wentyl77
16.01.08, 19:34
Wiele osób opisuje tu swoje dziwne stany psychiczne. Może to zły
dzień, a może chwilka słabości, ale dziś mam ochotę do zwierzeń. No
to jedziemy...
1. Zasadniczo postrzegam los lub Boga (opcja do wyboru, niepotrzebne
skreślić wedle poglądów) jako wrogą mi siłę, która pragnie mnie
zniszczyć i ciągle wystawiać na próbę. Sporą część psychicznej
energii trawię na wewnętrzne przekomarzanie, przeklinanie i
wyzywanie tego "ślepego" losu na swoisty pojedynek, co zawsze kończy
się niedobrze.
2. Jeśli życiem steruje przypadek, to dla mnie robi wyjątek,
układając ludzi i okoliczności zawsze na moją niekorzyść. Męczy mnie
lekko paranoiczne (a co ciekawe, uświadomione!) przekonanie, że
jestem największym pechowcem, a Bóg postanowił mnie wyróżnić poprzez
cierpienie. Święcie wierzę w prawa Murphy'ego.
3. Od kilku lat, niczym Adasia w "Dniu Świra", poniewiera mną
fatalna, nieszczęśliwa, jednokierunkowa miłość. Im dłużej to trwa,
tym mocniej przekonuję się, że to jednak była TA JEDYNA, a wszystkie
inne są do siebie podobne, co jednak wewnętrznie mnie dziwi
zważywszy na to, że jestem w stanie zakochać się w biuście
(uwielbiam "bujne" kobiety!).
4. Moja psychika bardzo mnie fascynuje, a własne poglądy czasem
zadziwiają. Np. nawiedza mnie cicha myśl, że kobiety mogą szanować
tylko tego, który w jakiś (nawet dyskretny) sposób nimi gardzi. Poza
tym zacząłem uważać, że im bardziej facet stara się je poznać, tym
gorzej dla niego.
5. Powoli staję się zdziwaczałym singlem, lecz widzę w tej sytuacji
więcej plusów, niż minusów. Ostatnio zacząłem podejrzewać, że jestem
częścią jakiegoś boskiego planu, który ma udowodnić, że "ostatni
będą pierwszymi". Od małego wierzyłem w swą wyjątkowość, lecz nie
miałem pojęcia, w którą stronę to pójdzie (tak jest do dziś). Tylko
w chwilach największego doła zapominam, że mam na tym świecie
wypełnić jakąś cholernie ważną misję (ale nie mam pojęcia, jaką).
6. O wiele bardziej kocham postaci z filmów i powieści (np. Veronikę
Lake), niż większość znajomych mi osób. Uważam, że 80% ludzi pędzi
życie na poziomie ameby (także emocjonalnie) i wiem, że to
niepoprawne - lecz przy każdej próbie zaprzeczenia natykam się na
kogoś, kto to jednak potwierdza.
7. Ze względu na trudne dzieciństwo, nie umiem przekonać się do
instytucji rodziny. Rodzina przypomina mi zbiorowisko toksycznych
meduz, a ludzie powinni powstawać już "gotowi" do życia, najlepiej
przy minimalnej pomocy rodziców. Nie znoszę traktowania miłości jako
oazy dla skołatanej psyche, zwłaszcza przez
złaknione "bezpieczeństwa" neurotyczki, ale też kabotyńskich
facetów. Małżeństwo to ostoja społecznego załgania.
Mógłbym jeszcze tak wymieniać długo, ale to chyba najważniejsze...
A jakie są wasze "schizy" i co sądzicie o moich?
--------------
www.stolicakomiksu.boo.pl