Dodaj do ulubionych

Pod żaglami Jasmina życie płynie jak w bajce...

01.10.06, 22:28
tak się będzie nazywał nowy wątek opowiastkowy ale dziś jestem w stanie tylko
powiedzieć Wam dzień dobry, zameldować, że nie tylko się nie pogrążyłam w
odmętach ale nawet awansowałam na majtka i dostałam od kapitana medal za
zasługi na polu chwały i...idę spać.
Może jutro zacznę pisać, dziś jeszcze mi się podłoga jeszcze kiwa.
Ps. Było super, super, super !!!
Obserwuj wątek
    • natla Re: Pod żaglami Jasmina życie płynie jak w bajce. 01.10.06, 22:54
      Witaj na syałym lądzie! Już sie ciesze na opowieści. Odpoczywaj szybko, a żeby
      Ci nie zaszkodziła nagła odmiana, to siądź z laptopem na kolanach na jakiejś
      huśtawce.
    • toskania8 Pod żaglami Jasmina życie płynie jak w bajce-odc.1 02.10.06, 12:44
      POD ŻAGLAMI JASMINA ŻYCIE PŁYNIE JAK W BAJCE
      Cyklady 16 – 30 września 2003


      Wyjeżdżamy z nieco mieszanymi uczuciami. Z jednej strony to przecież nasze
      wymarzone wyspy greckie. Z drugiej jednak, po próbnym pływaniu po Zatoce
      Gdańskiej, kiedy łódka stawała sztorcem na jednej burcie a Janka cichutko
      rzygała na zawietrzną nasz entuzjazm jakby nieco podupadł. No i jeszcze siedem
      osób, w tym dwie w ogóle nam nieznane na przestrzeni kilku metrów razem niemal
      dzień i noc. Może być różnie.
      Noc przed podróżą spędzamy w malowniczym pałacyku o wdzięcznej nazwie Pałac
      Kawalera w Świerklańcu pod Tarnowskimi Górami. O czwartej jesteśmy już na
      lotnisku, o dziewiątej wita nas upalny ateński poranek. Jedziemy do Kalamati,
      gdzie wśród kilku tysięcy łódek musimy wyszukać naszą. Jest! Nazywa się
      poetycznie Jasmin. Jest typu Bavaria 36, co znaczy, że ma 36 stóp długości.
      Nasze kierownictwo dokonuje szczegółowego przeglądu i odbioru łódki. My idziemy
      po zakupy. Na szczęście właściciele okolicznych sklepów oferują dowiezienie z
      licznymi pakunkami na jacht. Dla siedmiu osób trochę tego jest.
      Te wszystkie sprawy zajęły nam kilka godzin, więc kapitan decyduje, że dziś nie
      wypływamy. Wobec tego kuk, czyli ja, wydaje pierwsza kolację. Wielka micha
      greckiej sałatki z butlą czerwonego wina smakuje niepowtarzalnie. Towarzystwo
      okazuje się sympatyczne, dogadujemy się właściwe od pierwszych chwil.
      Przechodzimy pierwszą lekcję wiązania najważniejszych węzłów. Jak bym nie daj
      Bóg wypadła za burtę to i tak bym na pewno natychmiast ze strachu zapomniała,
      jak się wiąże ratowniczy, ale uczę się pilnie, wiemy już co to knaga a co
      kabestan, jak się robi zwrot przez sztag, a jak przez rufę, jak się klaruje
      liny cumownicze i wiele innych mądrych rzeczy.
      Koje są dwuosobowe, legowisko w kształcie trójkąta zwężającego się w głąb.
      Szafki maleńkie, po kilku dniach połowę swojego bagażu mam więc już pod ręką na
      koi, da się tam nawet znaleźć butelkę wina z Santorini.
      Do koi trzeba wejść nogami do przodu, co nie jest łatwe. Zasypiamy.
      Po śniadaniu wielka chwila – oddaj cumy! Za sterem kapitan, za chwilę jesteśmy
      już na pełnym morzu.
      Jest dość spokojnie, więc próbujemy naszych sił za sterem. Idzie na razie mocno
      wężykiem, ale się staramy.
      Niestety „rozwiewa się” czyli wzmaga się wiatr. To znaczy niestety dla nas,
      szczurów lądowych, bo nasze wilki morskie są zachwycone. Grażyna leży na
      ławeczce kokpitu i chce umrzeć, Janka łyka tabletki, ja po chwili spędzonej w
      mesie biegiem wracam na pokład i wychylam się na zawietrzną, Hania trzyma się
      dzielnie.
      O ósmej zaczyna się moja pierwsza wachta z Andrzejem, pierwszym oficerem. Wieje
      mocno, więc mój udział w wachcie ogranicza się do dotrzymywania towarzystwa
      mojemu dowódcy. Próba zrobienia herbaty okazuje się wielkim wyzwaniem. Co raz,
      rzucona kolejną falą nabijam sobie o sprzęty nowego siniaka, walczę z
      mdłościami a po głowie tłucze mi się myśl, czy aby naprawdę o takich wakacjach
      marzyłam.
      Wracam na pokład, podnoszę głowę – w absolutnej ciemności nad nami miliony
      gwiazd. Chyba pięć razy więcej, niż widać w mieście. Na morzu gdzie niegdzie
      pojawiają się światełka a to promu, a to statku, a to kutra. Za nami w niebo
      bije łuna ateńskich świateł. Cisza. Słychać tylko szum wiatru i plusk fali.
      Świat jest bardzo daleko.
      Zwolniona z reszty wachty wczołguję się do koi.
      Budzę się przed wschodem słońca, morze jest spokojne, na pokładzie ruch.
      Jesteśmy już w zatoce osłaniającej port Adamas na wyspie Milos. Za sterem
      Janka, idzie jej coraz lepiej. Zatokę osłaniają strome, skaliste góry, zza
      szczytów wyłania się słońce, na zboczach białe wioski, morze jak stół, jest
      bosko.
      W porcie pierwsza niemiła niespodzianka. Mimo, że po greckich wyspach pływa
      mnóstwo jachtów, wyspiarze nie przygotowali dla nich żadnych usług. Nie ma w
      marinach pryszniców, toalet, nawet wodę do zbiorników nie wszędzie da się
      pobrać. Myjemy się jak się da, śniadanie i ruszamy na zwiedzanie wyspy.
      Autobus wynosi nas w górę. Ruszamy. Robimy sobie zbiorowe zdjęcie pod tabliczką
      oznaczającą miejsce, gdzie znaleziono sławną Wenus z Milo (tak, to właśnie
      tu !). Jeszcze pozostałości starożytnego amfiteatru, wczesnochrześcijańskie
      katakumby, widok na zatokę z pobliskiego pagórka ze świątyńką i już pijemy w
      miasteczku Tripiti zasłużoną kawę po grecku, czyli parzoną w tygielkach. Obok
      kawiarenki stara piekarnia z prawdziwym chlebowym piecem, z którego piekarz na
      długiej drewnianej łopacie wyjmuje okrągłe, gorące bochenki. Kupujemy
      oczywiście jeden i idziemy do sąsiedniego miasteczka Plaka, oficjalnej stolicy
      wyspy. Mobilizuję towarzystwo do wdrapania się na wzgórze z ruinami starej
      weneckiej twierdzy (śladów weneckich znajdziemy na wyspach mnóstwo) i kaplicą
      Panagia Thalassistra, upamiętniającą miejsce, gdzie w 416 roku p.n.e.
      mieszkańcy Milos po raz ostatni stawili czoła ateńczykom, zanim zostali przez
      nich ostatecznie podbici. Widok wynagradza trud wspinaczki.
      Do portu wracamy pieszo. Po długim marszu w upale, napotkana po drodze kolejna
      piekarnia z licznymi łakociami wzbudza nasz entuzjazm. Zasiadamy na ławeczkach
      z butlą wody i każdy ze swoim wybranym ciasteczkiem.
      Przed kolacją jeszcze morska kąpiel.
      Podaję kolację, na deser micha słodkich winogron.
      Tak, teraz nie mam już cienia wątpliwości. Tak, to są wakacje, o jakich
      marzyłam.
      Wypływamy po śniadaniu, kolej na mnie za sterem. Morze jest gładkie, więc idzie
      mi jako tako. Choć nie okaże się to moim ulubionym zajęciem.
      Po godzinie z drugiej strony wyspy rzucamy kotwicę, wsiadamy do pontonu. Na
      głębokości kilkunastu metrów widać na dnie każdy kamuszek. Opływamy przybrzeżne
      skałki i wpływamy do zamkniętej zatoczki. Można się do niej dostać tylko
      przepływając pod niską bramką utworzoną przez skałki. Pionowe skałki tworzą
      zamknięty kociołek, woda jest ciepła i przejrzysta. Pluskamy się, odważni
      wpływają do ciemnych, tajemniczych grot.
      Ruszamy dalej.
      Cyklady rozrzucone są w niewielkich od siebie odległościach, kilkunastu,
      kilkudziesięciu mil. Zanim za rufą zniknie opuszczana przez nas wyspa, już
      widzimy następną.
      Folegandros, najmniejsza z tych, które odwiedzimy, wydaje się prawie bezludna.
      Jest podłużna, skalista, napotykamy chyba ze dwie wioski, liczące zaledwie po
      kilkanaście domków wysoko na szczytach, brzegi są zupełnie niedostępne.
      Jesteśmy dumni, bo do portu Karavostati dopływamy pierwsi spośród trzech załóg.
      Autobusem docieramy do Chory, miasteczka na górze. Jest malutkie, spokojne, ot,
      parę krętych uliczek, placyk pośrodku, zajęty przez ogródki tawern.
      Oszałamiający, choć groźny widok w dół na urwiste skały i kłębiące się w nich
      morze.
      Właściciel jednej z tawern okazuje się mieć żonę Polkę, mówi nieźle po polsku,
      Znosząc nam kolejne przysmaki opowiada o życiu na wyspie. Jej mieszkańcy żyją z
      turystów, po zakończeniu sezonu, czyli od października zostaje tu około trzystu
      stałych mieszkańców, reszta wyjeżdża na stały ląd albo za granicę (on na
      przykład do Aten albo do Polski.).
      Nazajutrz wypływamy wcześnie, przed nami spory kawałek drogi na Santorini.
    • night_breeze Re: Pod żaglami Jasmina życie płynie jak w bajce. 02.10.06, 13:12
      Bardzo ciekawie piszesz,ciekawie się czyta.Przeżyłaś niezłą przygodę!Byłam w
      tych rejonach kilka razy,ale nie tak romantycznie na jachcie smile,korzystałam z
      przewozów promowych,więc choćby to, ogranicza w pewnym sensie głębsze
      poznawanie uroków akwenu morza Śródziemnego,a jest co podziwiać!
      • wiktoria53 Re: Pod żaglami Jasmina życie płynie jak w bajce. 02.10.06, 13:22
        I to sie nazywa PRZYGODA ! Pięknie i ciekawie opisana.
        • del.wa.57 Re: Pod żaglami Jasmina życie płynie jak w bajce. 02.10.06, 17:00
          Naprawdę ciekawie i z humorem opisujesz Toskanio wasze przygody,fajnie się
          czyta,ale w życiu za żadne skarby swiata nie odważyłabym sie na
          taką ''przygode''podziwiam Was dziewczynysmile)
          Musicie to kochać.
          • regine Re: Pod żaglami Jasmina życie płynie jak w bajce. 02.10.06, 17:28
            Przeczytałam jednym tchem, pierwszą część. Jestem pod wielkim wrażeniem.
            Ale nigdy w życiu, choć ostatnio zaczęłam siebie odkrywać na nowo, czy
            zdecydowała bym się, na taką morską przygodę. Boję się wody. Ale Wam poszło
            wyśmienicie, jak czytam. Podziwiam Waszą odwagę a Twoje opisy Toskanio, są
            niesamowite. Dziekuję smile)) Czekam z niecierpliwością na ciąg dalszy, Waszej
            morskiej przygody i nie tylko.
    • toskania8 Pod żaglami Jasmina życie płynie jak w bajce-cz.2. 02.10.06, 23:10
      Nasza podróż miała wiele pięknych chwil. Jedną z najważniejszych jej zalet była
      możliwość obejrzenia prawdziwej Grecji, nie tej dostępnej w ofertach biur
      podróży, gdzie ogląda się hotele, promenady dla turystów, sklepiki dla turystów
      tawerny „greek traditional” dla turystów. A wszystko to z prawdziwą Grecją ma
      bardzo niewiele wspólnego. Dopiero na tych małych, spokojnych wysepkach można
      podpatrzeć Grecję taką, jaka jest naprawdę. I takie miejsca wybieraliśmy. Nie
      mogliśmy jednak w naszych wędrówkach ominąć miejsca będącego kwintesencją
      turystycznej tandety, tłoku, hałasu, czyli wszystkiego, czego staraliśmy się
      unikać. Ale nie da się podróżując po Cykladach ominąć Santorini. Bo jest jedyna
      w swoim rodzaju, w skali światowej.
      W XVII wieku p.n.e. wyspę, na której kwitła przeniesiona z niedalekiej Krety
      kultura minojska, dotknął jeden z największych w dziejach Ziemi kataklizmów.
      Potężne trzęsienie ziemi połączone z wybuchem gigantycznego wulkanu
      spowodowało, że wyspa w sporej części zapadła się pod ziemię. I dziś z lotu
      ptaka widać długi, dwudziestokilkukilometrowy rogal o wysokich, liczących
      kilkadziesiąt metrów pionowych ścianach, na których widać układające się raz
      poziomo, raz znów skośnie warstwy najczęściej czarnych, czasem różnokolorowych
      skał. Na grzbiecie skał jak czapa bitej śmietany przykleiły się białe
      miasteczka. To Santorini czyli Santoryn, czyli Tira, może być też Fira.
      Po przeciwległej stronie znacznie mniejszy rogalik, to Thirassia. Między nimi
      dwie skaliste plamki na wodzie, Nea Kameni i Palea Kameni. Na Nea Kameni jest
      niewielki, wciąż aktywny, choć podobno niegroźny wulkan.
      A to co między nimi to kaldera, czyli krater tego gigantycznego wulkanu o
      średnicy 10 km. Jego dno jest tak samo strome, jak to, co widać nad
      powierzchnią, kilkanaście metrów od brzegu woda ma już głębokość kilkuset
      metrów.
      Siła wybuchu była tak potężna, że dotarła także na Kretę, powodując trzęsienie
      ziemi, zniszczenia i w konsekwencji przyczyniła się do upadku kultury
      minojskiej.
      Widok jest groźny ale zupełnie niesamowity. Płyniemy środkiem kaldery urzeczeni.
      Niestety wyspa okazuje się niegościnna. Próba dobicia do portu Fira nie tylko,
      że się nie udaje ale chwila nieuwagi powoduje uszkodzenie burty jachtu, na
      szczęście niegroźne, ale będzie sporo pracy, by je usunąć. Musimy przepłynąć do
      innego portu, na południowym krańcu wyspy, Vlichada. Na szczęście znajdujemy
      tam wygodną, dobrze osłoniętą marinę i przed zachodem słońca cumujemy
      bezpiecznie.
      Na kolację gotuję wielki gar makaronu z pomidorowym sosem doprawionym świeżą
      papryką, pomidorami, sowicie czosneczkiem, oregano. Czerwone wino dopełnia
      uczty.
      Rano idziemy wypożyczyć samochód. Przyda się do zwiedzania wyspy ale także do
      penetrowania specjalistycznych sklepów, rozrzuconych po różnych zakamarkach
      wyspy, gdzie kupujemy różne rzeczy potrzebne do naprawy łódki.
      Nasi mężczyźni zostają by dokonać naprawy, dołączą do nas później. Damska część
      załogi wyrusza do Firy, głównego miasta wyspy. Miasto składa się niemal
      wyłącznie z niezliczonej ilości hoteli, pensjonatów, apartamentów, knajpek
      tysięcy sklepików, a wszystko ku uciesze dziesiątek tysięcy tłoczących się tu
      turystów. Dla nas najbardziej atrakcyjny jest spacer obrzeżem miasteczka, czyli
      krawędzią skalistej ściany. Widok stąd na kalderę i przeciwległe wysepki jest
      niezwykły. W dole widać też tak niegościnny dla nas port. Dobijają tu promy i
      wycieczkowe statki. Na górę można się stamtąd dostać pieszo (580 stopni), na
      grzbiecie muła lub koleją linową.
      Wśród plątaniny uliczek znajdujemy jednak ciekawostkę. Katolicki kościołek (w
      Grecji przeważa religia grekokatolicka) a w bocznym ołtarzu kopia Matki Boskiej
      Częstochowskiej.
      Zmęczone siadamy w kawiarence z widokiem na kalderę. Kawiarenka jest miło,
      stylowo urządzona, z widoczną dbałością o drobiazgi. Z głośników sączy się
      cicha muzyczka. I oto nagle słyszymy Wielkiego Poloneza As dur. Kontrast tego
      miejsca, gdzie kicz stworzony przez człowieka miesza się z oszałamiającym
      widowiskiem przyrody, z tą tak bardzo naszą muzyką sprawia, że milkniemy
      zasłuchane.
      Słońce chyli się ku zachodowi, pora wracać do mariny.
      Dziś wieczorem wielka uczta. Idziemy do tawerny na skałce nad naszym portem,
      zamawiamy najpierw tzatziki, czyli przystawkę z pysznego greckiego jogurtu z
      dodatkiem czosneczku i świeżego ogórka a potem wielkie półmichy różnych ryb,
      grillowanych kalmarów, małych ośmiorniczek. Do tego dzbany retsiny i czerwonego
      wina. Retsina, czyli białe wino przechowywane w żywicowanych beczkach jest nie
      do picia w naszym klimacie, za to tam smakuje bosko, pod warunkiem, że jest
      lodowate, bo jeśli nie, to przypomina pastę do podłogi.
      I jeszcze jeden pożytek z uczty – nietypowy, ale jakże w tych warunkach ważny.
      W restauracyjnej toalecie robimy szybko małą przepierkę, więc rankiem cała
      marina może oglądać nasze relingi obwieszone kilkunastoma parami
      różnokolorowych niewymownych.

      • wiktoria53 Re: Pod żaglami Jasmina życie płynie jak w bajce- 02.10.06, 23:20
        Cudowy opis Toskanio. Cudowny. Brawo! Masz dar do pisania. Może opublikujesz
        swoje wspomnienia z podróży? Byłoby to coś w rodzaju bedekera.Niejeden turysta
        podążałby Twoim tropem.
        • natla Re: Pod żaglami Jasmina życie płynie jak w bajce- 02.10.06, 23:34
          No a po co Toskanie skrzętnie umieszczam w "naszej książce". Potem tylko mała
          kosmetyka i do druku. smile
          • del.wa.57 Re: Pod żaglami Jasmina życie płynie jak w bajce- 02.10.06, 23:55
            Narobiłas mi apetytu na rybe Toskanio,jurto zrobie rybke na obiad,szkoda,ze nie
            masz fotek,chętnie obejrzałabym te zakątki i wasz jacht,ale mam wyobrażnie i
            probuje wędrować tam razem z Wami,ale tylko po lądziesmile)
            • sagittarius954 Re: Pod żaglami Jasmina życie płynie jak w bajce- 03.10.06, 05:53
              Niesamowite, to juz nie pierwszą opwieść Twoją czytam . Oj potrafisz pisać...smile

              Dzięki, że podzieliłaś się z nami swoimi wspomnieniamismile
              • malwina52 Re: Pod żaglami Jasmina życie płynie jak w bajce- 03.10.06, 07:05
                czy ja teraz bede mogla pracowacsmile
                pewnie jeszcze kilka razy rusze w podroz z Toskania
                pozdrawiam podrozniczke

                • graga211 Re: Pod żaglami Jasmina 03.10.06, 09:52
                  Ja również przyłączam się do ogólnego aplauzu i z wielkim zainteresowaniem (jak
                  zawsze) oczekuję dalszych relacji.
                  Z podziwem i szacunkiem, Gr.
                  • regine Re: Pod żaglami Jasmina 03.10.06, 10:55
                    Piękna i część druga, pomimo uszkodzenia burty. Wspomnienia niesamowite. Chylę
                    głowę nad opisem. Przepiękny, tak jak i widoki na greckie wysepki.
                    Jak, potrafisz to Toskanio mam to piękno opisywać. Dziekuję smile
                    • maladanka Re: Pod żaglami Jasmina 03.10.06, 12:40
                      dołaczam i ja zachwyty, zadroszczę /pozytywnie/,i przyznam się Wam do
                      tchórzostwa.Otóż miałam mozliwość popłynięcia "Pogorią" jako tzw.opieka -
                      na "Pogorii" płynie młodzież w ramach szkoły pod żaglami i muszą być tam także
                      osoby dorosłe, niekoniecznie żeglarze.
                      Najpierw podskoczyłam z radości,stłukłam świnkę, przeliczyłam czy wystarczy na
                      podróż, a potem...potem zaczęłam mysleć,że ja nigdy na wodzie nie byłam, 1
                      godz. na kajaku to przecież bzdura,a jak ja cały czas będę tego,no..wonitować?
                      a jesli to, a jesli tamto? no i nie popłynęłam sad(((
    • p.a.d.a.l.c.o.w.a Toskaniu... 03.10.06, 17:30
      ja też dziękuję za wspaniałe relacje.... a czy fotek się jakiś można
      spodziewać ? Weź przykład z Regine i Jej fotoreport. z Ukrainy smile)
      Bardzo proszę !
    • toskania8 Pod żaglami Jasmina życie płynie jak w bajce -odc3 04.10.06, 00:08
      najpierw do padalca - zdjęć jest mnóstwo, ok 400, musze je przejrzeć, opisać i
      wtedy wybiorę częśc do pokazania.
      a oto kolejny odcinek -
      Drugi dzień spędzamy na zwiedzaniu reszty wyspy. Jedziemy wschodnim wybrzeżem,
      znacznie bardziej płaskim niż zachodnie stromizny, po drodze nieliczne
      wioseczki i uprawy winogron, pomidorów, pistacji i cytrusów. Docieramy do Ia, a
      więc na przeciwległy do naszej mariny cypel. Ia to kolejna biała wioska
      rozpłaszczona na ostrym skalnym grzbiecie wyspy. Oglądana od wewnątrz jest
      sielska i malownicza, na samym cyplu znajdujemy resztki weneckiego zamku i
      wszechobecne na Cykladach wiatraki. Służyły kiedyś do pompowania wody, dziś są
      malowniczym elementem krajobrazu. Ludzi tu znacznie mniej niż w Firze, miło
      jest błądzić wąskimi uliczkami, zawsze po różnych zakrętach i zakolach wraca
      się do tej jednej, głównej.
      Wracamy na południe, tym razem inną drogą, krętą serpentyną wykutą wysoko w
      zboczu stromej góry, droga jest trudna, ale piękna. Hania z kierownicą radzi
      sobie świetnie. Zatrzymujemy się na chwilę by pooglądać widoki, zebrać kilka
      okruchów czerwonej porowatej jak pumeks skały. Czeka nas tu jeszcze jedna
      niespodzianka – Kilka karłowatych drzewek figowych obsypanych dojrzałymi,
      słodkimi owocami.
      Mijamy Firę i jedziemy na południowy kraniec wyspy. Tu spotykamy naszych panów,
      którzy całe przedpołudnie znów spędzili na naprawie łódki.
      Jedziemy do Akrotiri by zwiedzić ogromny teren wykopalisk, nazywanych Santorini
      minojska, odkryto tu bowiem wiele śladów tej kultury. Odkryto tam całe duże
      miasto, w dużej mierze zachowane dzięki przysypaniu przez piaski wulkaniczne
      (podobnie jak Pompeje), dwupiętrowe budowle, przepiękne malowidła. Prace są
      jednak podobno wciąż w fazie początkowej, archeologowie obiecują sobie znaleźć
      znacznie więcej. My niestety musimy obejść się smakiem, teren wykopalisk jest
      dziś zamknięty.
      Skutkiem wulkanicznej przeszłości Santorini są nie tylko nieprzystępne
      stromizny jej brzegów, ale też czarne plaże. Ciągną się zwłaszcza wzdłuż
      łagodniejszego, wschodniego, a więc przeciwległego do kaldery wybrzeża. Jest
      też plaża czerwona – fragment skalistego zbocza i pasmo piasku u jego stóp ma
      intensywną barwę czerwonego wina. Z okolic Akrotiri można popłynąć łódką na
      krótką wycieczkę na plaże „Black, red and white” – jest takie miejsce, gdzie
      przylegają do siebie skały – czarna jak pokład węgla, czerwona jak wino i biała
      jak piaseczek w Łebie. Zwiedzanie tego miejsca (pojechaliśmy na nie popatrzeć
      z góry) przypłaciłam ciężką kontuzją, zaczepiłam stopą o skalny garb i
      wyrżnęłam kolanami o nierówne, poszarpane, kamieniste podłoże.
      Kąpiel na takiej czarnej plaży nie jest zbyt miła, zwłaszcza, kiedy kąpaliśmy
      się o zachodzie słońca. Ma się wrażenie wchodzenia w jakąś czarną czeluść,
      zupełnie nie widać co jest pod spodem, stopy brodzą w plątaninie wodorostów –
      nie, stanowczo wolę jasny, miękki piaseczek, choć plaże Santorini mają wielu
      entuzjastów.
      Jedziemy jeszcze na sam cypel Akrotiri, na urwistym zboczu stoi latarnia
      morska. Widok stąd na całą kalderę i całą długość Santorini (jesteśmy na
      południowym koniuszku rogala) wart jest kilku kilometrów jazdy krętą i wąską
      drogą i wspinaczki stromą ścieżką na cypelek pod samą latarnią.
      Wracamy, bo przed nami jeszcze jeden punkt programu – odwiedzenie winnicy.
      Po drodze jednak wizyta w jednej z bardzo tu licznych piekarni. Każdy wybiera
      sobie inną bułeczkę lub ciasteczko i zasiadamy na chwilę odpoczynku.
      Santorini słynie z uprawy winorośli i produkcji znakomitych win. Ma tu swoją
      siedzibę Boutari, bodaj najsłynniejsza grecka wytwórnia win. Produkowane ą wina
      wytrawne ale sztandarowym produktem jest Vin Santo, wzorowane na toskańskim o
      tej samej nazwie wino z późno zbieranych, dosuszanych po zbiorze winogron,
      właściwie już rodzynek.
      Odwiedzamy Koutsogianopoulus, jedną z najstarszych winnic. Jest tam Muzeum Wina
      pokazujące stare, tradycyjne metody uprawy winogron i wytwarzania wina. Wizyta
      kończy się degustacją trzech rodzajów wina – białego, czerwonego i vinsanto.
      Znakomite.
      Wracamy na jacht, oddajemy samochód, szybka kolacja bo przed zmrokiem musimy
      wyjść z portu. Wyjście jest trudne i trochę niebezpieczne, w pobliżu są
      mielizny.
      Na pożegnanie tej niezwykłej wyspy koniecznie trzeba jeszcze przypomnieć, że
      byli a nawet wciąż jeszcze są zwolennicy poglądu, że to tu właśnie była owa
      tajemnicza, zaginiona Atlantyda. Kto wie ? Może rzeczywiście ?
      Początek dzisiejszego etapu podróży jest bajeczny. Płyniemy wzdłuż skrzącego
      się światłami południowego a potem wschodniego wybrzeża, morze jest spokojne,
      wiaterek lekko wzdyma żagle, fala cichutko chlupocze o burty, nad naszymi
      głowami wygwieżdżone niebo a miedzy gwiazdami przemykają co chwilę lądujące na
      wyspie i startujące samoloty. Siedzimy na pokładzie, jest spokojnie, miło,
      nastrojowo.
      Sielanka kończy się, kiedy zza osłaniającego nas wybrzeża wyspy wypływamy na
      otwarte morze. Dzisiejszej nocy czeka nas jeszcze wichura, wysoka fala, burza i
      ulewa. Idziemy do łóżek, za sterem będzie dziś stać na zmianę kapitan, potem
      zmieni go pierwszy oficer Andrzej i Halinka, nasz dzielny „drugi”. Nad ranem
      zmienią ich dzielne „majtki” Hania i Janka. Ja wspieram nadwątlone siły załogi,
      szykuję na śniadanie stos kanapek, trochę mnie rzuca po kambuzie czyli kuchni,
      ale nawet udaje mi się przyozdobić je plasterkami ogórka.
      Kiedy docieramy do Naxos jest już późny ranek. Naxos to największa i ponoć
      najżyźniejsza z cykladzkich wysp. Jest tu podobno wiele ciekawych wiosek o
      unikalnej, zachowanej jeszcze z czasów weneckich architekturze. Nam czas
      pozwoli tylko na odwiedzenie miasta Naxos, stolicy wyspy. To tu podobno
      powracający z Krety Tezeusz porzucił Ariadnę. Niewdzięcznik !Wszak gdyby nie
      owa cna dziewica byłby zgnił w zakamarkach Labiryntu, to jej nić go stamtąd
      wywiodła. Cóż, taka jest męska wdzięczność i pamięć.
      My idziemy najpierw w kierunku najbardziej charakterystycznego punktu wyspy,
      pokazywanego na wszystkich pocztówkach – Postara, czyli licząca sobie 2 500 lat
      wielka marmurowa brama świątyni Apollina. Świątynia nigdy nie powstała, ale
      brama wita przybyszów po dziś dzień.
      Jak bardzo różna jest Naxos od modnej i gwarnej Santorini ! Zagłębiamy się w
      plątaninę białych, wąziutkich, nieregularnych uliczek, to wspinających się to
      znów opadających w dół zbocza. Jest zupełnie cicho i spokojnie, nie ma żywego
      ducha. Tak właśnie wygląda ta prawdziwa, nie lukrowana dla turystów Grecja. W
      marinie stoi kilkanaście jachtów, więc jakaś garstka turystów tu jest, ale
      spotkamy ich dopiero po zejściu z powrotem w okolice portu.
      Schodząc do portu natkniemy się jeszcze na małą, pustą o tej porze knajpeczkę.
      Na sznurku rozciągniętym w poprzek ulicy suszą się świeżo złowione różowe
      ośmiornice. Wieczorem znajdą się na węgielkach grilla a potem, chrupiące i
      aromatyczne, na talerzach gości.
      W piekarni kupujemy chleb, różne bułeczki nadziewane a to serem, a to fetą ze
      szpinakiem, a to szynką a to na słodko, jest ich tu ogromny wybór.
      Po południu jeszcze jedna frajda – w zatoczce za skałkami znajdujemy piękną,
      piaszczystą plażę, woda jest daleko płytka i ciepła, piaseczek miękki i złoty,
      to rzadkie na tych wyspach zjawisko. Taplamy się długo, aż się nie chce
      wychodzić. Znajduję ciekawą, stożkowatą muszelkę, zabiorę na pamiątkę.
      Dzień kończymy kolacja na łodzi. Dziś Grażyna przygotowała przysmak nie lada,
      bakłażany i strączki papryki opiekane na patelni, polane gęstym jogurtem
      szczodrze doprawionym czosnkiem. Ach, jaka to była pychotka !
      Dziś śpimy w porcie, jutro Paros.
      • maladanka Re: Pod żaglami Jasmina życie płynie jak w bajce 04.10.06, 11:46
        kolejny odcinek wydrukowany...i do segregatora!

        Podziwiam Waszą samodzielność w organizowaniu zwiedzania i podróżowaniu.
        A winka lubię,oj lubię... tylko osmiorniczek żal sad
      • sagittarius954 Re: Pod żaglami Jasmina życie płynie jak w bajce 04.10.06, 12:02
        Toskanio , aż pobiegnę do lodówki, bo głód poczułem czytając o pluskaniu i
        kolacji smile Dzięki za twoje pisanie .smile
    • toskania8 Pod żaglami Jasmina życie płynie jak w bajce-cz4 04.10.06, 23:57
      Port Parikia jest, jak prawie wszystkie, położony w dość głębokiej zatoczce.
      Jest słoneczne, niedzielne przedpołudnie. Na harce po zatoczce wypływa nam na
      spotkanie gromadka małych, wesołych żaglóweczek. Mija nas i rozsypuje się po
      gładkim błękicie zatoki. Marina jest nieco oddalona od przystani promowej, a
      właśnie przy przystani stoi wiatrak, będący głównym punktem orientacyjnym
      miasteczka.
      Idziemy w głąb starówki. Najpierw niewielki placyk, otoczony białymi jak zwykle
      domkami a zaraz za nim plątanina wąziutkich uliczek. Ich nieregularność miała
      chronić tak przed podmuchami wiatrów jak i napadami piratów. O tej porze nie ma
      żywego ducha, sklepiki pozamykane, knajpki też, w prześwitach domów
      przebłyskuje morze. Spacerujemy leniwie, zaglądamy w zaułki, tu maleńki
      kościółek z niebieską kopułką, tam malowany szyld jazzowego klubu, ówdzie
      sklepik z cudeńkami. Wychodzimy wreszcie na nadmorską promenadę, przysiadamy na
      wiklinowych fotelikach i zamawiamy kawę frappe, czyli mrożoną ze spienionym
      mleczkiem, bardzo tu smakowitą. Wracamy w wąskie zaułki.
      Cały czas w naszych wędrówkach szukamy kościoła Ekatondapiliani (Matki Boskiej
      od Stu Bram). Po przejściu całej starówki odnajdujemy go wreszcie tuż opodal
      mariny. To zupełnie unikalna budowla, pochodzi z VI – VII wieku, jest w
      bizantyjskim stylu, potężna, a jednocześnie lekka i finezyjna. Wysoko sklepione
      łuki, zachowane stare malowidła, cenne ikony, wszystko to robi niezwykłe
      wrażenie. Obok jest jeszcze muzeum ikon, ale nagle orientujemy się, że minęła
      szósta po południu a nasze chłopaki, którzy zostali kończyć naprawę łodzi
      siedzą sami i głodni. Biegniemy więc na jacht. W tych trudnych warunkach taką
      hałastrę najłatwiej nakarmić makaronem, ale sosik robię znakomity i pachnący, z
      nieodłączną butlą czerwonego winka pałaszujemy z apetytem.
      W przeciwieństwie do moich przyjaciółek obsługiwanie sznurków a tym bardziej
      steru wzbudza mój bardzo umiarkowany entuzjazm, więc i efekty są mizerne. Muszę
      to jakoś nadrobić, tym bardziej więc dwoję się i troję w kuchni, cóż, wiadomo
      droga do serca kierownictwa wiedzie przez ….No i takim sposobem wszyscy są
      zadowoleni. Zresztą jak wiadomo z piosenki Okudżawy weseli żołnierze kierowani
      są do intendentury wink. Mam też i inne ważne funkcje – jestem ministrem
      finansów a trzecia funkcja to „kulturalno – oświatowy”, czyli przewodnik
      turystyczny, autor programu zwiedzania i dostarczyciel wszelkiej wiedzy
      historyczno – turystyczno – obyczajowej.
      Po kolacji wyprowadzam więc swoją gromadkę na wieczorny spacer. Chcemy zobaczyć
      ten piękny kościół i uliczki starówki w wieczornym oświetleniu.
      I oto wspaniała niespodzianka – kościół jest rzęsiście oświetlony – w środku
      ślub. Ceremonia już się skończyła, teraz urodziwi Państwo Młodzi mają sesję
      fotograficzną. My korzystamy z okazji, żeby jeszcze raz obejść kościół i lepiej
      przyjrzeć się malowidłom i zajrzeć w zakamarki, tak pięknie oświetlone
      nabierają barw i życia.
      Z górnego krużganka widać malowniczo udrapowany ogromny tren sukni panny
      młodej.
      Wędrujemy jeszcze ożywionymi teraz uliczkami starówki, otwarto sklepiki i
      knajpki, na ulicach sporo spacerowiczów. Cudzoziemców jest niewielu, sporo
      Greków, korzystających z kończącego się weekendu.
      Nagle skądś dobiega nas dźwięk greckiej muzyczki, z pewnością granej na żywo.
      Znajdujemy niewielką knajpkę, w niej dla gości przygrywa dwóch młodych ludzi,
      wyglądających zresztą na miejscowych rybaków. Jeden na typowo greckim
      instrumencie buzuki, drugi na gitarze.
      Po chwili dołącza do nich z małym, dziecięcym buzuki może sześcio –
      siedmioletni chłopczyk.
      Grają z niezwykłym zacięciem, poczuciem rytmu, widać, ze nie nauczyli się tego
      grania w szkole, że maja je we krwi, że im to po prostu w duszy gra. Kupujemy
      ich amatorsko nagrane płytki, będą nam ten piękny wieczór przypominać.
      Niechętnie opuszczamy ten koncercik, ale pora spać, jutro wypływamy wcześnie,
      na Tinos czekają nas zupełnie inne wrażenia.

      Wyspa Tinos, a raczej jej główne miasto o tej samej nazwie, to taka grecka
      Częstochowa. Panagia Evangielistria to sanktuarium wybudowane w miejscu, gdzie
      w 1822 roku znaleziono ikonę o cudownej mocy. Miejsce, gdzie należy jej szukać
      ukazało się we śnie miejscowej mniszce, późniejszej Agia Pelagii. Co roku 25
      marca i 15 sierpnia odbywają się tu wielkie uroczystości, na które zjeżdżają
      pielgrzymi z całej Grecji. Ale nawet w zwykły dzień pielgrzymów jest sporo,
      choć ani w części nie tyle, co w naszej Częstochowie. Kościół położony jest na
      wzgórzu, kilkaset metrów od portu a wzdłuż prowadzącej doń ulicy wyłożone jest
      pasmo grubego wojłoku dla pobożnych pielgrzymów pokonujących tę drogę na
      kolanach. Sami takich kilka widzieliśmy.
      Ulicą, wzdłuż której rozłożyły się niezliczone kramy i sklepiki ze
      świętościami, schodzimy w dół. Skręcamy w boczną uliczkę, tam napotykamy to,
      czegośmy szukali – małą, skromną tawernę. Zawsze wolimy taką, niż te przy
      promenadzie dla turystów.
      I nie spotka nas zawód. Prosto urządzone wnętrze, miły, rozmowny gospodarz.
      Obsługuje nas wprawdzie jedna Ukrainka i jedna Rumunka, ale jedzonko jest
      czysto, autentycznie greckie i naprawdę pyszne.
      Najpierw obowiązkowo tzatziki. Potem zamawiamy jagnięcinę duszoną w lemonkowym
      sosie, krążki kalmarów smażonych w głębokiej fryturze i bakłażany faszerowane
      mięskiem, pokrytym plastrem sera i zapieczone. Po prostu poezja. Do tego jak
      zwykle retsina.
      Objedzeni wytaczamy się na ulicę i wracamy na jacht. Na pokładzie jeszcze
      herbatka pod gwiazdami.
      Rano znów wypływamy wcześnie, przed nami dość daleka droga na Siros.
      Niestety, czas nas zaczyna trochę gonić, tych ciekawych wysp jest jednak za
      dużo na jedne dwutygodniowe wakacje. I dlatego z wielkim żalem musieliśmy
      zrezygnować z jednej z najciekawszych wysp – Delos. To na tej wyspie, kryjąc
      się przed groźnym okiem zazdrosnej Hery Leta urodziła Zeusowi bliźniaki –
      Artemidę i Apollina. Są tam wspaniałe starożytności, pozostałości całego
      miasta, świątyń, domów, teatrów.
      Niestety wyspa jest niedostępna dla jachtów, trzeba by dobić do pobliskiej
      Mykonos i na Delos dotrzeć miejscową łodzią. Zajęłoby to za dużo czasu. Cóż,
      może następnym razem.
      Od tej chwili kierujemy się więc już na zachód. Siros to już ostatnia nasza
      wyspa z programem turystycznym, ale jaka piękna !
      Siros jest chyba najbardziej zielona spośród wszystkich dotąd odwiedzanych, już
      z morza widać, że nie jest to taka skalista pustynia.
      Dobijamy do maleńkiej mariny w wiosce Finikas.
      Krętą drogą nad brzegiem morza docieramy autobusem do Ermoupoli, stolicy wyspy
      ale i całych Cyklad. Miasto jest jako zespół urbanistyczny wpisany na listę
      UNESCO. I rzeczywiście jest urodziwe. Inne zupełnie niż dotąd odwiedzane, ma
      już wielkomiejski charakter.
      Od portu dochodzimy do Platia Miaouli przed ratuszem. Pokrzepione szklaneczką
      frappe, ruszamy dalej. Tuż za ratuszem teatr – kopia mediolańskiej la Scali.
      Kawałek za teatrem kościół Anastasis, z dwoma wieżami i wielką kopułą, a dalej
      dzielnica eleganckich rezydencji z wykładanymi marmurem fasadami. Marmur jest
      tu na wyspach bardzo popularnym wręcz pospolitym materiałem. Nie tylko, że
      wykładane są nim drogi i chodniki, to nawet na Naxos widzieliśmy cały potężny
      falochron zbudowany z potężnych złomów połyskującego w słońcu marmuru.
      Rezydencje są w różnym stanie, niektóre już pięknie odnowione, inne dopiero na
      remont czekają, ale widać, że coś się tu dzieje.
      Na każdym zresztą kroku widać, że w odnowę zabytków inwestowane są ogromne
      pieniądze, w dużej części ze środków unijnych, co widać z tablic informacyjnych
      na budowach. Cóż, może i my tego doczekamy. Tu widać, że te środki dostali, ale
      też, że je umiejętnie wykorzystują.
      Wspinamy się stromymi uliczkami w górę, port mamy u stóp. Nieco zdyszane
      docieramy na szczyt wzgórza, do kat
      • graga211 Re: Pod żaglami Jasmina życie płynie jak w bajce- 05.10.06, 10:36
        O rany, ale to piękne i nadal pięknie Ci idzie.
        Aż nie chce mi się kończyć mojego wątku....
        • sagittarius954 Re: Pod żaglami Jasmina życie płynie jak w bajce- 05.10.06, 10:47
          Grago ty kończ swoją podróż , u toskani czuć jak była przejęta rejsem , podróżą ,
          sprawiła jej nie byle jaką frajdę ... pozdrawiam .smile
          • wiktoria53 Re: Pod żaglami Jasmina życie płynie jak w bajce- 05.10.06, 10:56
            Zanim Toskania cos wybierze ze swojego zbioru zdjęć, podsyłam Wam z
            forum "podróże" troche fotek z Santorini.Chyba Toskania nie będzie miała nic
            przeciwko temu.
            forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=91&w=26974299
            • del.wa.57 Re: Pod żaglami Jasmina życie płynie jak w bajce- 05.10.06, 19:04
              To prawda,ze życie płynie Wam jak w bajce,pobiegłam za Sagim do lodówki.Gdzieś
              już widzialam te zdjęcia z Santorini??
              Dzięki Toskanio,pisz,pisz dalej....
              • e-baba Re: Pod żaglami Jasmina życie płynie jak w bajce- 05.10.06, 22:13
                Toskanio, chylę głowę przed Twoją wielką umiejetnośćią zabierania czytającego z
                sobą w podróż. To wielki dar. Dziękuję, że się nim dzielisz.
                • tofika Re: Pod żaglami Jasmina życie płynie jak w bajce- 05.10.06, 22:21
                  Toskanio,
                  ale uciech tu co niemiara z Twoich podrozy..
                  zabiore za nie niebawem.. juz ide po atlas.. a jutro poczytam ..poczytam Twoje
                  pisanko cudne..dziekuje
                  podpisuje wraz z e-baba
    • toskania8 Pod żaglami Jasmina życie płynie..cz.5 ostatnia. 05.10.06, 23:12
      Kithnos to już nasza ostatnia wyspa.
      Przypływamy do niej późnym popołudniem, więc na zwiedzanie wnętrza wyspy nie ma
      już czasu, nie jest zresztą zbyt ciekawe. Jesteśmy już dość blisko Aten, więc
      Kithnos i pobliska Kea to bardziej miejsca weekendowych wypadów i letnich
      rezydencji ateńskich VIP-ów niż autentyczność głębiej położonych Cyklad.
      Wejście do mariny jak zwykle w głębi zatoczki, mielizny i resztki konstrukcji
      dawnych urządzeń portowych sprawiają, że jest dość trudno.
      Nasz dzielny kapitan radzi sobie jak zwykle bezbłędnie i już po kilku chwilach
      przebrani w kąpielówki biegniemy do tutejszej atrakcji – bijącego tuż przy
      brzegu morza gorącego mineralnego źródła.
      Tłumek obsiada kamienie w pobliżu miejsca wycieku gorącej wody, cała woda w
      zatoczce jest dzięki temu dość ciepła. Taplamy się w ciepełku, jeszcze trochę
      pływania i pora na kolacje.
      Drobne zakupy w sklepie a raczej chwila płacenia rachunku uświadamia nam w
      pełni charakter tego miejsca. Drożyzna jest niewyobrażalna, zwykłe, codzienne
      artykuły – owoce, chleb, stołowe wino, jogurt kosztują co najmniej dwa razy
      tyle co na innych, małych, dalej położonych wysepkach.
      Rezygnujemy więc z kolacji w restauracji. Zrobione przeze mnie tzatziki i
      niezawodna micha choriatiki czyli greckiej sałatki (winko czerwone rozumie się
      samo przez się) smakują znakomicie.
      Dziś wieczorem pożegnalny wieczór trzech załóg, gospodarzami są Jędrusie, my,
      czyli Jasmin, i Gawrony przybywamy w gościnę. Jest nas razem 17 osób, zasiadamy
      więc jak się da – w kokpicie, na burtach a nawet na galerii pontonowej. Jędruś
      przygrywa na fleciku, trochę próbujemy śpiewać szanty (z umiarkowanym sukcesem)
      ale jest wesoło i gwarno.
      Nazajutrz odbijamy przed świtem, bo droga przed nami daleka. Wstaję razem ze
      służbami pokładowymi i zabieram się do szykowania śniadania. I na szczęście, bo
      rano morze jest jeszcze zupełnie spokojne. Kiedy muszę zrobić śniadanie mojemu
      ulubionemu dowódcy wachty czyli Andrzejowi, jakieś dwie godziny później, miota
      mną po kambuzie na wszystkie strony, talerz jeździ po stole, nalanie i
      doniesienie na pokład kubka kawy wymaga już cyrkowej zręczności. Morze na
      pożegnanie pokazuje nam co potrafi. Jest ostry wiatr, sztorm, burza z piorunami
      i ulewa.
      Ci co na pokładzie są zupełnie przemoczeni, ci co nie muszą, przeczekują w
      pozycji horyzontalnej w kojach.
      Wychodzimy na pokład , kiedy widać już zabudowania Aten. Miasto jest bardzo
      rozległe, zajmuje dobre kilkanaście kilometrów wybrzeża. Mimo marnej
      widoczności udaje nam się zobaczyć Akropol. Horyzont wyczynia najdziksze harce,
      łódka kiwa się na wszystkie strony ale walczy dzielnie. Wejście do portu może
      być trudne przy wietrze w plecy, pchającym nas do brzegu. Na szczęście po
      minięciu świateł portu, po wejściu za linię falochronu robi się spokojnie. Jest
      dość wcześnie, znajdujemy więc łatwo miejsce do zacumowania, tuż obok miejsca,
      z którego wypłynęliśmy po naszą przygodę. Cumy rzuć ! Morska przygoda jest
      skończona. Kapitan dziękuje wszystkim za dzielną postawę i dyscyplinę.
      Wychodzimy na brzeg. Jeszcze następnego dnia ziemia będzie nam się kiwać pod
      nogami.
      Przygoda na morzu jest skończona, ale podróż jeszcze nie. Przed nami jeszcze
      dwa dni w Atenach.
      Następnego ranka znajdujemy przystanek tramwajowy i za pół godziny jesteśmy na
      Placu Syntagma, centralnym, reprezentacyjnym placu Aten.
      Mamy czas na mała kawę i za chwilę idziemy na plac, przed siedzibę Parlamentu,
      gdzie w południe obejrzymy uroczystą odprawę wart. Na placu już spory tłumek
      ciekawskich, czas oczekiwania turystki skracają sobie pozując do zdjęć z
      barwnie wystrojonymi, sztywno stojącymi wartownikami.
      Odprawa wygląda ciekawie i nieco zabawnie. Historyczne, reprezentacyjne stroje
      są barwne i zdobne, pełne pomponów na spiczastych butach, długich frędzli przy
      czapkach i innych ozdobników. Krok defiladowy zamaszysty, z wymachem i
      zatrzymaniem stóp w powietrzu, wszystko to jest miłą oku turysty, malowniczą
      ciekawostką.
      Ateny nie są zbyt urodziwym miastem, to głównie wielkie, ponure blokowisko.
      Wszystko, co w nim interesującego mamy w zasięgu krótkiego spaceru.
      Ruszamy więc najpierw w kierunku Stadionu Olimpijskiego. Zbudowany został z
      białego marmuru, z okazji pierwszych Igrzysk ery nowożytnej, w 1896 roku,
      dokładnie w miejscu, gdzie w czasach starożytnych rozgrywano olimpijskie
      konkurencje. Zadziwia harmonią i symetrią, jest dokładnie taki jak za
      starożytnych czasów, jest bardziej rekonstrukcja, niż nową budowlą.
      Obok, wewnątrz ogromnego balonu, wielkie centrum informacji turystycznej.
      Teraz wzdłuż Ogrodów Narodowych i pięknego, klasycystycznego budynku Centrum
      Kongresowego Zappio, mijając po drodze pozostałości świątyni Zeusa
      Olimpijskiego i rzymskiego Łuku Hadriana, zmierzamy w stronę Akropolu. Wszak
      nie być na Akropolu to jak nie widzieć papieża!
      W upalne wczesne popołudnie wspinamy się więc na wzgórze, mijając po drodze
      mnóstwo innych starożytności, a to teatr Dionizosa, to znów drugi teatr, czyli
      odeon z czasów rzymskich zbudowany przez Herodesa Attykusa, czy wreszcie
      Asklepejon, czyli ruiny świątyni boga lekarzy Asklepiosa.
      Na nagrzanych słońcem kamieniach wygrzewają się niezdarne żółwie i zwinne
      jaszczureczki, turyści szukają odrobiny cienia wspinając się mozolnie na sam
      szczyt.
      Jest parę takich miejsc na świecie, najbardziej znanych w nieskończoność
      opisywanych, pokazywanych na rysunkach, obrazach, od niedawna filmach. Kiedy
      jestem w jednych z takich miejsc doznaję dziwnego uczucia, takiej mieszaniny
      zdziwienia i radości, że oto ja, własną moją skromną osobą, naprawdę tu jestem
      i naprawdę jest tak pięknie a właściwe znacznie piękniej.
      Takiego uczucia doznawałam na przykład stojąc na Golden Gate w San Francisco,
      pod piramidami w Gizie, przed grobowcem Tadż Mahal w Indiach, na Placu Świętego
      Piotra w Rzymie i właśnie tu, na Akropolu. Czytając o oglądając takie miejsca
      po wielokroć, wydaje się, że zna się je na pamięć. I oto nagle naprawdę jest
      zupełnie inaczej.
      Jakoś znikają mi sprzed oczu tłumy turystów, stalowe rusztowania konserwatorów
      oplatające kolumny. Partenon. Patrzę na niezwykłą harmonię tej prostej budowli,
      to przecież tylko rzędy kolumn. A jakież to piękne.
      I tuż obok smukłe kariatydy, wzór i ideał harmonii kobiecej postaci,
      wspierające krużganek Kor budowli zwanej Erechtejonem. Dzisiejszy kształt
      Akropolu powstał w V w. p.n.e. Po najazdach perskich, kiedy to Ateny a więc i
      Akropol zostały całkowicie zrównane z ziemią, Perykles przedstawił plan jego
      odbudowy. I jemu to zawdzięczamy te wyjątkowej urody budowle. W pełni swego
      rozkwitu musiało to być miejsc doprawdy olśniwające.
      Ze wzgórza widać nie tylko wcześniej oglądane po drodze teatry, nie tylko
      rozległą zabudowę współczesnych Aten, ale też morskie wybrzeże. Wszak
      starożytne miasto nie mogło się zbyt oddalić od morza, które łączyło je ze
      światem.
      Zmęczeni już upałem i długim dreptaniem krętą uliczką schodzimy w dół i
      trafiamy na Plakę.
      Plaka to do niedawna uboga dzielnica robotnicza. Dziś najbardziej oblegana
      przez turystów, którzy kochają jej kręte, to wpinające się to opadające
      uliczki, szeregi sklepików i knajpek.
      Wchodzimy do miłej tawerny w ogródku i zamawiamy ostatnie już kalmary i „kilo”
      (nie wiedzieć czemu takiej właśnie miary napitków się tu używa) retsiny.
      Po długim spacerze wszystko smakuje nam wspaniale.
      Na jachcie zostawiliśmy naszego kapitana, pora więc wracać, by nam z głodu nie
      uświerknął, na śniadanie „zeszły” nam resztki zapasów.
      Ostatnie zakupy po drodze i na kolację już nieodwołalnie ostatnia grecka
      sałatka i ostatnie winko.
      Okazuje się, że nasz dzielny kapitan dokonał już przekazania jachtu, wszystko
      przyjęto bez zastrzeżeń.
      Po raz ostatni układamy się do snu w naszych ciasnych kojach.
      Na ostatnie śniadanie wielka patelnia ulubionej przez męska część załogi
      jajecznicy z wędz
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka