koloratura1
29.10.05, 08:07
Podany przykład, a nawet oba (fuzja firm, kłótnia małżeńska) są zdecydowanie
nietrafione i nie mogą mieć nic wspolnego z negocjacjami politycznymi, gdzie
dwie różne, a w tym, konkretnym, wypadku - bardzo się różniące - partie
usiłują dojść do koalicyjnego porozumienia. Podstawowa różnica tkwi w tym, że
dwa podmioty, decydujące się na fuzję, zakładają, że ta fuzja potrwa jak
najdłużej, nawet na zawsze. W małżeństwie też zalożenie jest podobne.
Natomiast partie, będące w koalicji, doskonale zdają sobie sprawę z tego, że
najdalej za cztery lata wystartują znowu w morderczym, być może, pojedynku o
głosy wyborców i najbardziej by im odpowiadało, żeby po następnych wyborach
już nie musieć "dokonywać fuzji", a dać sobie radę na rynku samodzielnie,
przy maksymalnej marginalizacji niedawnego partnera. Zwłaszcza, jeśli ten
partner ma poglądy odległe o lata świetlne.
I jeszcze jedno. Gdy słyszę, powtarzane w kółko, jak mantrę, stwierdzenie, że
naród w wyborach zagłosował na koalicję PPPiSu, że wyborcy takiej właśnie
koalicji sobie życzą, to nie wiem, czy wszyscy poszaleli? Toż ze świecą
szukać wyborcy, głosującego na Platformę, który by jako swój second choice
wskazał na PiS. A - z kolei - wyborcom PiSu znacznie bardziej musi sie
podobać program LPRu czy Samoobrony, niż Platformy.
Więc może najrozsądniejsze, co może się zdarzyć, to to, że - ostatecznie -
rządzić będą (oby jak najkrócej)ci, którzy wygrali, wespół z programowo
podobnymi sobie?