przemyśl, mnie jedynie niepokoi, że facet stwierdza, iż
              naciskasz na ślub - nie wziął tego z powietrza, jak sądzę - i na dodatek nie
              jesteś pewna, czy nie odejdzie - córce pozwoliłabyś w takiej sytuacji wyjść za
              mąż?

              a znaki to sobie daruj... jak ktoś ma być razem, to mu tysięczne przekładanie
              ślubu nie przeszkodzi
            • isabelchen Re: przemyśl to, co piszesz 08.01.07, 20:17
              a skąd wiadomo, że on kocha? brak rozmów, brak więzi emocjonalnej - wygląda na
              to, że on nie jest pewien tej miłości, wyłączył się psychicznie, wymyśla jakieś
              pomówienia rodzinne, bo mu tak wygodniej, woli spasować, bo mu się nie chce
              walczyć....może nie ma odwagi, aby się przyznać do swoich uczuć (ich braku)
              • sunsilk Re: przemyśl to, co piszesz 09.01.07, 10:26
                te pomowienia rodzinne to niestety prawda. po prostu w pewnym momencie ja
                poszlam wygadac sie kolezance, bo potrzebowalam kogos, kto pomoze mi spojrzec na
                to z boku, on zas pogadal ze swoja siostra i bardzo przeinaczyl moje slowa. to
                nie sciema z jego strony.

                a czy kocha? wydaje mi sie, ze milosc nie mija w cigu paru dni, a nie mam
                watpliwosci, ze ona nas laczyla/ laczy.. jeszcze pare dni temu swietnie
                bawilismy sie razem na sylwestrze, trzy, cztery dni temu bylismy mimo kryzysu
                bardzo sobie bliscy. po czym zdazyla sie jedna feralna rozmowa, on opacznie
                zrozumial jedno moje zdanie, powiedsziane zreszta pod wplywem emocji i
                smiertelnie sie obrazil, stwierdszil, ze do siebie jednak nie pasujemy. wiem,
                bylo ostatnio miedzy nami nie najlepiej, byly lepsze chwile, ale to wyglada
                teraz na decyzje pod wplywem chwili i jego odgrywanie sie na mnie. ja stram sie
                zagryzac jezyk i znosic jego zachowanie z gosnoscia, bardzo [pilnuje, by go nie
                urazic i byc przynajmniej nie obrazliwa, ale czsaem jest brdzo ciezko. mimo
                wszystko, mimo boluk tory mi zadal ostatnimi dniami, i zeby kiedys nie myslec,
                ze nie zrobilam wszystkiego zeby to ratowac napisalam dzis do niego maila. bez
                zalow i skarg, a z prosba o przemyslenie tego wszystkiego. bo odejsc jest
                latwiej niz postarac sie cos uratowac. a do tego on czasem wydaje mi sie po
                prostu przytloczony swoja zloscia i zalem, ktory teraz nim kiedruje. ja potrafie
                i zrobilam to, czyli schowalam swoje zale do kieszeni,m bo chce patrzec do
                przodu, nie wstecz. on chyba caly czas ropzamietuje przeszlosc i żale cly czas
                sa na pierwszym miejscu. a ja teraz czekam, moze odpisze na mojego maila, moze
                przemysli, moze dostrzeze, ze bardzo duzo stracimy rozstajac sie. ja w kazdym
                razie czuje sie lepiej, ze to do niego napisalam. przynajmniej w tej chwili, bo
                nie wiem co mnie czeka z jego strony..

                i tyle, nie wiem, co moge jeszcze zrobic..
        • lamia26 Re: ratunku.... :( 11.01.07, 14:13
          Możemy sobie podać dłoń...Wczoraj milość,dzisiaj kila kroków i uczulenie.Nie
          naciskaj.Na mężczyzn jakikolwiek nacisk powoduje opór!Z ślubu zrezygnuj.Nic on
          nie zmieni a wręcz może być przyczyną jeszcze większej
          frustracji.Nie "pŁaszcz "się przed ukochanym .Pamiętaj zawsze zachowój
          godnoćś...Ja tego nie zrobiłam,błagalam i przepraszalam(chociaż nie miałam za
          co).Teraz spijam to co naważyłam.Jak kocha to sam będzie szukał
          porozumienia.Jeżeli nie to...czas leczy rany.Pewnie nie tylko Brzk milości z
          jego strony Cię paraliżuje?
    • kiki2222 Re: ratunku.... :(do sunsilk 11.01.07, 12:55
      Witaj,
      czytam i wałsnym oczom nie wierzę w to co piszesz, to jakby moja historia z
      maja 2006r. słowo w słowo, zachowanie mojego eks-narzeczonego takie samo jak
      Twojego, tylko ja juz znam finał tej historii (mojej historii), niestety
      wyprowadziłam się i co?, okazało się że nie było już czego ratować, działałąm
      na niego tak samo, jak Ty, zapewnienia ze mnie tak niedawno kochał i ze
      wszytsko by zrobił zebyśmy byli razem,
      ja też się zgodziłąm na odłożenie ślubu, prosiłam zebyśmy jeszcze raz
      spróbowali, a on nie chciał "działałam na niego jak płachta na byka", nic ,
      wszytsko co mówiłąm denerwowało go.
      Ni i co rozstalismy się, on zaraz potem to tu sobie znalzał, kogoś, to znowu
      potem ktoś inny, nigdy mi tego oficalnie nie powiedział, tylko od czasu do
      czasu się od kogoś dowiadywałąm, \cierpiałąm bardzo, nawet po rozstaniu a wręcz
      powiem po pozostawieniu mnie nadal go kochałąm i chciałąm wrócić.
      Najprawdopodobniej będąc jeszcze ze mną kogoś poznał, i niestety ta "wielka
      miłosć", umarłą, a moze to tylko z mojej strony byłą wielka miłość.
      sunsilk, jak chcesz pogadać to pisz oczywiście, chętnie z Tobą popiszę.
      Ja teraz z pespektywy czasu, cieszę się że to się rozpadło, bo dopiero tearz
      zrozumiałm, ze to nie moja byłą wina (oczywiście nie wybielam siebie, ja tez
      błędy popełniłąm), ale ja to chciałam naprawić, on tego już nie i wybrał cos
      innego, wybrał zycie z kobietami (jedna po drugiej), ale beze mnie.
      Pozdrawiam i życzę mądrych decyzji
    • czarodziejkakubusia Re: ratunku.... :( 11.01.07, 13:22
      Takie kryzysy się zdarzaja i kiedys pewnie przyjdą inne.Ja też w związku
      przeszłam taki kryzys,tez padło wiele przykrych słów i byłam wrakiem,gdy
      musielismy razem przebywać i tęskniłam,gdy go nie
      było.Walczcie.Rozmawiajcie.Zmieniajcie się.Gdy ponosi złość,hamujcie ją.Gdy
      chcecie powiedzieć coś,co rani tę drugą osobe,którą przciez kochacie-ugryźć się
      w język i milczeć.Problem dostrzezony,teraz trzeba mieć chęć to naprawić.My też
      sądziliśmy,że to koniec.Zaczęlismy ednak się zmieniać,ja się zmieniałam.Nie
      chciałam go stracić.On też zaczął się zmieniać.Zajęło to trochę czasu,lecz z
      każdym dniem kłótni było coraz mniej,aż jest super.Powtórzę
      się:walczcie,rozmawiajcie,hamujcie złość,zmińcie się,aby tobie i jemu było ok,a
      potem coraz lepiej.Ja wierzę,że sie uda.Wyobrażam sobie,jak ci cięzko,ale
      trzymaj się dziewczyno.Za tym wielkim kryzysem jest ON,facet,którego wybrałas i
      który tam w głębi wybrał ciebie i nie chcieliście przceiż się tak zranić.
    • kiki2222 Re: ratunku.... :( 11.01.07, 13:36
      Czerodziejko,
      jesteś szczęściara, ze Twój mężczyzna chciał spróbowac jeszcze raz, ja niestety
      prosiłam mojego, wręcz błagałąm, zebysmy spróbowali jeszcze raz i nic.
      Najgorsze ze jak był kryzys to on mnie wręcz atakował, żadne rozmowy proszenie
      nic nie dawało, był wręcz agresywny w stosunku do mnie, włąsnym oczom i uszom
      nie wierzyłam, ze jeszcze tydzień temu pisał do mnie, ze mnie kocha, przytulał,
      wszystkie sprawy były oki,
      Nigdy tego nie zrozumiem, jak mozna przestac kogoś kochac tak z dnia na
      dzień!!!!!!?????????????

      nigdy i to mi po tylu miesiącach nie daje spokoju, a moze ja tak barzdo
      kochająć jego nie zauważyłam, ze cos sie psuje, nie wiem teraz sama, bolało
      bardzo i chyba nadal boli ale nie aż tak.
      Życze powodzenia wszytskim ludziom, którzy przechodzą kryzysy oby im sie udało
      to przezwyciężyć.
      Pozdrawiam
    • sunsilk Re: ratunku.... :( 11.01.07, 20:28
      a u nas sytuacja troxche sie zmienila odkad ostatnio tutaj pisalam. w kazdym
      razie po dwoch dniach obcosci, niecheci do rozmow i do mnie oraz bolesnych
      docinkow on zaczal zachowywac sie nieco lagodniej. poszlismy razem do tego kina,
      i w sumie bylo calkiem sympratycznie. oczuwiscie bez fajerwerkow, bez trzymania
      za reke i czulych slow, ale potrafilismy sie pare razy do siebie usmiechnac no i
      przede wszystkim nie ma juz wogole zlosliwych tekstow miedzy nami. przestal
      specjalnie zadawac mi bol. teraz czesciej zdaza mu sie mowic do mnie jakby w
      taki zaczepny sposob. taki, jakby chcial mnie wybadac. ale moze sie myle, sama
      nie wiem.
      mimo wswzystko jest jednak urazony i dal mi znak, ze oczekuje, ze to ja wyciagne
      do niego reke. ja jestem w stanie to zrobic, ale jeszcze nie teraz, potrzebue
      jeszcze troche czasu, boja tez w sumie mam jakies watpliwosci i przede wszystkim
      chce byc pewna, czego ja chce, zanim siade z nim do powaznej rozmowy i zaczne
      wyciagac reke. na razie jestem dla niego mila, nie robie mu bron boze zadych
      wyrzutow, funkcjonuje normalnie. jestem do tego chora i tak naprawde ostatnie
      dwa popoludnia przespalam.
      on z kolei probowal wczoraj ze mna porozmawiac i w koncu powiedzial mi, ze
      chcuialby, zeby nam sie udalo, ale ze caly czas ma do mnie ogormny zal (caly
      czas glownie o to jedno zdanie, ktore przeinaczyl ehhh) i ze nie wie, kiedy mu
      minie i czy wogole minie. ale ze chcialby, zeby minal. ja jestem na stanowisku,
      ze trzeba przeszlosc zostawic juz w spokoju i patrzec w przyszlosc, o czym mu
      powiedzialam, on twierdzi, ze jeszcze wszystko go za bardzo boli. jest taki z
      jednej strony ciut dla mnie cieplejszy, ale z drugiej daje znaki, ze nadal
      urazony. przweroznie tak naprawde sie zachowuje, raz jest nawet mily, raz
      chlodny, raz rozmiawia ze mna o naszym domu, pyta mnie o zdanie w kwestii
      wykonczenia jakiechs tam elementow, innym razem zupelnie nie.
      a dzis kiedy wrocilam z pracy, dostalam obiad na stol, co sie bardzo rzadko
      zdazalo nawet w normalnym zyciu.. i paczke lekarstw, ktore dla mnie kupil...
      bylam bardzo zdziwiona... ale sam byl raczej chlodny..
      • hellio Re: ratunku.... :( 12.01.07, 14:51
        Chłodny, nie chłodny - ale jednak leki, a zwłaszcza obiad, to są wyraźne komunikaty.
        Rozmawiajcie!
        Jak najbadziej zgadzam się z tobą, że decyzje "odwołujące" (catering, suknię) -
        powinny byc wspólne, jeśli rzeczywiście trzeba by je podjąć, ale chyba nie idzie
        ku temu, prawda?
        Jakoś w ogóle nie bardzo chce mi się wierzyć w to, że jakiś jeden incydent,
        czyjeś jedno zdanie - może zaważyć na istotnych, długofalowych decyzjach. Aż się
        prosi, zeby "przetrzepać" całą tę okoliczność, która bezpośrednio wywołała
        kryzys. Może jednak udałoby się zrobić krok do tyłu i ustalić, co, kogo,
        dlaczego bardzo w tym wszystkim zabolało. Posłuchać jego wersji - 'co się tak
        naprawdę wydarzyło?" i skonfrontować z twoją wersją. Może pytanie otwierające
        powinno brzmieć "co się z nami dzieje teraz?".
        Przypominam, o czarodziejskich skutkach wykorzystania tzw. parafrazowania. Jedno
        mówi, drugie słucha, a jak jedno skończy drugie mówi: zrozumiałam, że twoim
        zdaniem wydarzyło się...(tu wymienić), najbardziej dotknęło cię ... (tw),
        bolesne było dla ciebie ...(tw). Czy dobrze cię zrozumiałam? I po wyjaśnieniach
        i sprostowaniach - bo moim zdaniem...., widziałam tę sytuację w taki sposób...
        itd. I dać czas drugiemu na to, zeby on z kolei powiedział, co usłyszał. Tempo
        rozmowy na tym traci, poza tym są same zyski.
        Zabrania się artykułowania zarzutów typu: bo ty zawsze..., bo ty nigdy... , i w
        ogóle dyskutowania :) z cechami charakteru. Więc bez gadania, kto jaki jest,
        tylko co kto zrobił lub nie, a powinien, albo zrobił nie tak jak powinien i jak,
        w odczuciu tego drugiego, powinien. I bez dygresji, które odwołują się do
        historii rodzin, cech charakteru różnych osób zamieszanych w sprawę i w ogóle
        innych, ciekawych różności. Oszczędzać energię i brnąć do konkluzji -
        powiedziałabym.
        Trzymaj się, sunsilk! Nie wiem, co dla ciebie dobre w tym momencie i na tym
        etapie, ale z tego co piszesz wynika, że rezolutna z ciebie dziewuszka - dużo
        widzisz, dużo myslisz i masz swój rozum, który pozwoli zadbać ci o swoje sprawy
        i swój związek. A tego, że ogólnie będzie łatwo i bez problemów nikt nie
        obiecywał, prawda?
        Wszystkiego dobrego, Hania
        • sunsilk Re: ratunku.... :( 13.01.07, 16:20
          mysle, ze bedziemy rozmawiac, ale ja jeszcze potrzebuje paru dni... po prostu
          czuje gdzies tam w srodku, ze jeszcze nie jestem gotowa na rozmowe. a nie chce
          tego robic na sile. zmuszac sie.

          co do atmosfery miedzy nami, to momentami jest lepij, momentami tak sobie. ja
          staram sie byc dla niego po prostu dobra i mila, choc nie zawsze mam na to
          sile. ale zawsze staram sie nie byc zlosliwa czy niemila. jesli on zrobi cos,
          co mnie ukuje, zaboli to raczej staram sie o tym szybko zapojmniec i nie robic
          z tego powodu zamieszania czy bron boze klotni. w takich chwilach zastanawiam
          sie, po co ja mam sie denerwowac? przecieaz to bez sensu. na szczescie takich
          momentow jest malo. wiec nasze bycie ze soba jest teraz takie troche nijakie,
          niby blisko, ale daleko. troche mi przeszkadza takie zawieszenie tego, ale co
          robic... nie chce nic na sile, ani dostawac,ani forsowac. licze na to, ze takie
          zawieszenie nie moze trwac w nieskonczonosc i ze w koncu pojdziemy w ktoras
          strone. w strone bycia razem albo osobno.
          w ten weekend nie jest mi spejalnie latwo, bo jestesmy na spotkaniu rodzinnym,
          nikt nic nie wie o naszych dylematach i kryzysie.za to czesto wszyscy
          mimowolnie wspominaja o naszym slubie i weselu, o tym, ze ktos tam kupil juz
          kreacje, a ktos co innego. troche to trudne, udawac, ze wszystko jest jak
          najbardziej ok. ehhh...

          i o ile przez ostatnie dni sama nie wiedzialam tak naprawde czego chcę, to
          teraz powoli z glebi duszy zaczyna znow kielkowac mysl, ze chcialabym, zeby sie
          ulozylo, zeby bylo dobrze.. chcialabym
          a nie tak latwo mi czasem wyciagnac do niego reke. ale staram sie, staram sie
          starac o niego.

          a jutro sa moje urodziny i gdybym mogla sobie czegos zyczyc, to zycze sobie
          bycia szczesliwą. i usmiechnietą, spokojna, silna i swiadoma swojej wartosci...
          tyle mi potrzeba, bo to oznaczaloby, ze w moim zyciu wszystko jest w porzadku.


          ps. Haniu, dziekuje za dobre slowo, masz sliczne imie. ja zawsze zalowalam, ze
          rodzice nie doczepili mi tego H na poczatku :) to juz dawno postanowione ze
          moja pierwsza corka bedzie miala na imie Hania :)

          pozdrwiam wszystkich, ktorzy mnie tu wspieraja, piszcie, piszcie :) ania
          • hellio Re: ratunku.... :( 15.01.07, 17:24
            Ania to też śliczne imię. I stoją za nim liczne święte i błogosławione...

            Pozdrawiam i życzę wszystkiego najlepszego! Życzę dystansu, roztropnych,
            przemyslanych decyzji i, przede wszystkim, gotowości do wsłuchania się w to, co
            gdzieś głęboko w brzuchu mówi:CHCĘ! NIE CHCĘ! CHCĘ, ALE...
            Łatwo ten głos zagłuszyć, ale mam wrażenie, że akurat ty umiesz słuchać go
            uważnie i ze zrozumieniem. Powodzenia! Hania
        • sunsilk Re: ratunku.... :( 13.01.07, 16:53
          hellio napisała:


          > Jak najbadziej zgadzam się z tobą, że decyzje "odwołujące" (catering,
          suknię) -
          > powinny byc wspólne, jeśli rzeczywiście trzeba by je podjąć, ale chyba nie
          idzie
          > ku temu, prawda?


          sama nie wiem, ku czemu idzie :) wydaje mi sie, ze powolutku jest coraz lepiej,
          ale nie jest dla mnie oczywiste, ze nawet jesli wszystko sie ulozy, to nie
          odlozymy tego slubu na kiedy indziej. czasami sama chcialabym go przelozyc, nie
          dlatego, ze mi nie zalezy, tylko ze akurat okazalo sie, ze przesuneli nam
          oddanie domu wlasnie na kwiecien (miesiac naszego slubu), mamy z tym okropnie
          duzo zamioeszania i ciaglego dogladania budowy. do tego on, czyli moj mezczyzna
          dostal wyjatkowa szanse od losu zrealizowania planow, ktore snuje od kilku lat.
          i cale zamieszanie z tego powodu przypadnie wlasnie na marzec, kwiecien. a w
          tych planach ja go jak najbardzje wspieram. wiem, ze nie moze tego odlozyc, bo
          taka szansa moze sie juz nie trafic. po prostu boje sie, ze za duzo tego na raz
          na nasze barki. slub, dom, jego projekt.. boje sie, ze nie dam rady, ze
          wszyastkie te trzy sytuacje bnada same w sobie powodowac napiecia, ze z nerwow
          bedziemy sie klocic jak najeci. bo on taki nerwus jest.. ciagle chodzi mi po
          glowie mysl, czy czegos by sobie na razie nie odpuscic? takze stad wynikaja
          rozne moje rozterki..
          nie sadzilam, ze kiedykolwie znajde sie w takiej zyciowej sytuacji... boje sie,
          ze za malo dojrzala i za mloda jeszcze jestem, zeby sprostac temu wszystkiemu.


          > Jakoś w ogóle nie bardzo chce mi się wierzyć w to, że jakiś jeden incydent,
          > czyjeś jedno zdanie - może zaważyć na istotnych, długofalowych decyzjach. Aż
          się
          > prosi, zeby "przetrzepać" całą tę okoliczność, która bezpośrednio wywołała
          > kryzys. Może jednak udałoby się zrobić krok do tyłu i ustalić, co, kogo,
          > dlaczego bardzo w tym wszystkim zabolało. Posłuchać jego wersji - 'co się tak
          > naprawdę wydarzyło?" i skonfrontować z twoją wersją. Może pytanie otwierające
          > powinno brzmieć "co się z nami dzieje teraz?".


          juz przetrzepalismy te sytuacje. tak naprawde to jedno glupie zdanie bylo chyba
          ta kropla przelewajaca kielich. zrobilismy krok do tylu, wyszlo nam na to, ze
          oboje zaniedbalismy sie i zapomnielismy o potrzebach tego drugiego. stad wzial
          sie kryzys, dla mnie dodatkowow spotegowany wejsciem w bardzo dorosle zycie:
          dom, slub, on bardzo chcuial dziecka. sama sie czasem zastanawiam, czy ja
          jestem juz na to gotowa? bo duchem czuje sie caly czas jak na poczatku studiow
          (dwa lata temu obronilam mgr).. wydawalo mi sie, ze bardso chce tego
          wszystkiego, ale moze tak naprawde nie bylo? moze bylam pod wplywem szalonego
          zakochania i tego, jak dobrze nam bylo razem. ja nigdy nie przypuszczalam, ze
          dosiegnie nas kryzys, to, jak nam bylo dobrze razem przez pierwsze dwa lata
          naszego zwiazku (do kryzysu) powodowalo, ze nie istniala mysl, ze kiedys moze
          byc zle. wiem, ciezko w to uwierzyc, ale tak bylo.

          teraz przerobilsmy te sytuacje kryzysowa i wyszlo nam na to, ze oboje sie
          zaniedbalismy nawzajem. ja sie przyznaje, tak zapomnialam o jego potrzebach,
          chce to naprawic. ale on tez musi chciec zadbac o mnie zeby sie udalo. a on na
          razie dosc mocno jeszcze trzyma sie preszlosci i do tego ciagle twierdzi, ze ja
          pierwsza go zaniedbalam i dlatego i on w koncu zaniedbal mnie. czyli w sumie
          wychodzi na to, ze moja wina. i na razie jakos powoli do niego trafia, ze
          zebysmy sie pogodzili to trzeba po prostu zapomniec o winach i zalach i patrzec
          do przodu. wybaczyc sobie i isc dalej. on zachowuje sie czasem tak, jakby
          ciagler chcial pamietac, ze to ja pierwsza zawinilam. jakby kurczowo trzym,a
          sie tej przeszlosci, jakby to byla jego obrona i atak jednoczenie. taka postawe
          wykazywal szczegolnie mocno pare dni temu, kiedy zaczelam pisac ten wartek.
          teraz, jak juz pisalam, poprawilo sie, bylismy w kinie, byl ten obiad i dni bez
          zlosliwosci, ale mimo wszystko ja nie wiem, co tam siedzi w tej jego glowie,.
          czy przemyslal sprawe i chce przeszlosc zosrtawic juz w spokoju czy nadal
          rozdrapuje to wszystko i rozklada na czynniki pierwsze, zastajnawia sie, kto
          zawinil pierwszy?


          ps. strasznie sie rozpisalam, przepraszam, mam nadzieje, ze ktos dobrnie do
          konca :) moze to takie przemyslenia na koniec kolejnego roku mojego zycia? :>

          • renebenay Re: ratunku.... :( 13.01.07, 18:36
            Widac ze,jestes zakochana ponad uszy i zgadzasz sie praktycznie z partnerem na
            wszystko,jak Ci powiedzial ze,aktualne niesnaski sa z Twojej winy to odrazu dla
            swietego spokoju przyznajesz mu racje-czy Ty nie widzisz(milosc jest slepa)ze,on
            sie Toba bawi i uzywa prostej metody mobingu psychologicznego.Na Twoim miejscu
            bylbym bardzo i to bardzo ostrozny i odlozyl bym date slubu a nie
            przesunal,piszesz ze,wlozylas kapital w wspolnie budowany dom i tutaj bym radzil
            aby wszyskie koszta byly notarialnie oddzielone aby w razie rozwodu nie zostalas
            na lodzie.
            • sunsilk Re: ratunku.... :( 13.01.07, 20:44
              nie przyznalam mu racji, ze wszystko jest moja wina. wrecz przeciwnie, zawsze
              mu mowie, ze oboje zawinilismy, ze wina niagdy nie jest po jednej stronie.
              nawet zdrada w zwiazku jest zazwyczaj czegos skutkiejm.
              ja tylko po prostu, w imie skonczenia juz z tym kryzysem, chcialabym, zebysmy
              przestali sie licytowac, czyja byla wina i kto pierwszy zaczal. bo teorie mozna
              dorobic do wszystkiego, tylko co to da?

              powiedziala mu wprost pare dni temu, zeby sie dobrze zastanowil i odpowiedzial
              sobie na proste pytanie, czy mu jeszcze zalezy. bo jesli nie, to faktycznie nie
              ma sensu tego ciagnac, a jesli mu zalezy, to zebysmy skonczyli wreszcie z
              obwinianiem sie, bo to tylko pogarsza sprawe.
    • sunsilk Re: ratunku.... :( 18.01.07, 12:57
      no i stanęło w końcu na tym, że ślubu teraz nie będzie. on mówi, ze tak
      postanowil, ja sama wcale tez nie jestem pewna, czy chcę, wiec odwołujemy.

      co do moich pieniedzy, ktore wsadzilam dom i nasze wspolne plany, to ma mi je
      jak najszybciej oddac.

      i nie wiem, co bedzie dalej. on chce probowac byc razem. ja z jednej strony tez,
      ale z drugiej ogarnal mnie taki marazm i jakies znuzenie, ze czasami wydaje mi
      sie, ze ja juz nie chce. poczekam, az odda mi pieniadza, moze wtedy jakos
      inaczej na to wszystko spojrze. przyjaciolka, z ktora o tym rozmawiam mowi mi,
      zebym spokojnie poczekala na rozwiazanie tych finansowych spraw, byc moze, jak
      juz nie bedzie ytego problemu to sie wreszcei dogadamy, bo teraz miedzy nami
      stoją te pieniadze.

      a ja nie wiem, co sie dzis ze mna dzieje. chodze spiaca, struta emocjonalnie,
      smutna, ale nie z powodu jego zachowania, raczej tego, ze mnie cos takiego w
      zyciu spotyka :(
      smutek mnie ogarnia, bo mysalam, ze w przyszlym roku bede moze miala juz
      dziecko, a tu tak sie to wszystko potoczylo. z drugiej tlumacze sobie, ze nie ma
      tego zlego, co by na dobre nie wyszlo i wcale nie jest powiedziane, co bedzie w
      przyszlym roku... i to wszystko dzieje sie w moim zyciu po to, zeby mnie czegos
      nauczyc.. z reszta juz mnie nauczylo... juz dalo do myslenia i juz wyciagam z
      tego wnioski...

      nie zmienia to jednak faktu, ze czuje sie smutna, zmeczona tym wszystkim i jakas
      taka wypluta. szczegolnie dzis to odczuwam.. :/
      • sunsilk Re: ratunku.... :( 18.01.07, 21:43
        no i stalo sie. oczywoscie w zlosci,jak zawsze, kiedy mowil mi najbardziej
        bolesne rzeczy, odszedl. poszlam do znajomych na piwo, on dolaczyl do nas
        pozniej, chcialam, zeby sie ze mna przywital i stuknal kieliszkami w toascie.
        zoesloscil sie na mnie, powiedziel, ze zachowuje sie, jakbym chciala znajomym
        udowodnic, ze rządzę nim, nakrzyczal na mnie u nich. zebralam sie i poszlam do
        domu. kazal mi na siebie poczekac, doszlismy do domu i we wrzaskach powiedzial
        mi, ze to koniec. teraz wyszedl. a ja siedze sama i z jednej strony czuje ulge,
        bo dosc juz go ostatnio mialam, a z drugiej tak sie boje tego jak jutro sie bede
        czula. i tego, ze musze sie z nim meczyc, dopoki nie odda mi moich pieniedzy.
        dopiero wtedy bede szukac mieszkania, zeby sie wyprowadzic.

        wszyatkie decyzje o dotyczace naszego wspolnego zycia podejmowal pod wplywem
        emocji. odwolal nasz pierwszy slub pod wplywem emocji, drugi tez, teraz sie ze
        mna rozstal. po co mi taki gowniarz? ma 30 lat a zachowuje sie jak dziecak,
        ktoremu zabrnao zabawki. najbardziej jestem na niego rozżalona, ze tak [podkopal
        moja wiare w ludzi.

        przepraszam, ze wam to pisze, ale nie mam komu... nie che juz niekogo meczyc o
        tej porze... trzymajcie za mnie kciuki.. zeby jaknajszybciej zrobilo mi sie
        lepiej...
        • jkobuu Re: ratunku.... :( 18.01.07, 22:05
          Hej Sunsilk..czytam ten Twoj post i zaraz mi sie przypomina moja sytuacja..o
          tyle latwiejsza ze nie bylo watku finansowego..tez mial byc slub i te wszystkie
          pierdoly ;) ale dusilam sie, z jednej strony nie moglam na niego patrzec i
          zarlismy sie jak pies z kotem a z drugiej strony wydawalo mi sie ze nie moge
          bez niego zyc...a tu guzik z petelka ;) okazalo sie ze moge i to jak..zerwalam
          z nim po ponad 9 latach , teraz mija 3 rok i mam sie swietnie..zerszta mialam
          sie tak od momentu zerwania na dobre..nie zalowalam tej decyzji ani 5 min. A
          teraz mam faceta ktory szaleje za mna (na razie hihi-juz rok prawie)
          Zycze Ci zebys nie zalowala tej decyzji i zebys odetchnela pelna piersia i
          nabrala wiatru w zagle :))) Trzymaj sie i nie daj sie ;)))
          • sunsilk Re: ratunku.... :( 19.01.07, 10:10
            jakos sie trzymam.
            nie spalam cala noc, co bylo do przewidzenia, zawsze tak mam z nerwów.
            nie poszlam do pracy, wzielam sobie na szybko na dzis jeden dzien urlopu i jade
            do mamy. wczoraj zadzwonilam jednak do mamy i jej sie wyzalilam, zadzwonila do
            mojego ojca (sa po rozwodzie) i pocieszyli mnie i wsparli, kazde jak umialo.

            a teraz w domu atmosfera wiadomo jaka. jestemy razem, ale sie prawie nie
            odzywamy do siebie. sama nie wiem, jak to dalej bedzie wygladalo... modle sie
            tylko, zebym ja jakos to wszystko po ludzku zniosla..
            • hellio Re: ratunku.... :( 19.01.07, 12:20
              Trzymaj się, sunsilk! Dobrze, ze masz taką mamę, do której mogłaś i chciałaś
              zadzwonić, dobrze, że rodzice cię rozumieją i są z tobą w tej opresji.Fajnie, że
              do nich jedziesz.
              Dbaj o siebie i bądź dla siebie dobra. Daj sobie odpocząć po tym wszystkim.
              Życie jest pełne niespodzianek, a wiele z nich to są naprawdę radosne
              niespodzianki. Nie wiadomo, co tam na ciebie czeka za rogiem? Nie popędzaj losu,
              nie popędzaj siebie. Wszystkiego dobrego, Hania
              • sunsilk Re: ratunku.... :( 19.01.07, 15:21
                jestem juz u mamy. niestety nie czuje sie najlepiej. im bardziej dociera do
                mnie, co sie wczoraj stalo, tym mniej moge w to uwierzyc. koniec naszego
                zwiazku wydaje mi se tylko zlym snem.. :( nie moge stanąć twarzą w twarz z
                sytuacja, tylko ciagle mam w glowie mysli, ze my nie mozemy sie rozstac, ze to
                niemozliwe... :( i juz zaczelam za nim tesknic. to straszne... nie potrafie
                sobie nawet wyobrazic, ze to koniec... niesety, musze sie przyznac, coraz
                wieksza kielkuje we mnie nadzieja, ze jednak sie ulozy... boze, co sie ze mna
                dzieje? dlaczego, dlaczego mnie to spotyka? przez te wszystkie ostatnie dni,
                kiedy bylo miedzy nami roznie, wydawalo mi sie, ze moje cieple uczucia do niego
                zmalaly, gdzies sie ulotnily. teraz, kiedy stalo sie to, co stalo, wylażą na
                wierzch...

                a do tego wszystkiego jak juz bylam w drodze, w samochodzie, zadzwonil do mnie,
                jak mi sie jedzie, zebym byla ostrozna itp i poprosil, zebym dala znac, jak
                dojade juz do mamy. wyslalam mu wiec juz z domu mamy smsa, ze dojechalam, nie
                spodziewalam sie, ze odpisze, tymbardziej, ze jest w pracy. a on odpisal, od
                razu, ze cieszy sie, ze szczesliwie dojechalam.. a mi juz serce mocniej bije..

                boze jestem zalosna... :(
                • hellio Re: ratunku.... :( 19.01.07, 20:08
                  Nie jesteś żałosna! Większość ludzi reagowałaby dokładnie tak, jak ty. Masz
                  prawo czuć się zdezorientowna - dużo się wydarzyło, nie wiesz, na czym stoisz,
                  nie bardzo wiesz, czego chcesz, chłopak zachowuje się również w sposób niezbyt
                  czytelny. Przypuszczam, ze on tez nie wie, czego naprawdę chce.
                  Dajcie sobie trochę czasu, nabierzcie dystansu.To nie jest łatwe, ale - tak na
                  oko- to najlepsze, co możecie teraz zrobić.
                  Trzymam kciuki, Hania
    • dolly10 Re: ratunku.... :( 19.01.07, 20:37
      Szczerze mówiąc to trudna sytuacja. Jezeli mieszkacie razem, to najlepiej
      będzie jak nie będziesz reagować na jego brzydkie odzywki, wiem, że to boli,
      ale jak on zobaczy że się nie odgryzasz bedzie miał poczucie winy. Spróbuj
      przetrwać jeszcze jakiś czas, może mu przejdzie. Jak nic się nie zmieni
      będziesz wiedziala, że najlepiej się rozstać. Najgorszą rzeczą w tej sytiacji
      jest naprzykrzanie się, więc nie bądź nachalna.
      Pozdrawiam i powodzenia!!
      • renebenay Re: ratunku.... :( 20.01.07, 19:23
        Sunslik-Tak jak wczesniej pisalem,ten Twoj facet sie Toba bawi i jednoczesnie
        chce Ciebie wytresowac na miare swoich potrzeb,z jednej strony jest jak ostatnia
        swinia a potem taki troskliwy i w gruncie rzeczy to wkrotce on bedzie decydowal
        co myslisz i co mowisz.W tej sytuacji najlepiej zachowac spokoj i wszelkie
        rozmowy ograniczyc do codziennego minimum i w zadnym wypadku nie wdawac sie w
        dyskusje o was samych,osobne lozko i zadnych zblizen czy czulosci,jak do Ciebie
        dzwoni to krotko ucinac ze,nie masz teraz czasu na rozmowe jak rowniez nie dawaj
        mu zadnych informacji o Twoim samopoczuciu.Cierpliwie czekaj i zobaczysz jak sie
        sytuacja bedzie rozwijala,nie zapomnij tez zyc bo czlowiek tez potrzeboje troche
        relaksu,a wiec mozna pojsc do kina,kawiarni czy do znajomych-przed Twoimi czy
        Waszymi znajomymi nigdy nic nie mow o nim,ani zle ani dobrze poprostu wzrusz
        ramionami i nic wiecej.W ten sposob odzyskasz troche spokoju wewnetrznego i
        bedziesz mogla realniej spojrzec na to wszystko i podjac taka czy inna decyzje,w
        kazdym badz razie nic na szybko bo juz za dobrze sie poparzylas.Pozdr.
        • sunsilk Re: ratunku.... :( 22.01.07, 08:27
          tak, jak pisalam, w piatek ewakuowalam sie do rodzicow. i w piatek i w sobote on
          kontaktowal sie ze mna, w sobote nawet zadzwonil i pytal, kiedy wracam, bo moze
          poszlibysmy na obiad. zachowywal sie w kazdym razie tak, jakby nie wszystko bylo
          jeszcze stracone, jakby przemyslsl sprwawe i dawal mi wyrazne znaki, ze moze
          wszystko sie ulozy. po czym wczoraj, tuz przed moim wyjazdem do domu, bardzo
          brutlanie sciagnal mnie na ziemie, mowiac mi ,ze on juz podjal decyzje i nie
          zmaierza jej zmieniac, ze nie jestesmy razem. na moje pytanie, czemu w takim
          razie dzwomni, zaprasza na obiad, stwierdzil, ze po prostu jeszcze troche musimy
          pomieszkac razem, dopoki sie nie wyprowadzi i ze chcialby, zebysmy byli w miare
          dla siebie mili, dlatego kontaktuje sie ze mna...

          wczoraj okazalo sie takze, ze wyjezdza do jutra. minelismy sie wiec w sumie w
          drzwiach naszego mieszkania, ja wracalam, on wychodzil. znowu dal mi jasno do
          zrozumienia, ze to juz koniec, ze szuka mieszkania, ze byc moze wyprowadzi sie
          do kolezanki (nota bene, nie wiem przypadkiem, czy ich cos nie zaczyna laczyc,
          bo ostatnio cos jej za duzo w jego zyciu). na moje pytanie, czy cos ich laczy,
          odpowiedzil ,ze oczywiscie ze nie, ze ona szuka po prostu wspolokatora (to
          akurat prawda), a on szuka mieszkania.

          no i pojechal, a ja zostalam sama w domu, na szczescie brat do mnie pryjechal na
          noc. nie przeszkadzalo mu to jednak wyslac mi za pare godzin smsa, ze dojechal
          do domu i ze pozdrawia... nie odpisalam...

          nie wiem, co on robi? czy on sie po prostu jeszcze nade mna zneca (chociazby
          tymi kontaktami, telefonami, smsami) czy sam nie wie, czego chce? miota sie?

          a ja.. ja cierpie... przeraza mnie wizja jego wyprowadzki, dzielenie tylu
          wspolnych reczy, ktore mamy, to ze prawdopodobnie wyprowadzi sie do tej
          kolezanki i ja wtedy poczuje sie jak zdradzona... przeraza mnie zostanie samej e
          naszym wspolnym mieszkaniu... to, ze ostane sama i bedzie mi ciezko, i finansowo
          i z roznymi problemami, kotre teraz bede musila rozwiazywac juz sama... przeraza
          mnie zycie w samotnosci w czterech scianach, w ktorych spedzilismy tyle
          wspolnych chwil... no i jak kazda kobiete, przerza mnie wizja, ze zostane sama,
          ze nie bede miec rodziny, dzieci... dlaczego mnie to wszystko spotyka...? :(


          co ja mam robic?

          ps. i jeszcze jak na zlosc, w pracy wszyscy pytaja jak tam przygotowania do
          slubu... co ja mam im powiedziec? rozwala mnie to wszystko... co ja mam robic? :(
          jedyne co dobre, to ze moj ojciec powiedzial, zebym dala sobie spokoj z
          rozmowami z nim o pieniadzach ,ze on bedzie juz z nim zalatwial te rzeczy, ze
          nie zostawi mnie z tym problemem samej..
        • sunsilk Re: ratunku.... :( 22.01.07, 08:31
          renebenay, dzieki za te slowa, naprawde...
          • kiki2222 Re: ratunku.... :(do sunsilk 26.01.07, 15:27
            Witaj,
            tak jak wczesniej pisałam Twoja opwoieść przypomina moją (zcyli odwołąnie
            ślubu, roztstanie z byle powodu), tylko u mnie na szczęście to króćej trwało,
            bo dosyć szybko się wyprowadziłąm a raczej zsotałąm zmuszona do wyprowadzenia,
            bo nie mogłąm znieść stale wyrzutów w stosunku do mnie i atakowania mojej osoby.
            Powiem Tobie tak jak potrzebowałąm wtedy pomocy i wyjaśnienia dlaczego ktos
            mówi jednego dnia ze Ciebie kocha, a potem zaraz staje się taki obojetny,
            podpowiadano mi ze on może kogoś mieć to nie musi być nic poważnego a ja
            oczywiście nie wierzyłąm, no i co wyprowadziłąm się było mi barzdo bardzo źle,
            on się nie interesował mną w ogóle po wyprowadzce, a ja pomimo tego co mi
            zrobił, nadal go kochała, ot taka głupia i żałosna byłam,
            Jak sie domyślasz czas pokazał, ze powodem rozstania nie byłą ta pojedyncza
            rzozmowa, i nie moja wina jaką na poczatku w zdecydowanej części mnei obarczał,
            tylko sam on. Szybciutko sie pocieszył i robi to nadal a ja dopiero póxno to
            zrozumiałam i bardzo długo obarczałąm siebie winą.
            Wiec co mogę Tobie poradzić to tylko tyle, ze jak możliwośc to sie wyprowadź,
            bo sama wiem jak to pzrykro siedzi się w domu i słuchasz tych bzdur i jednego
            dnia mówi tak a innego tak, pamietaj nie można bawić się czyimiś uczuciami i
            pozwalać na to, zeby osoba która rzekomo Ciebie kocha (ale chwilowo nie) tak
            Ciebie raniła, miłość nie ma z tym nic wspólnego, a wysiłki i chęci jednej
            strony nic nie uratują.
            Przepraszam, za tak moze mało optymistyczny tekt, ale napisałm prawdę. I
            trzymaj się jak chcesz to pisz do mnie
            Buziaki
            kiki
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka