Dodaj do ulubionych

W każdym kamieniu widziałam chleb...

09.02.07, 08:49
to słowa mojej znajomej Basi,która przeżyła kilka lat zesłania w
Kazachstanie,wraz ze swoim 3 siostrami i matką.Wczoraj w bibliotece w moim
miasteczku otwarta została wystawa pamiątek i skromna próba pokazania choć
odrobinę ,jak żyli na tej nieludzkiej ziemi.
Zostało już u nas tylko kilka osób,czas robi swoje.Nie mogę się
pozbierać,przepłakałam noc, teraz też mokre oczy...
Te matki bohaterki piszące nocami z pamięci historię Polski dla dzieci na
skrawkach papieru po workach,aby dzieci nie zamieniły się w głodne
zwierzątka,heroiczne próby zdobycia jedzenia,utrzymania jakich takich
warunków higienicznych - nie umiem przekazać tego co widziałam i słyszałam.
Bohaterstwo trwające latami,niektórzy byli tam 10 lat! Przewaznie bez
wiadomości gdzie mąż.
"Nawet wilki się ulitowały"..wspomniała inna pani,mówiąc o tułaczce przez
step saniami zaprzęgniętymi w wychudzone woły...wilki pognały za Kazachami,
oni mieli konie.
Sybiracy - to pojęcie obecnie oznacza zesłańców nie tylko na Syberię, przez
50 lat prawie byli zmuszeni do milczenia, ja sama przypominam sobie czasem w
rozmowie padało zdanie :To było TAM, to było WTEDY..
Zdjęcia na wystawie są zupełnie unikatowe -wśród wywozonych znalazł się
fotograf miejski,który zabrał swój sprzęt i dzięki temu przeżył. Fotografował
urzędników, a przy okazji udokumentował to co żadne słowa nie oddadzą.
Nasi Sybiracy to kilka siwiuteńkich pań i panów - są pogodni,usmiechnięci i
mówią...Żyjemy...i mają wspólną cechę..nie zmarnują najmniejszego okruszka
chleba.
Obserwuj wątek
    • natla Re: W każdym kamieniu widziałam chleb... 09.02.07, 09:56
      Znowu u Ciebie coś ciekawego.
      Ta potworna szkoła życia spowodowała, że "sybiracy", to ludzie bardzo pogodni.
      Oni juz wiedza co to piekło, więc potrafia sie wszystkim cieszyć. Mam w
      otoczeniu dwoje ludzi, którzy nigdy nie chcieli opowiadać. Są wspaniali,
      doceniają każdą drobnostke jaka życie im przynosi, a przykrości przechodzą dużo
      łatwiej niż my. Dla nich nasze problemy, to nie są problemy. Od nich nauczyłam
      sie, nie robić jazgotu z "dupereli".
      • natla Re: W każdym kamieniu widziałam chleb... 09.02.07, 10:07
        Chyba to juz gdzieś kiedyś pisałam, ale nadaje sie i tu....nigdy nie wyrzucam
        chleba, chyba, ze spleśnieje, a i to mnie boli. Jedzenia też bardzo nie lubię
        wyrzucać, wylewać mleka, ale czasem trzeba. Wpoiła mi to mama, opowiadajac
        przeżycia wojenne. Podobnie jak to, żeby zawsze mieć zapas mydła w domu. smile
        • malwina52 Re: W każdym kamieniu widziałam chleb... 09.02.07, 10:28
          U nas tez jest Związek Sybirakow ,
          maja nawet swoja kapliczke, licza z 2,5 tysiaca osob.
          Zawsze zastanawiam sie dlaczego sa "gorsi".
          Polacy więzieni w hitlerowskich obozach
          i wysłani na przymusowe roboty
          do Trzeciej Rzeszy co rusz dostają pieniądze.
          Ja rozumiem, że płaci im Polsko-Niemieckie Pojednanie.
          Zdaje sobie sprawę z tego, że Rosjanie są za biedni,
          żeby utworzyli podobny fundusz,
          ale sie zastanawiam co zrobił rząd polski,
          żeby im pomóc????
          A ile zachodu zeby dostac dodatek kombatancki.
          Każdy kombatant, który przebywał w łagrze,
          na zesłaniu i deportacji w byłym Związku Radzieckim
          może się ubiegać o uznanie go za inwalidę wojennego.
          Z tym prawem łączą się przywileje,
          a te u ludzi na emeryturze, rencie, niedołężnych, oznaczają ulgi.
          Ale kto zostanie uznany za inwalidę,
          zależy to wyłącznie od lekarza orzecznika ZUS-u.
          Los Sybiraków w ręku urzednika,
          a udowodnij takiemu, że w czasie przymusowego pobytu
          w syberyjskiej tajdze czy Kazachstanie nabawiłes się choroby.



        • regine Re: W każdym kamieniu widziałam chleb... 09.02.07, 10:33
          Wierzę, tym ludziom. Oglądałam któregoś dnia, już późno w nocy program o
          Polakach zesłanych na Sybir. Też padły te jakże znamienne słowa, które Danusia
          umieściła w tytule wątku. "W każdym kamieniu widziałam chleb..."
          Oglądałam ten dokumentalny film ze ściśniętym gardłem i łzami w oczach.
          A chleba nigdy ani okruszka nie wyrzucam. Bo tkwią mi w uszach słowa
          babci. "Pamiętaj, że kiedyś w życiu, tego wyrzuconego okruszka, możesz
          zapragnąć". Tragiczne losy naszych zesłańców sad
          • maladanka Re: godność 09.02.07, 10:51
            Dla mnie najbardziej wstrząsająca jest walka o zachowanie godności,nie poddanie
            się tylko i wyłącznie walce o zdobycie pożywienia...
            • del.wa.57 Re: godność 09.02.07, 14:16
              To prawda,Ci ludzie przeżyli piekło na ziemi,trudno uwierzyć,że to człowiek
              człowiekowi ugotował taki los.Odzierano ich ze wszystkiego z godności też,masz
              racje Danusiu,mnie też wzrusza bardzo ich walka o przezycie o zachowanie tej
              resztki godności,prawdą jest rownież,że po tym co przeszli i przeżyli nic ich
              nie dziwi,zaskakuje i ta ich skromność.Nie chca mówic o tym co przeszli na ogól
              mówią było-minęło,przeżyliśmy,wróciliśmy.
              Ojciec mi opowiadał,ze z jego rodziny daleki kuzyn przeżył zesłanie,wrócił
              jeszcze jako młody człowiek(wiekiem) nigdy nie chciał opowiadac co przeżył
              tylko łzy mu kapały z oczu i zmianiał temat.Nigdy na nikogo nie podniósł głosu
              był skromny,wyciszony,bardzo tolerancyjny a złoscił sie tylko wtedy jak ktoś
              chleb wyrzucał.Nawet nie wiem czy żyje ten człowiek jeszcze.
            • regine Re: godność 09.02.07, 15:26
              Danuś dobrze zrozumiałam Twój wpis. Nawiązałam do ogladanego reportażu. Wiem,
              bo i z opwiadań ludzi, babci i dziadka pamiętam, jaką ghennę Polacy tam
              przeżywali. Nie tylko w walce o przetrwanie, o codzienną kromkę chleba. Sam
              fakt, że przetrwali jako naród, pielęgnując to co polskie. Pięknie potrafilil
              przekazać to swoim dzieciom. Dzięki im za to. Podziwiam tych ludzi, bo nie
              wiem, czy w tych warunkach, w jakich przyszo im żyć, ja dałabym radę...
              Zastanawiam się czy teraz bylibyśmy zdolni do nie poddania się ? Czy bylibyśmy
              w stanie zachować swoją godność, gdyby przyszło mam żyć tak jak tym wygnańcom z
              Sybiru....
    • graga211 Jeśli pozwolicie 09.02.07, 20:04
      Malenstwo przypomniało mi coś z moich wojaży. Jeśli pozwolicie, wkleję.

      Szermentiewo to główny węzeł linii lotniczych zarówno krajowych jak i
      międzynarodowych. Odkąd Michaił Gorbaczow ujął stery rządów, rozpoczęła się
      wędrówka ludów Wielkiego Kraju Rad. Ludzie wędrowali we wszystkich kierunkach,
      jednak każdy musiał przejść przez port lotniczy Szerementiewo, którego głowny
      hol był tak zatłoczony, że trudno było przecisnąć się, a co dopiero znaleźć
      wolne miejsce. Pod ścianami stały łóżka polowe, na których leżały małe dzieci
      lub staruszkowie, przejścia pomiędzy rzędami krzeseł tarasowały dmuchane
      materace, a na nich ktoś spał, drzemał lub po prostu wegetował. Na poręczach i
      na oparciach wisiały pieluchy, śpioszki, podkoszulki, gacie, flanelowe dessous,
      co sugerowało, że cały drugi etaż Szerementiewa był jedną wielką sypialnią
      podróżujących obywateli radzieckich.
      Moskiewski port lotniczy jest naprawdę okazały i byłby piękny również na tych
      najniższych dwóch etażach, na których „nam nadało ostanowitsa”, gdyby nie owe
      koczujące tłumy, które sprawiały wrażenie zbiorowiska ludzi wyrwanych wprost z
      dziewiczych stepów bądź z tundry dzwoniącej lodem. Otaczały nas twarze suche
      lub odwrotnie – nalane niezdrowym tłuszczem oraz spojrzenia spode łba zmęczone
      długim oczekiwaniem. Wszyscy ubrani byli bezbarwnie i bez wdzięku, na nogach
      mieli rozdeptane buty, które dawno zapomniały jak pachnie pasta i jak łechce
      włosie szczotki, a najstarsi obuci byli w najprawdziwsze w świecie, słynne
      rosyjskie walonki. Zewsząd biło przygnębienie i wroga obojętność, które w
      każdej chwili mogły przemienić się w agresję.
      - Jak długo czekacie na swój samolot? – zapytaliśmy pierwszą z brzegu dobrze
      zagospodarowaną rodzinę.
      - Sześć dni – brzmiała odpowiedź.
      Racjonalny i zawsze przewidujący F, który pół zawodowego życia przepracował z
      młodzieżą „trudną”, pilnie szukał kąta nadającego się do upilnowania bagaży.
      - Trzeba uważać na wszystkich – powtarzał - a już najbardziej na dzieci, gdyż
      one szukają nie tylko rozrywki. Podejrzewam, że rodzice nakłaniają je do
      kradzieży.
      Długo krążyliśmy wśród zatłoczonych hektarów, aż wreszcie dotarliśmu do końca
      wypełnionego ‘innostrańcami’. Nad wyjściami na terminal co jakiś czas pojawiały
      się nazwy europejskich miast: Berlin, Bruksela, Frankfurt, Londyn, Rzym, Madryt…
      - Tutaj możemy czuć się w miarę bezpieczni – zdecydował F i pod ścianą ustawił
      bagaże.
      Po czterech godzinach dreptania zwolniły się 2 krzesła.
      - Czuwamy na przemian – komenderował F. – Torby główne pod nogami ustawione
      tak, by je czuć łydką bądź udem, a torba podręczna na kolanach. Kto zaczyna?
      - Ty. Ja na chwilę chcę wyjść na zewnątrz.
      - Zgoda.
      Przy okazji wychodzenia przemierzyłam cały etaż drugi, potem pierwszy, windą
      wyjechałam na piętra wyższe w nadziei, że uda mi się dostać na etaż trzeci z
      holami i przytulną kawiarnią, gdzie podłogi wyścielone są grubymi dywanami
      wygłuszającymi hałas, gdzie głębokie, wygodne fotele pozwalają na pełne
      odprężenie. Tam można by było znaleźć odrobinę samotności i szczęśliwie
      przeczekać 13 godzin, które dzieliły nas do odejścia samolotu polskich linii
      LOT.
      Winda jednak omijała trzecie pietro, przystając dopiero na dwóch powyższych: na
      jednym znajdowały się biura, a na następnym - luksusowa restauracja.
      Zjechałam w dół i wyszłam na zewnątrz.

      W nozdrza uderzył ostry zapach samochodowych spalin, choć akuratnie żaden
      samochód nie przejeżdżał. Naprzeciw wejścia stało kilka starych gratów.
      Zapaliłam papierosa i ze zrozumieniem przyglądałam się im, choć doprawdy nie
      było czemu - wszystkie były przedpotopowe, brudne, ze źle wyklepana blachą i z
      byle jak położonym lakierem. „Skąd ja to znam? Eh, jak łatwo zapomina się o
      brzydkiej rzeczywistości!” – westchnęłam, rozgniatając resztkę papierosa na
      kołnierzu śmietniczki.
      - Dobrze, że już wróciłaś, zacząłem się niepokoić – przywitał mnie F. – Teraz
      ja idę na rekonesans, a ty przypadkiem nie zaśnij, bo tutaj także zaczyna się
      robić bardzo ciasno!
      Zasiadłam w drewnianym krześle niczym na tronie, torbę pode mną ścisnęłam
      łydkami, sąsiednie krzesło mojego F zawaliłam ubraniami, a na torbie podręcznej
      oparłam łokcie. Nareszcie mogłam rozejrzeć się w najbliższym otoczeniu. Z tyłu
      za mną niewiele zmieniło się – bezpośrednio za plecami nadal koczowało
      małżeństwo z siódemką dzieci w wieku od 3 miesięcy do 10-ciu lat. Matka,
      pulchna trzydziestolatka, na szeroko rozsuniętych kolanach trzymała tłuściutkie
      niemowlę bez reszty zajęte ssaniem nabrzmiałej piersi, pod skórką której esami-
      floresami biegły ku wielkiej sutce niebieskawe żyłki. Potężnie zbudowany ojciec
      półleżał na dwóch krzesłach i toczył wokoło wściekłym spojrzeniem. Od czasu do
      czasu głucho warczał na dzieci i żonę, która zupełnie się tym nie przejmowała i
      w stoickim spokoju kończyła karmienie. Schowała pierś, z nóżek niemowlęcia
      ostrożnie zsunęła śpioszki, po czym wyciągnęła pieluchę pełną żółtej papki.
      Z niesmakiem oderwałam wzrok od małżonków i przeniosłam na ich nowych sąsiadow.
      Kontrast wyglądu oraz zachowania spowodował, że aż zapomniałam się w tym
      zapatrzeniu…
      Była to para Japończyków z maleńkim synkiem w nosidełku. Czarna czuprynka
      sztywno sterczala we wszystkie strony, a błyszczące oczka ciekawie rozglądały
      się dokoła, przy czym wszędobylskie Rosjaniątka najbardziej go interesowały.
      Z niejakim trudem opanowując swoją ciekawość, nareszcie usiadłam prosto i ze
      zdziwieniem skonstatowałam, że naprzeciw mnie pod ścianą wyrosła wielka sterta
      niezliczonej ilości waliz, torb, tobołów, siatek, reklamówek, przy czym co
      chwilę ktoś dokładał coś nowego. Po niejakiej chwili odkryłam, ze obok mnie
      siedzieli nowi ludzie tworzący grupę składającą się z 2 dziadków (przy czym
      jeden był wyjatkowo energiczny), statecznej babci, trzech młodych kobiet,
      czterech równie młodych mężczyzn, a także chłopca w wieku 9-10 lat. Stos
      różnorakiego bagażu należał właśnie do nich i co chwilę któryś otwierał jakąś
      walizkę wypakowując coś, lub zapakowując albo przepakowując. Mężczyźni bez
      przerwy kursowali, dwóch po raz kolejny wybierało się do miasta, bo jak
      dosłyszałam, coś tam warto jeszcze dokupić.
      - Czasu jest dosyć, zdążycie – przyciszonym glosem zapewniała jedna z młodych
      kobiet. – Idźcie ulicami – tutaj nastąpiły nazwy – i zaraz za rogiem jest ten
      sklep.
      Konspiracja wzbudzała zainteresowanie osób postronnych, którzy mimo woli
      natężali słuch. Mnie również coraz bardziej intrygowali, dlatego naciagałam
      ucho jak tylko najmocniej umialam i odkryłam, że wśród rosyjskich słów
      przewijały się słowa niemieckie, ale jakoś inaczej wypowiadane. Niby jedne i
      drugie rozumiałam, lecz całość tworzyła coś zupełnie nieznanego.
      Ki czort?
      - Przepraszam – zwróciłam się po rosyjsku do dziadka siedzącego po mojej
      prawicy. – Czy nie moglibyście mi powiedzieć, jakim językiem rozmawiacie?
      Dziadek zbaraniał, szeroko otworzył usta i zastygł w bezruchu. W sukurs
      przyszła babcia, która wychylajac swój obfity tors do przodu, rzuciła
      opryskliwie:
      - Swoim! – po czym wyprostowała się i ostentacyjnie odwróciła głowę, co miało
      oznaczać koniec rozmowy.
      Opadnięta szczęka dziadka wróciła na miejsce, a z piersi wysmyknęło się
      westchnienie głębokiej ulgi.
      - To znaczy jakim? Gdzie tak się mówi? – nie dałam za wygraną.
      - U nas! – ton glosu babci był bardzo niemiły, a cała grupa zastygła w postawie
      obronno-zaczepnej. Wszyscy spoglądali na mnie jak na raroga.
      - Co zaczy ‘u nas’? Gdzie mieszkacie?
      - U siebie!
      - Nadal jednak nie wiem, gdzie to jest - zaczęłam nieźle bawić się.
      • graga211 c.d. 10.02.07, 14:12
        Drugi dziadek, energiczny i kontaktowy, wykazujący gotowość ucięcia pogawędki,
        gestem ręki uspokoił rodzinę i podszedł do mnie z życzliwym uśmiechem:
        - W czym mogę pomóc?
        - Interesuje mnie wasz język. Bardzo ładnie i bardzo śpiewnie mówicie po
        rosyjsku, aż miło słuchać, ale używacie też słów niemieckich, które brzmią
        dziwnie. Nigdy nigdzie nie słyszałam czegoś takiego, dlatego chciałabym
        wiedzieć coś więcej o waszym języku.
        - To jest nasz dialekt, mieszkamy na wsi – uśmiechnął się lekko.
        - Gdzie ta wieś?
        - Och, daleko, bardzo daleko. Dlaczego chcecie to wiedzieć?
        Wyczułam, że dziadek pragnął zachować tajemnicę pochodzenia rodziny. Trzeba
        było wyjść mu naprzeciw i wzbudzić zaufanie.
        - Wasz niemiecki przypomina trochę holenderski, trochę burski, a przecież nie
        jest ani jednym ani drugim.
        - Nie mieszkamy w samych Niemczech ani w Holandii –włączyła się znowu babcia,
        która bardzo niespokojnie kręciła się na swoim krzesełku. – Nasza wieś znajduje
        się na granicy, bardzo daleko od innych wsi, dlatego wytworzyliśmy własny
        dialekt.
        Byłam zdumiona: na granicy? We wsi izolowanej wolnymi przestrzeniami? Jak to
        możliwe w środku Europy? Gdyby wieś leżała gdzieś w Azji, Australii, Afryce,
        Ameryce – byłabym skłonna uwierzyć, ale w przeludnionej Europie?!
        Babcia tymczasem tarmosiła dziadka, a dziadek pieszczotliwie poklepywał wierzch
        jej dłoni mocno zaciśniętej na jego rękawie.
        - Co się dzieje? – w samą porę pojawił się F i stanął między mną i rodziną
        gotową użyć pięści.
        - Nic groźnego – pośpieszyłam po polsku.
        - A wy kto? – moja mowa zaintrygowała tym razem dziadka.
        - Polacy.
        Dziadek aż podskoczył z wyraźnej radości, nawet wykonał coś w rodzaju piruetu,
        po czym gromko zawołał do zaniepokojonej rodziny:
        - To s w o i ! Nie ma się czego bać!
        Zapanowało obopólne zdumienie, tym razem szczęka opadła całej rodzinie, a nas
        zapowietrzyło. Zanim złapałam oddech, dziadek wyciął hołubca, uchwycił F pod
        ramię, wsadził w krzesło z naszymi ubraniami, swojego rówieśnika - „ofiarę
        losu”, jak go w duchu nazwałam - przesadził gdzie indziej, a sam przysiadł obok
        F i już bez najmniejszych oporów zaczął trajlować w najczystszym niemieckim. Po
        chwili obaj panowie zatopili się w obszernych dysputach szczęśliwi, że czas im
        minie szybko i ciekawie. Rodzina nieco uspokoiła się, nawet powróciła do swoich
        spraw, ale od czasu do czasu jednak zerkała w naszą stronę, a już ze szczególną
        troską na podekscytowanego dziadka.
        - Jesteśmy z Kazachstanu – opowiadał. – Mieszkaliśmy we wsi odległej setkami
        kilometrów od innych, kontaktowaliśmy się tylko z nielicznymi, rodowitymi
        Kazachami żyjącymi w stepie w ziemiankach. A w ogóle mów mi ty, bośmy bracia,
        swojacy i dobrze ci z oczu patrzy. Moje imię Hans. Jeśli chcesz, opowiem ci
        moją historię.
        Nie dowierzałam własnym uszom: Rosjanin-Kazach o imieniu Hans, na dobitkę
        swojak, ba, nawet brat. Zdumiewające!
        A on rozpoczął swoje opowiadanie:
        - Już na samym początku drugiej wojny światowej zostałem sierotą. Ojca wcale
        nie pamiętam, natomiast matkę jak przez mgłę. Krzyczała do mnie: „Uciekaj!
        Uciekaj!” Nasz dom palił się, płonęły wszystkie domy, cała wieś, a duże
        wilczury wściekle ujadały szarpiąc się na skórzanych smyczach mocno trzymanych
        obu rękami przez jakichś wojskowych. Dobrze pamiętam te psy i te ręce. Do
        dzisiaj mi się śnią… Ale wtedy nie zastanawiałem się, dlaczego mama zostaje.
        Kazała uciekać, to ile tylko miałem sił w nogach uciekałem do pobliskiego lasu.
        Kiedy wszystko ucichło, wróciłem, lecz we wsi tylko kominy sterczały pośrodku
        dymiących belek, a w kałużach krwi walały się trupy. Nie znalazłem mamy ani
        nikogo żywego. Przez długi czas tułałem się po polach, sypiałem w lesie, raz
        nawet jechałem pociągiem. Potem znowu wędrowałem, jadłem żurawinę, borówki,
        jakieś słodkie liście. Kiedy przyszła zima, chodziłem głodny i zziębnięty, więc
        podchodziłem do chat, nocą wsuwałem się do ciepłego kurnika i zagrzebywałem w
        słomie, a podkradanymi jajami dzieliłem z psami, żeby mnie nie zdradziły
        szczekaniem. Któregoś ranka przyspałem i znalazł mnie świeżo osiedlony
        niemiecki gospodarz. Miałem zaledwie kilka lat, a on i jego żona byli
        bezdzietni, więc przygarnęli mnie. Szybko przywiązaliśmy się do siebie - ja
        pokochałem ich jak własnych, a oni pokochali mnie jak syna. Z łatwością
        nauczyłem się ich mowy i zapomniałem o złym losie, bo w moim życiu właśnie te
        lata były najlepszymi. Kiedy wojna skończyła się, moi przybrani rodzice musieli
        wrócić do Niemiec, ale beze mnie, gdyż władze radzieckie nie pozwoliły im
        zabrać mnie. Zostałem umieszczony w sierocińcu, gdzie zupełnie nie radziłem
        sobie z rosyjskim, dlatego wszyscy poszturchiwali mnie, nazywając Niemcem.
        Byłem obcy. Kiedy wyrosłem i mogłem utrzymać się z pracy własnych mięśni,
        harowałem na kołchozowych polach, potem w uralskich kopalniach złota i przez
        blisko 10 lat w kopalni uranu u podnóża Pamiru. Przez cały ten czas
        utrzymywałem kontakt listowy z przybranymi rodzicami, którzy nie przestawali
        zabiegać o odzyskanie mnie. Za te listy krążące między nami nieźle dawano mi w
        kość nawet wtedy, gdy już osiadłem w Kazachstanie. Było tak ciężko, że myśl o
        wyjeździe stała się moją obsesją, a przeżyłem chyba tylko dzięki tej
        niemieckiej rodzinie, która nie spuszczała mnie z pola widzenia i w mojej
        sprawie cięgle pisali aż na Kreml. Inaczej jak nic zgniłbym w jakimś gułagu.
        Wiem, że ich niemiecki – ruchem głowy wskazał swoich – nie jest taki, jak
        trzeba, ale w Niemczech na pewno dogadają się i język doszlifują. Wnuk, o ten
        tam dziesięciolatek, wcale nie umie rosyjskiego. Ani słowa!
        - Jak to możliwe, a szkoła?
        - Ukrywaliśmy go w domu jako nienormalnego i we własnym zakresie uczyliśmy
        mówić, czytać i pisać wyłącznie po niemiecku. Córka pokończyła uniwersytety,
        więc uczyła go matematyki, fizyki, geografii i innych przedmiotów, ja -
        niemieckiego. U nas, jeśli chcesz, możesz wywinąć się od szkoły. Tereny są
        bardzo rozległe, wsie położone daleko od siebie, nierzadko dzielą je setki
        kilometrów i nikt nie jest w stanie doszukać się jakiegoś dzieciaka w wieku
        szkolnym. Poza tym, co z takiego, który ni w ząb nie rozumie co do niego mówią
        i co od niego chcą? He, he! To był mój doskonały plan. Kiedy nastał Gorbaczow,
        nareszcie otrzymałem zgodę na odwiedzenie przybranych rodziców. Dwa lata oni i
        ja pisaliśmy o zgodę również dla moich najbliższych. I otrzymaliśmy! Ostatni
        rok wszyscy intensywnie przygotowywaliśmy się do wyjazdu. Właśnie wyjeżdżamy! –
        w oku Hansa (?!) pojawił się młodzieńczy błysk.
        Właściwie dopiero w tej chwili zauważyłam, że wcale nie był stary, że
        niesłusznie nazywałam go „dziadkiem”. Był w wieku F i nic dziwnego, że
        zaproponował mu przejście na ty.
        - Wiem – przyznał – niewiele mi już pozostało z życia. Uran zżarł moje zdrowie,
        ale przynajmniej młodzi będą mogli żyć jak ludzie. Nie gniewajcie się na ich
        nieufność, ale w Sojuzie pełno jest szpiegów. Żaden z nas nie chce, by w
        ostatniej chwili marzenia zamieniły się w mydlana bańkę.
        - Jeżeli mieszkaliście na wsi, to mieliście swój dom, swoją ziemię, zwierzęta.
        Nie żal zostawić tego wszystkiego i zaczynać od początku? W Niemczech możesz
        nie zdążyć wybudować nowego.
        - Dom budowałem trzy razy. Trzy razy wszystko zaczynałem od zera. Dosłownie: od
        zera! Serce by mi pękło, gdybym musiał zacząć po raz czwarty. Ty nie wiesz, jak
        u nas było, ani jak jeszcze jest. Nikt nie wie oprócz nas. Kiedy komisarz
        wydawał córkę, a miał ich osiem, wysyłał swoich ludzi na wieś, oni odwiązywali
        krowę od żłobu, wyganiali świniaczka z chlewika, zabierali kury, jaja, masło,
        słoninę, mąkę, jednym słowem wszystko, co potrzebne do urządzenia wesela. Bez
        pytania, bez jednego słowa, bez zapłaty. I nie miałeś nic do powiedzenia, nawet
        nie miałeś do kogo pójść z pretensjami. A jeś
        • graga211 dokończenie 10.02.07, 14:15
          A jeśli szumiałeś za bardzo, zabierali resztę i zostawiali cię tylko w tym, w
          co byłeś ubrany. Tak było ze mną.
          - Może kiedyś, ale teraz? Przecież jest Gorbaczow, trwa pierestrojka. Cóż wam
          może dzisiaj grozić?
          - Pierestrojka? Nikt w nią nie wierzy. Wsie nawet nic o niej nie wiedzą, bo we
          wsiach nic się nie zmieniło. A Gorbaczow? Ludzie gadają, że już były próby
          otrucia go. Rosyjska specjalność: po cichu, skrycie, i spokój. Czy myślisz, że
          krwiopijcy poprzedniej władzy nie istnieją? A gdzieżby się podziali? Czy
          myślisz, że oni tak łatwo zrezygnują, że dadzą za wygraną?
          - Myślę, że Gorbaczowa nie można już zgładzić. Zbyt wielką popularnością cieszy
          się na Zachodzie, czego nie zbagatelizuje żaden polityk.
          - Eh, ty wcale nie znasz Rosjan. Zupełnie nie wiesz, co potrafią i do czego są
          zdolni. Ja żyłem wśród nich, sam jestem jednym z nich i wiem o nich wszystko.
          - Dom sprzedałeś, czy po prostu zostawiłeś? – F wycofał się z polityki.
          - Im wystarczą poprzednie dwa, ten sprzedałem. Wszystko sprzedałem. Dosłownie.
          - Słusznie, pieniądze będą wam potrzebne , gdyż wszędzie początki są trudne.
          Czy nie mieliście problemów z wywiezieniem tak dużej sumy?
          - Pieniędzy nie wolno wywozić.
          - To chyba macie złoto?
          - Wy naprawdę nic o NICH nie wiecie. Złota także nie wolno wywozić, najwyżej
          tyle co w obrączce, kolczykach i łańcuszku z medalikiem świętego. Za całe
          pieniądze ubrałem rodzinę. Popatrz na nich: wszystko, co maja na sobie, co jest
          w tych walizkach, jak również same walizki są prosto ze sklepu. Resztę
          przejedliśmy.
          Spojrzałam na nich z niedowierzaniem. Boszz! Albo dom był tak nędzny, a pole
          tak małe, albo te skromne szmatki są tak drogie, a ich żołądki tak przepastne?
          Albo kłamie jak z nut.
          Jednak wcześniej zwróciłam uwagę, że muszą być zamożni, skoro stać ich na taki
          rodzaj suchego prowiantu, jaki widziałam, ponadto ich stroje również wyglądały
          zupełnie porządnie, choć daleko im było do ostatniego krzyku mody. Tu
          wyróżniali się w tłumie, lecz w RFN czy nie poczują się kopciuszkami?
          - Dieduszka! Dieduszka! – zaczęli wołać – Wir müssen schon gehen. Komm!
          Mężczyźni ciągnęli ciężkie walizki, kobiety zbierały lżejsze bagaże, chłopiec i
          staruszkowie dźwigali wypchane reklamówki.
          Z całego serca życzyliśmy im wszelkiej pomyślności na obcej ziemi zamieszkałej
          przez całkiem obcy naród…

          Za oknami zapadał atramentowy zmierzch. Ogłoszono kurs do Warszawy. Chwyciłam
          uszy torby stojącej pod nogami i podniosłam ją, by pośpieszyć na terminal. Dno
          zwisło, zawartość zaczęła wysypywać się. Kto? Kiedy? Gdzie? Jakim sposobem
          rozciął brzegi dna?
          Nieważne. Musieliśmy spieszyć się, gdyż nie posiadaliśmy potwierdzonej
          rezerwacji i korzystaliśmy z akuratnie dwóch wolnych miejsc, które mógł zająć
          ktoś szybszy od nas.
          F szybko wyciągnął pasek z szufelek paska spodni, docisnął zwisające dno, mocno
          przewiązał torbę w pół i porwał ją na ramię.
          Ciekawe, co wyciągnięto z torby??

          • ira.mak Re: nie mogłam się powstrzymać.... 10.02.07, 19:41
            by się nie włączyć do wspomnień,ja co prawda nic z tego nie pamiętam bo
            przyjechaliśmy do Polski jak miałam 2 latka-to co ja moge pamiętać ale moja
            starsza siostra to pamięta jak wyglądałyśmy okienkiem czy ojciec niesie chleb i
            jaka byla radośc jak niósł.Ninka wydłubywała paluszkiem dziurkę w woreczku z
            mąką i podjadała.Jak przypomnę sobie mamy opowiesci to wierzyć mi się nie chce
            że można było to wszystko przeżyć.Kiedys szukałam czegos w atlasie i
            uświadomiłam sobie że będąc dzieckiem przejechałam taki szmat drogi....Aha i na
            mojej pierwszej w życiu choince wisiały sobie marchewki i buraczki i coś tam z
            papieru.
            • graga211 Re: nie mogłam się powstrzymać.... 11.02.07, 15:09
              Szkoda, że tak mało....
              A może jednak przysiądziesz i pozbierasz siostrzane i mamine wspominki? Czas
              tak szybko i okrutnie zaciera ważne chwile...
              Trzeba je ratować od zapomnienia, i to na gwałt.
              Spróbuj!
              • maladanka Re: do Gragi 11.02.07, 15:34
                dzieki za taki interesujący wpis, wydrukowałam to i przy okazji dam mojej
                znajomej - to zupełnie nowa pętla dziejów - Niemiec zabijał,Niemiec ratował -
                gotowy scenariusz filmowy.
                • graga211 Re: do Gragi 11.02.07, 15:49
                  Wpisałam to by pokazać, że kazański exodus nie wybierał.
                  Tam nie było (i nadal nie ma) narodowości chronionej, nie wspominając już o
                  nietylkalnej....
                  • filomena1 Re: do Gragi 11.02.07, 16:34
                    Wlasnie przeczytalam , z zapartym tchem. Trzymasz w napieciu, a nie rozgadujesz sie.
                    Nie tylko , ze to wydarzenie niesamowite i robiace mocne wrazenie, to jeszcze do tego znakomicie
                    napisane. Sam Kapuscisnki nie powstydzilby sie takiego fragmentu.
                    • del.wa.57 Re: do Gragi 11.02.07, 17:07
                      Dzięki Grago,przeczytalam to z zapartym tchem i łzami w oczach,mój boże! jak
                      silny potrafi byc człowiek i ile w zyciu moze przejsć,smutne i pouczające
                      zarazem,zmusza do refleksji nad zyciem i Bogu dziękuję,że z mojej rodziny nikt
                      nie przechodził(oprocz delekiego kuzyna ojca) tego piekła.
                      Czy warto ''zachodzić''w głowę gdy idzie o drobiazgi? czy warto kłócic się i
                      oburzać o byle co?
                      Musze popytac moją mamę czy zna,pamieta kogoś z tamtych czasów.
                      Opisałas to prosto,składnie i bardzo czytelnie dla każdego,powinnaś pisać,pisać
                      pisać...Dziękuje raz jeszcze.
                      • e-baba Re: do Gragi 11.02.07, 17:22
                        Podziękowania za wszystkie wpisy w wątku. Powinno się pisać, opowiadać i
                        pamiętać. Jak duzo czlowiek potrafi znieść? Okazuje się, że wiele.
                        Ale jeżeli po takich przeżyciach pozostaje w nich pogoda ducha - to gorąco
                        podziwiać.
                        Czym przy przeżyciach tych ludzi są nasze drobne, urastające często w naszych
                        oczach do tragedii, kłopoty?
                        Graga - pięknie piszesz, pięknie.
                        • graga211 Wszystkim dziękuję bardzo, bardzo. n/t 11.02.07, 18:09

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka