Tak wiszę nad klawiaturą, choć powinnam już wyjść, bo mam kilka spraw do załatwienia, ale opadły ze mnie wszystkie siły. Jestem totalnie zniechęcona. Po powrocie czeka mnie, kolejny już raz, pogoń za fachowcem. Nie jakimkolwiek, ale tym konkretnym, który niestety, wcale konkretny nie jest, a z fachowością też ma problemy. Właściwie to problemy zaczęły się od banalnej sprawy - wymiany wodomierza. Pan sprytnie uzależnił mnie od swojej usługi, po czym...nie przychodził na kolejne, wyznaczane przez siebie terminy. A jak już przyszedł i wymienił co trzeba, urwał mi półkę z kafelek. Wczoraj przekonałam się, że to nie jedyna szkoda. Osadził wodomierz tak, ze nie umiem odciąć wody, a mam akurat lejący się kran i uszczelkę do wymiany. Ręce mi opadają.
I tak sobie myślę, może dziś mało uczciwie, bo jestem rozżalona, że właściwie to ten świat jest urządzony tak, żeby żerować na, w danej sytuacji, słabszych. Jak w dżungli. Nic się nie zmienia, tylko zewnętrzna forma, opakowanie. Przecież on doskonale wiedział, musiał wiedzieć, że zostawia mnie bez możliwości odcięcia wody. Nie rozumiem, jak tak można