agulha
29.10.05, 20:48
Wiecie, jednak żyjemy w państwie, które podle sobie poczyna. Mój ojciec
pracował całe życie, od studiów do 65 roku życia (pracowałby dalej, tylko
odwleczenie pójścia na emeryturę skutkowałoby mniejszą emeryturą, bo ostatnie
10 lat mniej zarabiał niż wcześniej). Wiele lat był kierownikiem (nie żadna
synekura, tylko kierowanie zespołem kilkunastu osób, zbieranie ochrzanów,
jeśli zadanie nie było wykonane terminowo itp.). Ja pracuję od 12 lat, też
skończyłam studia, jestem pracownikiem merytorycznym, ale szeregowym, tzn. nie
managerem. Emerytura mojego ojca to poniżej 25% mojej pensji (brutto). Tata
pracuje na część etatu (zarabia CAŁE 300 zł), bierze zlecenia (ostatnio akurat
z tym jest bardzo cienko), więc nie chodzi o to, że sobie nie radzi, i
oczywiście w razie czego mu pomogę. Ale czy to nie jest draństwo? Ja nie mam
dzieci - jak będę żyła, kiedy osiągnę wiek emerytalny? Przecież przychodzi
taki moment, że człowiek jest naprawdę stary i zwykle chory i nie może już
pracować, ani na pełny etat, ani na żadne zlecenia. Wybieram się na kontrakt
zagraniczny, tzn. staram się o pracę "tam" z zamiarem powrotu, kiedy tylko
osiągnę kompetencje w nowej specjalności (2-3 lata), ale może rozsądniej
byłoby zostać w jednym z rozwiniętych krajów, gdzie emerytura nie oznacza
biedy. Wielu z Was ma na pewno rodziców czy dziadków emerytów, jak to
widzicie, czy jest równie paskudnie?