august2
22.04.06, 17:28
21 kwietnia obchodzilem niezwykla rocznice.
20 lat pracy w jednej firmie ( albo kompanii – jak kto woli).
Wlasciwie to przepracowalem w tej mej firmie 20 lat i 6 miesiecy. Te 6
miesiecy bylo jako tymczasowy (temporary) czyli na okreslony czas poprzez
jedna z Agencji Pracy.
Pamietam jak dzis ( oklepane stwierdzenie ale jak prawdziwe w tym przypadku)
a bylo to w srodku tygodnia kiedy odebralem telefon z agencji. Kazano mi
jechac na rozmowe kwalifikacyjna do miasta S. R. mieszczacego sie kolo 35 mil
na poludnie od San Francisco.
Jadac tam nie przypuszczalem co mnie moze tam czekac. Tak prawde
powiedziawszy to traktowalem to jak jedno z bardzo wielu rozmow
kwalifikacyjnych. Juz od paru miesiecy jezdzilem po agencjach, kupowalem
gazety zeby czytac ogloszenia, rozsylalem dziesiatki resume’s.
Moj angielski byl wtedy bardzo ale to bardzo slaby. Uzbrojony w folder
zawierajacy moje portfolio
(probki mych rysunkowych projektow) wyruszylem do S. R.
Tam na miejscu mialem rozmowe z Mr B. G. ktory byl kierownikiem dzialu i
jednym pracujacych tam inzynierow G. T. Jeszcze dzis sie zastanawiam jak
ja sie wtedy z nimi moglem dogadac.
Rozmowa z G. T. byla ciekawsza gdyz on sam byl emigrantem z Rosji Sowieckiej.
Wtracalismy nawet rosyjskie slowa. Po rozmowie pojechalem do domu nie wiedzac
wcale o wynikach rozmowy.
Po poludniu – telefon i propozycja zaczecia od nastepnego dnia! Placa 10
dolarow na godzine.
W domu EUFORIA!
Zaraz pojechalem do sklepu zeby kupic nowy budzik – gdyz nie chcialem zaspac
w ten tak wazny dzien.
Pierwsze dni byly bardzo nerwowe ale spotkalem tam swego Aniola Stroza. Byl
nim ow inzynier- emigrant z bylego ZSRR.
G. T. – rosyjski Zyd. Przez nastepne 18 lat bylismy w pracy jak owe papuzki-
nierozlaczki. Byl moim mentorem i przyjacielem. Teraz jest juz na emeryturze
i nadal utrzymuje z nim kontakt internetowy, gdyz mieszka na wschodnim
wybrzezu.
Nieraz wracam myslami do owych pierwszych dni w pracy. Czy to bylo szczescie?
Czy moja osobowosc? Czy widoczny tutaj szacunek dla dobrej pracy? A moze po
prostu wszystko po trochu..
Wczorajsza mala uroczystosc w pracy byla bardzo dla mnie przyjemna.
Zjedlismy w naszej grupie w pracy wspolne sniadanie, kierownik wyglosil
pochwalna mowe ( polechtala ma dume) a pozniej otworzylem symboliczny
podarek.
Byla nim lornetka z wbudowanym aparatem cyfrowym do robienia zdjec. Dobra
zabawka na moje piesze wedrowki po mej okolicy. Bede mogl teraz robic
zblizenia ptakow, zwierzat i innych cudow natury.
To byl naprawde DOBRY DZIEN!.