Gość: Ala
IP: *.crowley.pl
24.02.06, 17:40
Czytam i czytam te ogłoszenia, wymagania takie, owakie. A jak przyjdzie do
konkretów, to zwykle okazuje się, że pracodawca nie szuka fachowca tylko
emeryta, rencisty albo studenta, żeby oszczędzić na ZUS-ie itp. Przykład?
Pracowałam przez kilka miesięcy w firmie, w której 2/3 zatrudnionych to
właśnie były takie osoby. Efekt? Totalny bałagan, przestarzałe metody,
socjalistyczne podejście do pracy, olewka. W biurze współpracowałam z pewnym
handlowcem, facetem po 60-tce (rencista!!!), który nie miał pojęcia o
obsłudze komputera, internecie, nie umiał nawet odebrać telefonu, żeby czegoś
nie schrzanić (często wciskał nie ten guzik), tłumaczył się, że przez całe
życie był dyrektorem i teraz nie może się przestawić do roli zwykłego pionka.
Ale, żeby tego było mało, facet ostro popijał, często też przychodził do
pracy skacowany, ręce mu się trzęsły, czego się nie tknął - "spartolił", żeby
nie użyć brutalniejszego określenia. Skutkowało to ciągłymi awanturami, bo
klienci otrzymywali nie taki towar, ginęły dokumenty, faktury, panował chaos.
I kto dostawał za to wszystko po d..ie? Oczywiście, ja! Bo nie kontrolowałam
tego pana, bo nie pilnowałam, żeby nie chlał pod biurkiem, bo nie
przeszukiwałam jego porozrzucanych papierków, bo to, bo tamto. A co ja,
niańka jestem, jednoosobowa poradnia AA, policja? I kto musiał odejść z
firmy, no kto? Ja, bo nie pilnowałam pijaka, bo wykonywałam za niego całą
robotę, chociaż miałam być tylko zwykłą sekretarką, ja, bo znosiłam
śmierdziela, który kąpał się chyba raz w tygodniu, kiedy akurat był trzeźwy,
ja, bo...nie miałam statusu emeryta ani rencisty i za dużo kosztowałam firmę!
Lepiej więc zatrudnić moczymordę, który nie ma pojęcia o niczym, ale za to
nie wymaga ZUS-u, bo pracuje na czarno, choć nie zawsze przytomnie. Szlag
mnie trafia!