sprawdzilam_czy_wolne
07.02.09, 00:13
Od tysiąca lat mam przyjaciela, jeszcze z liceum. No, niech będzie, od
dwudziestu lat. Widujemy się dość rzadko, ale dobrze rozumiemy i mamy do
siebie sporo zaufania, zresztą od zawsze tak było. Na wszelki wypadek od razu
dodam, że łóżko w tej przyjaźni nie bierze udziału, za porozumieniem stron
sprzed tych mniej więcej dwudziestu lat.
I martwię się teraz, co się z kumplem dzieje. Jest żonaty, małżeństwo zresztą
wskutek wpadki, moim zdaniem zaplanowanej przez małżonkę (nie cierpi mnie
zresztą, jest zazdrosna, ple ple ple, ja również jej nie lubię). Nastoletnia
córka, fajna i udana dziewczynka trzyma to małżeństwo w kupie.
Kłócili się ze sobą zawsze, od mniej więcej roku nie mieszkają razem, mój
kumpel (facet przed czterdziestką) wrócił do matki i coś złego się z nim
dzieje. Rozwodzić się nie będzie, z niejasnych dla mnie powodów. Pogrążył się
w pracy - jakoś tak na noce i dnie ;), a zawód ma z tych dobrze płatnych,
pozwalających na pracę 24 na 7. Pomysłu na życie żadnego... Niby nie moja
sprawa, ale się martwię.
Za babami nie lata, trochę przesadza z alkoholem, ale jeszcze daleko mi do
światełka alarmowego.
Pogadać z nim mogę mniej więcej tak, jak z każdym mężczyzną - nie jest to płeć
chętna do rozmów o życiu jako takim, jego sensie itd. To znaczy, jak pytam, to
grzecznie odpowiada, ale widać, że bez takiej pasji, jak każda kobieta
lubiłaby poroztrząsać niuanse.
Nie wiem, co mam myśleć o tym wszystkim. Doradziłabym, szczerze mówiąc, rozwód
i próbę ułożenia sobie życia na nowo, ale... Tak pchać się z butami?
Zwłaszcza, jak nie lubię i nie ufam tej żonie?
Podpowiecie mi coś?