majowydeszcz
02.02.09, 21:43
Witajcie
Dziś rozstałam się z człowiekiem, z którym byłam rok. Ciężko mi bardzo. Nigdy
rozstanie mnie tak nie bolało, nie miałam tyle dylematów, nie było takie trudne.
Znaliśmy się dawno temu, potem on wyemigrował aż wreszcie 1,5 roku temu
natknęliśmy się na siebie i zaczęliśmy pisać. To były świetne rozmowy, pełne
zauroczenie. Przyjechał do mnie, nadal było świetnie. Pojechałam do niego, też
super. Pierwsze rysy pojawiły się, kiedy zauważyłam jego ostentacyjne
adorowanie innych kobiet, aż moje koleżanki zaczęły robić uwagi na ten temat.
Pomyślałam, że widocznie to taki czarujący typ. Nie wiem, kiedy dokładnie
zaczęło się psuć. Nie pamiętam, od czego się to zaczęło - ale poczułam się
tłamszona. Wszelkie próby wyrażenia moich odczuć kwitował PMS-em, niewyspaniem
albo zwykłym marudzeniem. Dla jasności - nie jestem typem łażącym i trującym,
ale fakt - nie cierpię niewyjaśnionych sytuacji, w poprzednich związkach
nauczyłam się rozmawiać o problemach. Tu się nie dało. Mówił, że jestem
nienormalna, nie radzę sobie z emocjami, tkwię w gó...e, jestem chora, każdą
moją próbę rozmowy traktował jak atak i uderzał bardzo mocno, często poniżej
pasa. Teraz już wiem, że powinnam przestać próbować rozmawiać, ale nie
umiałam. Nie umiałam udawać, że coś mnie nie wkurza, nie przeszkadza, że
wszystko jest ok. Na chwilę udawało mi się pościemniać przed samą sobą, że
wszystko gra, ale za chwilę znów działo się coś, co rodziło między nami
nieporozumienie i wywalało na wierzch (z obu stron) te nieprzegadane
wcześniej, nawarstwione sprawy. Przyznam, że za wszelką cenę starałam się mu
wytłumaczyć, że źródło problemów jest w nas, że powinniśmy nad tym pracować. W
którymś momencie ta cena stała się za wysoka, zaczęłam czuć się jak szmata. On
starał się mnie ustawić, był przy tym bardzo zazdrosny - robił mi zupełnie
bezpodstawnie idiotyczne sceny.
Miałam do niego jechać z dzieckiem na ferie, ale intuicyjnie, każdym porem
skóry czułam, że nie powinnam - że możemy zafundować dziecku kłótnie i chorą
atmosferę, że będąc u niego będę czuła się całkowicie uzależniona i będę z nim
walczyć, a on ze mną. W tym chyba tkwi między innymi źródło problemu - walka o
władzę. Zawsze powtarzał, że ceni mnie za to, że potrafię bronić swojego
zdania, ale z czasem zaczął negować wszystko co mówię, nawet kompletne pierdoły.
Od jakiegoś czasu starałam się mu wytłumaczyć, że związek nam się sypie, że
musimy się zdecydować, co dalej. Jeśli chcemy go ratować to musimy oboje
podjąć taką decyzję. Jeśli mamy się rozstać, to podejmijmy tę decyzję
wspólnie, odpowiedzialnie, uczciwie względem nas obojga. Starałam się mu to
wytłumaczyć, nie mogłam odpuścić, bo chciałam, żeby zauważył swoje błędy,
postarał się je naprawić. Nie zrozumiał. Widzi, że się między nami źle dzieje,
ale dla niego to jest proste - pewnie znowu hormony albo nerwy przed podróżą.
Czyli jak zwykle moja "wina". Nawet sobie to przemyślał i wygłosił wykład o
tym, co zrobiłam źle i o tym, jak mimo wszystko bardzo mnie kocha.
Dziś miałam wyjechać i nie pojechałam. Pierwszy raz się tak "zbuntowałam".
Nie chcę się nad sobą użalać, ale cholernie mi ciężko. Mam mętlik w głowie i
szukam w sobie winy. I wiem, że z takim podejściem nie da się odejść, choć
wiem, że to koniec.
Proszę, napiszcie co o tym myślicie.