pluszowa
21.05.07, 13:44
ze dwa, trzy miesiae temu byl tu moj wątek o rozpadzie mojego bardzo powaznego
związku.. ja bylam w dość slabej kondycji i nie sądziłam, że szybko będzie mi
dane się pozbierac, tymbardziej, że ex ukochany zabral ze sobą dom, ktory
razem budowalismy i kilka jeszcze innych waznych i cennych dla mnie rzeczy.. a
zostawil z sukienką slubną, plikiem zaproszeń i w wynajętym mieszkaniu,
zdążywzy po drodze bardzo umęczyć mnie psychicznie..
jednakze moje zycie potoczylo sie tak, ze doslownie miesiac pozniej kupilam
sobie swoje wlasne mieszkanie (male bo male, ale wlasne i nikt mnie z niego
nigdy nie wyrzuci..). to byla dla mnie rewolucja, nie sadzilam wtedy, ze kupno
mieszkania będze w ogóle możliwe. cała sprawa mieszkaniowa pomogla mi sie
pozbierac i dała duzo nowej, pozytywnej energii.
nie minął jednak miesiąc od kupienia mieszkania, a zdażyła sie kolejna
rewolucja. zaproponowano mi pracę-marzenie. w Stanach, na prestizowej uczelni,
z mozliwoscą robienia doktoratu, w dziedzinie, o której zawsze marzyłam, lecz
nie sądziłam, że będzie mi kiedykolwiek dana. było to dla mnie jak objawienie,
mozliwośc rozwinięcia skrzydeł, zmiana środowiska, poniesienie kwalifikacji,
spełnienie zawodowe i do tego zarobki o wiele wyższe niż tu w Polsce..
zastanawiałam się jeden dzień. kupiłam bilet, dostałam bez problemu wizę...
w dniu, w ktym dostałam wizę spotkałam przyadkowo dawnego znajomego, ktory
zaprosil mnie na kawe. i tu zaczęła sie trzecia rewolucja.. nie wiem, może to
sen, bo twa krótko, ale mam wrażenie, że spotkałam ideal... facet jest
doklanie taki, jakiego sobie wymarzylam, w każdym aspekcie swojego istnienia..
czuję sie tak, jak bym na niego czekala cale zycie...
a ja? ja za trzy tygodnie wsiadam na pokład olbrzymiego samolotu, ktory
powiezie mnie lotem transatlantyckim do mojego nowego miejsca na ziemi, do
Stanow, na conajmniej rok, jak nie dluzej..
boję sie tego jak cholera, wiem, że będę tęsknic przeokrutnie, ale wiem też że
muszę tam poleciec i wykorzystać tę szansę, którą daje mi życie.. wiem, że na
lotnisku bedę zegnac całą rodzinę, przyjaciól i jego... wiem, że będzie mi
cholernie cięzko... on tez bardzo przezywa moj wylot, myslę/czuję/slyszę od
niego, ze strach się angazowac, skoro nawet nie wiadomo, kiedy ja tak naprawde
wrócę do Polski...
i co ja mam robic? co myslec? czy powinnam zerwac, skonczyc ten związek, zeby
cierpiec mniej, zeby jemu oszczedzic tesknoty i bolu? nie wiem, czy potrafię..
czy mam wierzyc, ze jesli jest to silne uczucie to przetrwa te rozlakę? z
drugiej strony wydaje mi sie naiwne sądzic, ze znajomosc, ktora trwa miesiac
przetrwa rok rozłąki...
moze ktos z Was napisze mi tu cos sensownego, bo mnie to przerasta.. pierwszy
raz w zyciu czuję sie przeszczęsliwa i jednoczesnie ogromnie smutna...