maly.ksiaze
07.09.03, 07:31
Podobno pewnego razu, gdy młodemu Frantzowi Lisztowi zdarzyło się grać w
obecnosci samego Beethovena, stary już wówczas mistrz podszedł do
młodzieńca - i ucałował go w czoło. Wiele, wiele lat później, w Budapeszcie,
w roku 1929 szesnastoletni piansta Andor Foldes koncertował dla Emila von
Sauera, ostatniego żyjącego ucznia Liszta.
Bach, Beetohoven, Schumann... W końcu Sauer, starszy już wówczas pan, wstał -
i zamaszyscie cmoknął młodego pianistę w czoło. "Synu" - powiedział - "gdy
byłem w Twoim wieku, zostałem uczniem Liszta. Po mojej pierwszej lekcji
ucałował mnie i powiedział: 'zaopiekuj się tym pocałunkiem, pochodzi od
Beethovena; dał mi go po wysłuchaniu moje go koncertu ; byłem wtedy w twoim
wieku'. Czekałem z tym wiele lat, ale teraz czuję, że należy się on własnie
tobie."
Czy cos takiego istnieje - namacalna nieomal nić wyjątkowosci, prowadząca
wskros pokoleń? Czujecie wokół siebie czas przeszły i przyszły, czy zupełnie
pochłania Was teraźniejszosć?
Pozdrawiam,
mk.
PS. Wszystkich, którzy oczekiwali małżeńskich bądź pozamałżeńskich
niedyskrecji - przepraszam za rozczarowanie. O tych pocałunkach będzie
następnym razem.