Gość: andrzej
IP: *.bydgoszcz.sdi.tpnet.pl
15.11.02, 17:34
W załączeniu post z innego forum:
-------------------------------
To było to: 01-09-2002 16:39
Tytuł posta jest prowokujący, ale smutna prawda jest taka, że opisane poniżej
zdażenie miało naprawde miejsce wczorajszego dnia. Na wstępie dodam aby ów
wątek nie został skasowany przez adminów forum, to nie jest fikcja wyssana z
palca, ale jak napisalem wcześnie autentyczne zadażenie...
Retrospekcja...
Mam kolego który od ponad 6 lat nie ma obu nerek, wcześniej jeszcze jakoś
funkcjonował normalnie, chodził bez problemu, na dializach był tylko najpier
2 a potem 3 razy w tygodzniu, niestety ok 2 lat temu jego stan się znacznie
pogorszyl, zaczeły boleść go nogi, dializy 5 razy w tygodniu, ma problemy z
poruszaniem się o własnych siłach. Okazało się ze ma jeszcze problem z
wątrobą, (nie wnikam dokladnie w co bo nie o to mi chodzi w wątku), tak więc
aby mógł powróci do normalnego funkcjonowanie, musi mieć przeszczep
jednocześnie nerki i wątroby... ale fakt jest faktem... 6 lat zmarnowanego
życia,wyrwane z życiorysu, 6 lat oczekiwania na unormowanie i powrót do
normalnego świata.. aż pewnego dnia...
31 Sierpień 2002 (wczoraj)...
...ok 9 rano telefon do jego domu, dzwonią ze szpitala, okazało się że jest
dawca nerki i wątroby. Dawca (osoba anonimowa) podtrzymywany był przy życiu
jedyna aby organy potrzebne do przeszczepu dalej funkcjonowały, aby cały czas
bytły dotleniane, mózg niestety już nie pracował (śmierć
kliniczna)....wszytko było gotowe, rodzice dawcy wyrazili zgode na
przeszczep, kolega naszykowany juz do szpitala... czakał tylko na ostateczne
potwierdzenie... i tu wkracza nasz negatywny bohater... ksiądz... namawaił on
rodziców, aby nie oddawali organów które mogą uratować życie innej osobie (w
tym przypadku mojemu koledze), tak długo nimi "manipulował' (najbardziej ten
wyraz mi tu pasuje), aż wkońcu dopioł swego, rodzice zrezygnowali i odmówili
oddania organów....
....................brakuje mi słów na poczynanie tgo pseudo
księdza............. wiedzial ze dawca nie przezyje, że organy uratują życie
mojemu koledze, ale mimo to upierał się przy swoim... wyobraźcie sobie teraz
jak musił się czuć mój znajomy i jego rodzice, zachowanie tego księdza
jedynie zniechęciło ich do wiary w kościół, nie w Boga... w kościół... skoro
księza są "pośredniki" pomiędzy Bogiem a ludzmi (jak sami o sobie mówią) to
co to do jasnej cholery miało znaczyć... powinni ratować życie, pomagać
ludziom chorym, wspomogać na duchu... a nie dobijać jeszcze bardziej. W tym
momecię zwątpiłem, wierze w Boga, ale po tym incydencie kościól stracił u
mnie bardzo dużo... ja się zastanawiam co to wogóle był za ksiądz... sam nie
wiem co mam o tym sądzić... jedyne godne stwierdzenie które przychodzi mi do
głowy..." Ksiądz a Ksiądz to dwie różne osoby""...
PS. Przepraszmi za błędy składniowe i ortograficzne jeśli się jakieś znajdą
Nigdy jeszcze tak nie było żeby to jakoś nie było
Balrog,
www.frazpc.pl/board_glebiej/11036/8/s
-------------------------------------------------