Gość: seracher1
IP: 212.160.235.*
16.12.02, 21:58
Hej,
Zastanawiam się, czy byłabym dobrym dziennikarzem. Podobno dobrze piszę. NIe
wiem, czy na ten forum znajdzie sie ktoś, kto jest w tej dziedzinie
ekspertem, ale chętnie zapoznam sie również z uwagami nie-ekspertów na temat
poniższego teKStu dotyczącego poszukiwania pracy. Co o nim myslicie?
zazanaczam, że nie tyle chodzi mi o treść, co o formę i sposób ujęcia tematu.
Z góry dziękuję na poświęcenie temu artykułowi kilku minut czasu...
GDY WYDAJE SIĘ, ŻE CHODZI O PRACĘ...
Pracując zawodowo rozwijamy się. Poznajemy style bycia i działania wielu
osobowości. Uczymy się współpracować z różnymi ludźmi. Obserwujemy sposoby,
za pomocą których próbują oni radzić sobie w firmowej rzeczywistości. Zanim
jednak nasza wiedza stanie się na tyle głęboka, by pozwolić nam gładko
poruszać się w odmętach biurowych intryg, popełniamy wiele błędów. Zdarza
się, że nie potrafimy odróżnić ziarna od plew, przyjaciela od wroga, fałszu
od prawdy, manipulacji od faktu.
W dobie katastrofalnej sytuacji na rynku pracy także samo poszukiwanie
stałego zajęcia staje się podobnego typu wieloetapowym procesem rozwoju -
poszerzania zasobu określonego rodzaju wiedzy, informacji i doświadczeń. I tu
również mistrzostwo osiągamy w momencie, gdy potrafimy odróżnić to, co ma
ścisły związek z rzeczywistością od tego, co do niej zgoła nie przystaje bądź
przystaje w inny sposób niż mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać.
Zapewne wielu osobom, które od dobrych kilku lat pracy nie były zmuszone
szukać trudno będzie w to uwierzyć, ale obecnie podstawową i pierwszą
nabywaną przez poszukujących pracy umiejętnością jest zdolność do dokonania
prawidłowego podziału ogłoszeń zamieszczanych w rubrykach pt. Dam pracę na
takie, które rzeczywiście są propozycjami pracy i takie, które tego typu
ofert wbrew pozorom nie stanowią.
Poszukując stałego „angażu” od trzech już miesięcy zdobyłam wiedzę
pozwalającą na bardzo szybkie dokonanie takiego „podziału”. Poznanie zasad,
na jakich można to zrobić kosztowało jednak sporo czasu, energii i
rozczarowań, których mam nadzieję, dzięki ninieszemu tekstowi, oszczędzić
czytelnikom znajdującym się byc może w podobnej sytuacji.
Nade wszystko nie lubię bezczynności. Dlatego też, gdy zauważyłam w pierwszym
tygodniu swojego „bezrobocia” ogłoszenie o możliwości zarabiania za
pomocą „przepisywania tekstów” zgłosiłam niemal natychmiast telefonicznie
swój akces. Pani udzielająca informacji była wprost tym faktem
uszczęśliwiona. Tonem, jakim zazwyczaj pani prezenterka w telewizji informuje
gracza audiotele o wygranej oznajmiła mi, że firma, które reprezentuje
znajduje się z Poznaniu (miasto ludzi przedsiębiorczych) i płaci 2 PLN (?!) z
stronę. Jeśli zaś jestem zainteresowana tą szalenie atrakcyjną propozycją
Pani zapisze mój adres i w trybie natychmiastowym wyśle mi do podpisania
umowę. I jeszcze mały drobiazg - opłata pocztowa za niniejszy kontrakt wynosi
39 PLN. Natychmiast po uzyskaniu tej informacji będącej zdaje się kluczem do
zrozumienia sensu całej działalności, zakończyłam rozmowę. Ciekawość pchała
mnie wprawdzie, by sprawdzić, czy rzeczywiście po podpisaniu umowy będę miała
szansę wzbogacić się o wielokrotność owych 2 zł. Niestety od pewnego czasu
moje zapędy poznawcze bywają ograniczane przez zasoby finansowe, co w tym
wypadku było dużym plusem. Miałam bowiem, jak mniemam, do czynienia z
sytuacją, w której im więcej inwestuję, tym więcej tracę.
Straciłam więc tylko tyle, ile wyniósł koszt rozmowy. Mogłam jednak uznać, że
bilans całej akcji wyszedł na zero. Zyskałam wszak (jak się okaże bardzo
cenne) przekonanie, że w ogłoszeniach zamieszczanych w rubryce „Dam pracę”
czasami nie chodzi o pracę, lecz o to, by korzystając z sytuacji uszczknąć
nieco ze skromnego skarbca osoby bezrobotnej.
Mając świadomość powyższego nie dostrzegłam jednak nic podejrzanego w
ogłoszeniu, iż wydawnictwo książkowe poszukuje korektorów tekstów. W
odpowiedzi na ofertę wysłaną pod wskazany "adres mejlowy" potencjalny
pracodawca poinformował mnie, że moja kandydatura poważnie brana jest pod
uwagę. Muszę jeszcze tylko dokonać „na próbę” korekty załączonego do e-maila
tekstu i już prawie, prawie mogę być pewna zatrudnienia.
Jak na „próbny” dokument był dość długi, co potwierdziło wysnute już na
podstawie samego listu przypuszczenie, iż w całej procedurze chodzi
najpewniej o wykorzystanie moich umiejętności i zaangażowania bez
konieczności płacenia zań rynkowo uwarunkowanego (czyli bądź co bądź
niewielkiego) wynagrodzenia.
Dziwić mogłaby niefrasobliwość pracodawcy, który zdaje się nie dbać
szczególnie o jakość korekty powierzając ją osobie, której osobiście nie
poznał. Przypuszczalnie na takie podejście do tematu w warunkach ostrej
konkurencji na rynku mediów nikt nie może sobie pozwolić. Zapewne więc osoby,
które dostąpiły w tym wypadku zaszczytu dokonania korekty „na próbę” zostały
wyselekcjonowane spośród wszystkich, którzy odpowiedzieli na ogłoszenie jako
ci, których doświadczenie lub (i) wykształcenie gwarantowały w dużym stopniu
profesjonalizm i dokładność wykonania owego swoistego „polecenia służbowego”.
Zniesmaczona kolejnym przykrym wypadkiem postanowiłam wybrać się na wspólne
biadolenie przy piwie z pozostającym od dłuższego czasu w podobnej sytuacji
zawodowej kolegą. Opowieść o jego doświadczeniach z poszukiwaniem pracy
bynajmniej jednak mnie nie pokrzepiła.
Uradowany otrzymaną kilka dni wcześniej propozycją pracy w charakterze
sprzedawcy przystał na postawiony przez właściciela sklepu warunek, by
pierwsze kilka dni przepracował za darmo w ramach szkolenia. Następnie miała
być oczywiście umowa o pracę z wszystkimi jej przynależnymi właściwościami, z
wynagrodzeniem na czele. Fakt, że szkolenie polegało na robieniu przez kilka
dni totalnej rewolucji w magazynie bez jakiegokolwiek nadzoru ze strony osoby
prowadzącej owe specyficzne „lekcje” dawał już mojemu rozmówcy wiele do
myślenia. Zapewne nieco zamortyzowało to szok, jaki przeżył, gdy po trzech
dniach przedsiębiorczy pryncypał poinformował go, że podczas szkolenia
udowodnił wprawdzie, że nadaje się na... sprzedawcę, lecz tymczasem powinien
się ulotnić, gdyż w ciągu następnych kilku dni jego szef zamierza sprawdzić
predyspozycje kolejnych kandydatów. I dopiero spośród nich wszystkich
wybierze sobie pracownika.
Na drzwiach sklepu ponowienie zawisło ogłoszenie o wolnym etacie, a mój
przyjaciel, który na konto nowej pracy opróżnił już nieco swoją skarbonkę
wylądował z powrotem na trudnym rynku - jeszcze bardziej zgorzkniały,
zniechęcony i biedny.
Wymieniwszy smutne doświadczenia doszliśmy wspólnie do kolejnego (jakże
słusznego) wniosku: czasem, gdy wydaje się, że chodzi o pracę... chodzi
właśnie o nią, ale pozbawioną tak niezbędnego składnika, jakim jest
konieczność otrzymania (wypłacenia) za jej wykonanie wynagrodzenia.
Od tego momentu ogłoszenia zawierające w treści słowo „szkolenie” zaczęły
wydawać mi się podejrzane. Bez wielkich oczekiwań zadzwoniłam więc pod numer
podany w ogłoszeniu o treści „Przeszkoliły i zatrudnimy...”. I nie wzbudziła
mojego zaskoczenia informacja, że szkolenie, owszem, ogłaszająca się firma
organizuje, ale jego koszt ponosi kursant nie mając żadnej pewności, że po
jego odbyciu zostanie zatrudniony. To bowiem dane będzie tylko
najzdolniejszym słuchaczom wykładów.
Kolejny wniosek - czasem, gdy wydaje się, że chodzi o pracę, chodzi o...
sprzedaż usług. Słowa „praca” czy „zatrudnienie”, będące obecnie przedmiotem
pożądania blisko 20 % Polaków, zdają się tu być tu tylko wabikiem reklamowym
mającym zwiększyć liczebność klienteli. Na podobnej zasadzie wykorzystuje się
seks czy nagie ciała kobiet w reklamach