tad.onc
27.06.07, 19:26
Boje sie o tym porozmawiac z ludzmi wprost, tym bardziej boje sie
specjalistow, bo problem mam nietypowy. Postanowilem napisac na tym forum,
poniewaz czuje sie anonimowy, poza tym niechec do cudzoziemcow jako problem
byla wielokrotnie tu poruszana.
Sprawa wyglada tak. Wiele lat temu zdecydowalem sie na adopcje syna mojego
szwagra, a dokladnie przyrodniego brata mojej siostry, ktorego posadzono na
jakis czas do wiezienia za narkotyki. Takie byly czasy, szwagier byl synem
Niemcow pozostajacych na terenie kraju, a jak wiadomo sympatia nikt do nich
nie palal w owczesnych czasach, wiec kto pierwszy szedl do wiezienia-
Niemiec. Ze matka dziecka nie miala 18 lat, zyczliwi ludzie zrobili wszystko,
zeby dziecko skonczylo w sierocincu. Nie pozwolilismy z zona na to, wiec
adoptowalismy go (syn ma juz dzis 31 lat).
Jednak, cale zycie czulem sie z tym zle. Wszystko, co zle bylo
wina "cholernego podrzutka". Kazdy, ale to kazdy obwinial syna za wszystko,
poniewaz byl dzieckiem adoptowanym (o czym sam nie wiedzial). Ja z kolei
chodzilem i tlumaczylem sie. Nienawidzono syna za sam fakt innych korzeni i
bycia adoptowanym.
Ja z kolei zle sie czulem, ze nie mam wlasnych i tlumaczylem sie wszystkim
dookola, ze adoptowalem z litosci, ze to dziecko niewiele dla mnie znaczy,
tlumaczylem sie ze wszystkiego obcym ludziom i sam nie wiem dlaczego.
Ostatnio syn popadl w klopoty, rozwod i problemy z praca w zwiazku z tym. Co
pierwsze przyszlo mi do glowy? Tlumaczenie sie ludziom, w tym mojej zonie, ze
to nie moje dziecko i ze tak naprawde nigdy go nie chcialem, ze moje dziecko
z pewnoscia osoagneloby w zyciu wszystko, co najlepsze, a to ma zle geny.
Szczegolnie nienawidzi go moja zona, za kazdym razem podkresla, ze widac, ze
to nie moj syn, ze sobie nie zyczy podrzutka w naszym domu. Ja jej tlumacze,
ze pomoglem mu w klopotach, ale nic dla mnie nie znaczy. Doszlo do tego, ze
klamie, mowie synowi, ze mu pomagam, a robie zupelnie na odwrot. Wykorzystuje
fakt, ze sam tego wszystkiego nie da rady zalatwic, bo jeszcze nie otrzasnal
sie do konca. Oszukuje, robie nadzieje, ciesza mnie niepowodzenia syna. Sam
nie potrafie zrozumiec mojego stanu. Mam leki, ze wyda sie, ze zostane
skompromitowany, ale brne w to dalej. Tlumacze sie przed znajomymi z samego
faktu, ze syn istnieje, pozniej mam wyrzuty sumienia, ale robie to wciaz.
Wiem, ze jest to straszne, ale sam sobie z tym nie radze.