Dodaj do ulubionych

Wspomnienia Pana Janusza 1970-74

01.10.07, 17:10
Pozwole sobie w imieniu Pana Janusza, ktory kiedys mieszkal w Dziwnowie
rozpoczac watek wspomnien z lat 1970-74. Za zgoda autora i w porozumieniu z
nim bede wklejac fragmenty listow, jakie przeslal do mnie Pan Janusz. Zachecam
do czytania i komentowania; byc moze ktos z Was tez zna opisywane historie?
A wiec zaczynajmy :)
Obserwuj wątek
    • przedziwna1 Witamy :) 01.10.07, 17:15
      Odcinek 1
      "Wielce uradował moją żonę i mnie Pani zapał,Pani wysiłek i Pani
      pasja w propagowaniu Dziwnowa. Dziwnów znamy z lat 1970-1974.Tam
      było nasze pierwsze mieszkanie,tam była nasza pierwsza praca po tzw
      obowiązkowym stażu z nakazu pracy po studiach (było coś
      takiego).Pracowaliśmy w Belonie,mieszkaliśmy w blokach
      "belonowskich" na Sienkiewicza. Dzisiaj oboje jesteśmy już
      emerytami(rencistami) i z wielkim sentymentem wracamy pamięcią do
      Dziwnowa. Bardzo nas ciekawią losy rybaków,losy Belony".
    • przedziwna1 Praktyka studencka 1967 01.10.07, 17:25
      Odcinek 2
      "Dziwnów zobaczyłem pierwszy raz w 1967 roku. Byłem wówczas na praktyce
      studenckiej.Jestem rybakiem,a właściwie inzynierem techniki i technologii
      połowów dalekomorskich. Kończyłem Wydział Rybacki w Olsztynie,a magisterkę
      robiłem juz w Szczecinie. Po każdym roku mielismy praktyki
      letnie-stawowa,jeziorowa,morska,dalekomorska. No i ta morska wypadła mi w
      Dziwnowie w Belonie. Rządził tam wówczas prezes D. ,a ja praktykowałem w
      Dziale połowów u Bolesława K.
      Mieszkaliśmy u pani K. na Osiedlu Rybackim.
      Praktyka trwała trzy miesiące,w tym oba letnie. Laba i wypoczynek.Dziwów
      niewiele różnił się wówczas od wyglądu
      pocztówkowego,ale co ważniejsze budowle(sanatorium,kosciół) były zniesione z
      powierzchni ziemi. W miejscowości w czerwcu było 2300 mieszkańców,głównie rybacy
      i wojsko. W lipcu i sierpniu było o 60 tysiecy więcej(łącznie). Głównie tzw
      stonka,czyli niekończące się sznury kolonistów.O dziwo,kwitło życie kulturalne.
      Tyle różnego typu imprez w ciągu jednego lata nigdy nie zaliczyłem. Nie było
      soboty i niedzieli by cos sie nie działo. Głównie na terenie jednostki
      wojskowej za wodą. Kino było jedynie letnie,parkowe.Tez fajnie,tylko komary cięły".
      • przedziwna1 Repertuar rozrywkowy-otworzy,czy nie otworzy 01.10.07, 17:32
        Odcinek3
        "W Belonie było wówczas około 50 kutrów starego typu(14-17 metrowe żółtki).Z
        wojska i ryb żył Dziwnów. Latem żył ze stonki. Apteka była tylko w miesiącach
        letnich. Jeden lekarz(ginekolog W.),jeden stomatolog. Jeden sklep spożywczy
        (Wybrańca),kilka kiosków sezonowych,stołówka Belony i wieczny repertuar
        rozrywkowy-otworzy,czy nie otworzy. Chodziło o most.Na moście była taka budka ,w
        której urzędował mostowy(pan S.).Było ich dwóch,ale bardziej barwny był ten
        pierwszy. Miał skłonnosci,po których przysypiał. Spał twardo i zwykłe dzwonienie
        kutrów nie zawsze go budziło.No więc na pokład kutra wchodził wyznaczony
        snajper i walił w budkę z rakietnicy.Czasami pomagało i S. budził sie. Jednak
        zdecydowanie preferował transport lądowy".
    • przedziwna1 Praca i mieszkanie 01.10.07, 17:43
      Odcinek 4
      "Studia ukończyłem w 1969 r., rok przepracowałem na stażu obowiązkowym w
      Elblągu w Centrali Rybnej. Dość często jeżdziłem do Gdyni, podczas jednego z
      takich wyjazdów spotkałem na ulicy pana D. Poznał mnie i zaproponował mi pracę
      u siebie. Ozeniłem się i w dwa tygodnie po ślubie wylądowaliśmy w Dziwnowie(1
      listopada 1970 r).Mieszkania jeszcze nie było. Budynki były w budowie.
      Mieszkalismy na stancji wynajętej przez Belonę.Ja dostałem pracę w Dziale
      połowów u pana K.,żona moja w ksiegowości u pani S.W tym czasie w Belonie było
      49 kutrów,ale to miało ulec zmianie,ponieważ trwała akurat wyprzedaż kutrów do
      Surinamu.Faktycznie kilka kutrów przepłynęło Atlantyk i tam najpierw nasi
      rybacy nauczyli tubylcow łowic tymi kutrami,potem przekazali im kutry i sami
      wrócili samolotami.
      W lipcu 1971 roku otrzymalismy swoje malutkie mieszkanie w bloku nr 5. To jest
      blok usytuowany blizej Parkowej.Tam mieszkalismy aż do maja 1974 r. Pod koniec
      zakładałem w Belonie sieciarnię i byłem jej kierownikiem,żona pracowała ze
      mna. Codziennie wędrowaliśmy
      przez cały Dziwnów,aż do Portu Zimowego. Bardzo sympatycznie to wspominamy".
    • przedziwna1 Jak to w Dz. bywalo... 04.10.07, 20:02
      Dziwnow to był tygiel składający sie z emigrantów zza Buga,górali i młodzieży
      odbywajacej słuzbę wojskową,którzy przez te dwa-trzy lata potrafili nawiązac
      znajomość,ozenić się i osiąść na stałe.Było tez troche ludzi z centralnej
      Polski. Jednakże rządzili górale. To były czasy, gdy nadal jedyną rozrywką
      była wódka w Podlasiance.To były czasy,gdy najmłodszy rybak zarabiał miesięcznie
      trzy razy więcej niż ja. Proszę pamietać,że Dziwnów zamykany był na klódkę
      zaraz po wyjeżdzie ostatniego wczasowicza. Wracało napięcie w sieci,woda
      dochodziła na 4 piętro,ale apteka była zamykana na 4 spusty,pozostawały dwa
      sklepy,jeden sklep z garnkami i księgarnia.
      Swoją drogą było i ciężko i wspaniale.
    • przedziwna1 "Kuniak" w Podlasiance 04.10.07, 20:12
      W sezonie napiecie w sieci spadało do 180 Volt. Żaden telewizor nie pracował
      bez stabilizatora napięcia. Jedynie wódka trzymała woltaż i fason.Nawet był
      sklep monopolowy.Rybacy wodki nie pili,oni pili "koniaka."
      Wspomniałem braci W. Dwie rogate dusze,zacięte na robotę,ale z zasadami.Mieli
      niesamowitego nosa na rybę. W zalezności od pogody,od kierunku wiatru płynęli w
      swoje miejsca. Pewnego dnia jeden z nich zaprosił mnie do Podlasianki na
      "koniaka". Byłem przerazony,bo nigdy nie byłem w Podlasiance(teraz
      Żeglarska),nie piję alkoholu,a w dodatku żylismy troche na wojennej stopie.
      Żona mówi-idż,najwyżej będę młodą wdową,lepiej wcześniej, bo będę miała wieksze
      szanse. Odziałem się wytwornie i na umówioną godzine poszedłem. Braci jeszcze
      nie było. Siadłem w pustej sali i czekałem. Gdy weszli,przywitalismy sie i K.
      przemówił do kelnerki- trzy kuniaki proszę. No i przyniosła trzy szklanice
      najzwyklejszej czystej.Od tego czasu wiem jak smakuje kuniak.Wówczas
      zawarlismy porozumienie-ja przestałem ich gnębić poleceniami wyjscia w morze w
      nietypowy dla nich czas,a oni juz nie schodzili z pierwszych miejsc w ilosci
      złowionej ryby na kuter.
    • przedziwna1 Bloki i cofka 04.10.07, 20:28
      "W Dziwnowie żyją jeszcze ludzie pamiętający pionierskie czasy.To miasto aż
      kipi barwnymi historiami.
      Nasz blok stał w miejscu gdzie nastąpiło przerwanie wałów. On został zbudowany
      dwa lata póżniej,ale miejsce to nie było najszczęsliwiej wybrane. Na odcinku
      miedzy Beloną a naszym blokiem na Sienkiewicza Dziwnów jest najwęższy. Cofka to
      takie zjawisko powstające przy uporczywych wiatrach północnych. Woda Bałtyku
      może podnieść sie ponad metr. No i o nieszczęście wówczas nietrudno. I tak
      było w 1968 r. Na pamiatkę tego nieszczęścia,koło kawiarni Parkowa stał onegdaj
      kamień z napisem o akcji ratunkowej i zdarzeniu jako takim.
      Te wodne cuda miały wielki wpływ na życie w naszych blokach. Budowała je
      spółdzielnia z Kamienia Pomorskiego przy partycypacji Belony.Belona miała je
      zasiedlić swoimi,a także wywozić nieczystości z szamba. Kupili nawet
      beczkowóz. Pobudowali nam dwa szamba,ale jakiś cwaniak wpadł na pomysł,że
      należałoby zrobic drenaż do gruntu na pewnej wysokości szamba. I zrobili kilka
      sączków pociągnietych w strone wydmy.No i efekt był taki,że woda z szamba
      wcale nie wedrowała sączkami do wydmy,ale za to woda podskórna wędrowała nam
      do szamba. Wystarczyło kilka dni wiatru,napór morza na plażę i wydmę,woda
      podskórna podnosiła się i sączkami wlewała się do szamba. W rezultacie beczkowóz
      miał robote codziennie a i tak wokół bloków mielismy cuchnące kałuże i trzeba
      było wchodzic po kładkach z trylinek."
      • magd-a59 Re: Bloki i cofka 15.10.07, 14:41
        "Nasz blok stał w miejscu gdzie nastąpiło przerwanie wałów. On został zbudowany
        dwa lata póżniej,ale miejsce to nie było najszczęsliwiej wybrane. Na odcinku
        miedzy Beloną a naszym blokiem na Sienkiewicza Dziwnów jest najwęższy. Cofka to
        takie zjawisko powstające przy uporczywych wiatrach północnych. Woda Bałtyku
        może podnieść sie ponad metr. No i o nieszczęście wówczas nietrudno. I tak
        było w 1968 r."
        O ile pamiętam, a miałam wtedy 8 lat, było to na wiosnę 68 roku (chociaż głowy
        bym nie dała :) ). W mojej pamięci utrwalił się tylko strach i próba
        podgrzewania mleka dla mojej maleńkiej siostry nad świeczkami. Wszystko to miało
        miejsce na ..... amfibii, którą mieliśmy być ewakuowani.Na szczęście wszystko
        skończyło się dobrze.
    • przedziwna1 Wojsko a rybacy 04.10.07, 20:42
      "W swoim czasie,gdy Belona była Spółdzielnią nastawioną na morze
      , zrzeszała głównie rybaków morskich. W porywach było ich 120-130. Była też
      jedna dwuosobowa załoga,która operowała na Zalewie Kamieńskim,na odnogach Odry
      i na Dziwnie. Mieli taką fajną łódkę samoróbkę,a potem spółdzielnia kupiła
      im dużą łódż plastikową.Była to pierwsza taka łódż w Belonie. Rybacy ci łowili
      różnym sprzętem,głównie sieciami stawnymi,bowiem nie mogli łowić gdzie się dało
      z powodu wykorzystywania rzeki przez wojsko.Wojsko rządziło sie swoimi prawami
      i nie bardzo zważało na potrzeby rybactwa.Kiedyś wykombinowaliśmy z tymi
      rybakami,że przegrodzimy rzekę łańcuchem świetlnym. Pozostało nam kombinowanie.
      Znaleźliśmy elektryka,który podjął sie zrobić taki łańcuch. Kupiliśmy mu
      materiały i specjalny transformator.Gdy wszystko było gotowe, wojsko
      zwiedziało sie o naszych zamiarach i zaczęli patrolować swój brzeg.Co my łańcuch
      do wody,to przeleciał jakiś ścigacz i było po łańcuchu.W sumie łańcuch został
      wyzłomowany,a rybacy nadal łowili swoimi metodami. Ten łańcuch to taki gruby
      kabel ułożony na dnie ,z którego to kabla co metr odchodził cieńszy kabel
      zakończony żarówką.Te żarówki dawały pływalność,w sumie wyglądało to tak
      jakby do sznurka przywiązał ktoś baloniki usytuowane pod wodą na rożnych
      wysokościach.To były lata siedemdziesiąte,materiały wówczas były nędzne.
      Szczególne problemy były z uszczelnieniem całości.Były też problemy z
      trwałością żarówek. To co opisałem to idea właśnie tego łańcucha. Dwa żaki po
      obu brzegach,miedzy nimi łańcuch świetlny i wszystkie ryby nasze.Jednak nie
      wyszło,bo wojsko nie dało,sprzęt nie sprostał."
    • przedziwna1 Swojskie zapachy 08.10.07, 21:53
      "W Dziwnie ryby bywały jak smoki. Pamiętam,że gdy przychodził sezon na
      szprota letniego ,akurat odchodził popyt na tą rybę. Szprot tzw letni jest
      bardzo chudy,przez to mało smaczny,a co więcej ,pora letnia powodowała jego
      szybkie psucie. Rybacy musieli cos łowic,więc go łowili ,ale z Belony
      odbierali go tylko norkarze i hodowcy lisow. Do jedzenia nie nadawał się.
      Próbowano nawozic nim pola,ale kartofle śmierdziały rybą. No więc
      następowało takie błędne koło.Rybacy to łowili,a Belona miała z tym problem
      praktycznie nierozwiązywalny .To nie był tylko problem Belony,jedynie
      Władysławowo radziło sobie, bo przerabiali go na
      mączkę-kosztem wczasowiczów,bo cały cypel śmierdział niemożebnie.W Belonie ,po
      wyładunku ,szprot stał w sztaplach w skrzyniach na nabrzeżu i smierdział. Po
      kilku dniach muchy robiły swoje i wylęgały sie białe robaki(larwy much). Było
      ich tak dużo,że codziennie rano, pan Heniu włączał motopompę i spłukiwał ten
      biały dywan(dosłownie) do rzeki. I wówczas napływały pod nabrzeże ryby
      drapieżne(sandacze,okonie)ale też płocie,krapie i inne.Te ryby były wypasione
      jak konie. Nie brały wędkarzom na nic,chyba że szprot sie skończył.
      I tak wychodząc do pracy wędrowaliśmy przez kałuże wylanego szamba,a potem
      zmienialiśmy zapachy na smierdzące szproty. Po osmiu godzinach wracalismy
      do swojego szamba. Mimo to,Dziwnów też wydawał nam się rajem.Wystarczał
      długi spacer promenadą do główek portowych,albo do Dziwnówka(plażą) i było
      wszystko OK.Potem,gdy na wyspie koło Kamienia zacżęto wydobywać ropę
      naftową doszedł
      smród siarkowodoru.Był tak dotkliwy,ze potrafił budzić nas w nocy.Zamykałem
      okna,ale to niewiele zmieniało. A to
      było przecież ponad 12 kilometrów od nas. Teraz takich wrażeń nie
      doświadczacie,chociaż jak patrzę na ten natłok samochodów ,to też licho o tym
      myślę."
      • emeryt601 Re: Swojskie zapachy 08.10.07, 22:07
        Pamietam to dobrze.Belona wybudowała dwa bloki na Sienkiewicza koło
        Parkowej. Bloki fajne,ale budowane przy zastosowaniu starych
        technologii.Piece,kuchnie z węzownicami.Między blokami czy przed
        blokami potężne zbiorniki- szamba.Te szamba miały być oczyszczane
        raz na miesiąc bo ktoś madry wpadł na pomysł,ze zawartość będzie
        przesączać się do gruntu . Oczywiscie,proces ten nastepował,ale w
        odwrotnym kierunku. Wystarczył wiatr północny przez dwa dni,poziom
        Bałtyku wzrastał,poziom wód gruntowych wzrastał i wody gruntowe
        wlewały sie do szamb. Za dwa dni przed blokami stały cuchnace
        bajora. Do budynków wchodziło się po kładkach zrobionych z trylinek.
        Belona nie nadążała z wywożeniem zawartości szamb. W sezonie to był
        problem prawie codzienny.
    • przedziwna1 Zima, wojsko i wódka 08.10.07, 22:02
      "Jak pisałem,Dziwnów"stał" wojskiem i rybakami.Wojsko żyło i pracowało za
      wodą,czasami urzędowali w Bałtyku.To było ich kasyno.Współpraca z Dziwnowem i
      cywilami jakaś tam była,ale generalnie byli mniej widoczni niż cywile.Kiedyś
      była zima tak potężna,że drogi do cywilizacji były nieprzejezdne. Do Kamienia
      docierały konwoje piesze. Na określoną godzinę w wyznaczonym
      miejscu zbierała się grupka mieszkańców. Każdy musiał być odpowiednio ubrany i
      każdy musiał mieć ze sobą pół litra wódki czystej.
      Konwój wyruszał w niezmiennym ordynku-silne chłopy,słabe kobiety i silne chłopy
      zamykały grupę.Moja zona musiała chodzić do Kamienia na zabiegi więc kilka razy
      w takim konwoju szła.Wódka służyła do wzmocnienia sił i podniesienia morale
      przy powrocie.W tamtą stronę nie pili.
      Ponieważ nic nie mogło się przedrzeć,a koń sołtysa dawno zdechł- dwa razy w
      tygodniu wojsko puszczało do Kamienia amfibię na gąsienicach. Przywoziła chleb
      i mleko dla dzieci.I tak przez dwa
      tygodnie."
    • przedziwna1 Rakiety na rzece 10.10.07, 20:05
      "W Belonie mieliśmy magazyn,ale on służył do przechowywania materiałów na gotowe
      sieci oraz do przechowywania sieci gotowych,ale nowych.Sieci używane też musiały
      być gdzieś przechowywane. Postanowiliśmy opróżnić magazyn stojący tuż nad
      wodą,na końcu Belony.Były tam rózne rupiecie i środki pirotechniczne którym
      skończyła się licencja ważności. Kapitanat nie wypuścił kutra z
      przeterminowanymi rakietami i pochodniami. Brali więc nowe,a te przeterminowane
      gromadziliśmy w tym magazynie.Raz na pół roku,raz na rok przyjeżdżało do nas
      wojsko ze Szczecina i zabierali to od
      nas.Potem wysadzali to na poligonie.Czasami dawaliśmy te środki ratownikom,a
      oni walili z tych rakiet na Święto Morza ku uciesze pierwszych wczasowiczów.
      No i tak złożyło się,że magazyn trzeba było opróżnić,trochę tych rakiet w nim
      było,ale nie tyle by gnać samochód zeSzczecina.Ratownicy zabrać ich nie chcieli,
      bo to była wczesna wiosna i nie mieli gdzie ich przechować. Umyśliłem sobie,że
      razem z kolega z przetwórni(tez kolega ze studiów,ale przetwórca) zutylizujemy
      te rakiety w rzece.Po prostu staniemy na brzegu i będziemy walić rakiety do
      wody.W górę nie można było,bo to strefa brzegowa i pół polskich ratowników by
      się zleciało,nie mówiąc o Niemcach.Rakiety trzeba było odpalić i one w wodzie
      gasły. Stoimy więc i walimy jedna po drugiej do rzeki. Ręce nas już bolały bo to
      zdrowo kopie,więc gdy przyszli gapie i zaoferowali się z pomocą ochoczo na to
      przystałem.NO I PRZYSZEDŁ H. Jak zwykle naprany. Też bardzo chciał. Pozwoliłem.
      Było dobrze do czasu. W pewnym momencie zaczęli opowiadać kawały. Każdy
      rechotał,ale H. miał problemy z koordynacja śmiechu i ręki. Zarechotał i w tym
      momencie ręka poszła mu nieznacznie do góry. Rakieta nie wpadła pod odpowiednim
      kątem do wody tylko odbiła sie od niej jak żabka z kamienia. Odbita poleciała do
      przodu,przeskoczyła
      rzekę,tam otworzył sie spadochronik i rakieta powolutku opadając rozbłysła. Nie
      była wysoko,opadła ze spadochronikiem na jakieś drzewo i tam zawisła.Zawisła
      paląc sie. Leciały z niej takie palące się krople,które spadały na ściółkę.
      Była to wczesna wiosna.Po mrozach ściółka była wysuszona. Liści i trawy jeszcze
      nie było.Po chwili ze ściółki zaczął wydobywać się dym,a potem pokazał się
      ogień.W tym momencie uzmysłowiłem sobie,że wojsko gdzieś tam ma port wojenny i
      zbiorniki paliwa do swoich jednostek.Wygnałem wszystkich,zamknąłem magazyn i
      pognałem do prezesa. Prezes jedyny miał telefon dający połączenie z
      wojskiem.Opowiedziałem prezesowi w czym rzecz,ten zaczął sie łączyć z dowódcą za
      wodą.Wydawałoby sie,że nic prostszego. Guzik- połączenie uzyskiwało sie przez
      SZCZECIN. Po kilkunastu minutach dodzwonił się. Opowiedział koledze za rzeką w
      czym rzecz,a ten odpowiedział-tak wiem,ze się coś tam paliło,ale moi wartownicy to
      ugasili butami. I tak uniknąłem procesu o sabotaż. Od tego czasu unikałem też
      H. i jego pomocy,chociaż to była moja głupota."
    • przedziwna1 Mina na kutrze 10.10.07, 21:17
      "Mój drugi kontakt z wojskiem miał inny charakter. Zachorował nam koordynator
      więc ja obsługiwałem radiostację.O określonych godzinach siedziałem przy
      radiostacji i odbierałem meldunki kutrów o połowach,o ich potrzebach przy
      zejściu z morza(zamawiali paliwo,sieci,żywność). Te ich meldunki zbierało sie do
      kupy i zamawiało w CPNie odpowiednie ilości paliwa czy smarów,godziny
      tankowania,uruchamiało sie na określoną godzinę magazyn a także zamawiało sie
      odpowiednie
      ilości chleba,żywności. Kutry zgłaszały sie wg numerów. W pewnym momencie
      zgłosił się jakiś tam Dzi i podał taki meldunek-mam tyle to a tyle
      śledzia,dorsza i minę na pokładzie.Myślałem,że sie przesłyszałem,że żartuje.
      Nakazałem powtórzyc.Powtórzył.Pytam skąd wiesz,że to mina- bo starszy rybak
      zobaczył ją w sieci.Pytam-odciąłeś sieć- nie, mam ja na pokładzie w worku z
      rybą. Daj starszego do radia-mówię, chcąc sie upewnić. Nie dam,bo siedzi w
      mojej kabinie z
      resztą załogi i za żadne skarby nie wyjdzie na pokład.Proszę Pani,gdyby ta mina
      wybuchła to z tej łupinki nie byłoby co
      zbierać,a oni biedacy myśleli,że jak zejdą do kabiny szypra to ich coś
      uratuje.Pytam gdzie partner-odciął linę i zwiał ,ale nas asekuruje. Nakazałem
      ciszę w eterze i kazałem oddalić się wszystkim jednostkom. Pytam,czy chcą
      opuscić kuter-nie chcieli,stwierdzili,że jak nie wybuchła to może i nie
      wybuchnie. Powiedział,że powoli płynie do portu. Natychmiast poprzez Szczecin
      połączyłem się z wojskiem. Zakazali wpływania do portu i powiedzieli,że zaraz
      wysyłają ekipę.Faktycznie pognali swoją jednostkę w morze,znależli nasz kuter
      ,weszli na pokład i zabrali to świństwo na swoja jednostkę.Stwierdzili,że to
      mina ćwiczebna. Była razem z wózkiem. Nie rozwinęła się jej lina i tak leżało
      to na dnie.Wojsko sobie nie zawracało zgubą głowy,a nasi to wciągnęli do
      sieci.Akcja trwała kilka godzin.
      Gdyby mina wybuchła w Belonie czy porcie zimowym szklarze mieliby co robić
      kilka tygodni,a z kutrów byłyby strzepy."
      • egraa Re: Mina na kutrze 11.10.07, 07:40
        Jeszcze, jeszcze! Świetne są te wspomnienia i w formie, i w treści,
        zwłaszcza, że z pierwszej ręki!
        • przedziwna1 Re: Mina na kutrze 11.10.07, 16:18
          Prawda ze wspaniale? Ja tez jestem zachwycona sposobem w jaki pan Janusz pisze.
          I juz wklejam dalej :))
    • przedziwna1 O jednego za duzo... 11.10.07, 16:23
      "Pisałem Pani o takim H.,który motopompą czyścił plac w Belonie i mył
      skrzynie po rybach. H. był tzw złotą rączką,czyli konserwatorem do
      wszystkiego.Miał dwie przypadłości-jedna-powszechna naonczas,druga to zacinanie
      sie przy rozmowie(inaczej mówiąc potwornie sie jąkał),potęgujące się po wypiciu.
      Kiedyś H. dostał pomocnika. Nie wiem czym powodowała się kadrowa,że tego
      chłopaka skierowała do pomocy H.,ale to zrobiła. Chłopak odszukał H. na
      zakładzie i znalazł go w miejscu publicznym,czyli gdzieś w magazynie gdzie było
      parę osób.Wparował do tej kanciapy i
      jąkając się spytał który to pan H. H. wstał,wyrżnął chłopaka w pysk. Tak na
      wstępie,by starszych nie przedrzeźniał i to w miejscu publicznym. Chłopak zaczął
      się tłumaczyć,ale zanim doszedł do sedna zarobił drugi raz.Mimo,że do H.
      wreszcie dotarło,że na jeden Dziwnów może być dwóch jąkających się(chłopak był
      z Wrzosowa)-nie
      polubili się i chłopak zrezygnował."
    • przedziwna1 Stołówka pracownicza 11.10.07, 16:31
      "Udogodnieniem Belony była stołówka pracownicza.Nie była ona na terenie zakładu
      tylko w mieście. Ten budynek stoi do dziś-widzę go na Pani zdjęciach. Tą
      stołówkę urządzał,otwierał,a potem prowadził pan S. Do dzisiaj żona moja
      powtarza-pozapinaj się, bo chodzisz jak S. Tenże pan zawsze chodził
      porozpinany-obojętnie zima czy lato. W zimie miał na grzbiecie jakąś kurtkę,ale
      brzuch i tors miał odsłonięty.Brzuch miał zawsze na wierzchu.On tez był twórcą
      patentu na obniżkę kosztów prowadzenia stołówki.Wynajął gdzieś w Dziwnówku czy
      Wrzosowie chlewnię i tam trzymał świniaki na potrzeby stołówki. Swiniaki
      pasione były zlewkami z naszej stołówki i zlewkami z
      innych stołówek.Wszystko było dobre do czasu. S. wpadł na pomysł by świniom
      dodawać do żarcia głowy wędzonych śledzi. Sledzie szły do puszek,natomiast łby
      do żarcia świń. Po jakimś czasie świnie kwiczały śledziowo,nawet ich szczecina
      śmierdziała wędzoną rybą . Zamiast odstawić te śledziowe łby dwa miesiące
      przed ubojem świnie były karmione tymi łbami do końca.Nic tego zapachu w
      mięsie czy słoninie nie zabijało. Myśmy przywykli,ale S. w sezonie
      karmił równiez wczasowiczów. Zabawnie wyglądał protest takich wczasowiczów na
      ten zapach mięsa. Wczasowicz zgłaszał swoje zastrzeżenia kucharce wydającej,ta
      wołała kierownika. Przychodził do wczasowicza brzuch S.,potem on sam.Brał w
      palce kotlet z talerza,podkładał pod nos,wąchał,a potem odkładając kotlet na
      talerz stwierdzał- w Dziwnowie wszystko smierdzi rybą.I było po reklamacji.
      Starzy bywalcy tej stołówki podpatrzyli mój patent. Jak śmierdziało rybą żądałem
      cebulę-robiłem z niej sałatkę i z taką sałatką można było zjeść nawet smażony
      odbijacz(to taki kłąb uplecionej liny jaki wykłada się za burtę gdy kuter stoi
      przy nabrzeżu.Chroni on nabrzeże i burtę kutra przed tarciem i obijaniem sie
      wzajemnym)."
    • przedziwna1 Dziwnow w puszce 12.10.07, 16:32
      "To,że wszędzie śmierdziało rybą to fakt. Nawet chciałem ten fakt
      wykorzystać. Belona kiedyś produkowała konserwy dla Hiszpanii. Ci zażyczyli
      sobie nietypowy gramaż.Wytwórnia puszek zrobiła nam te puszki. Myśmy nazywali je
      mandoliny. Były znacznie większe niż nasze typowe.Produkowaliśmy w nich
      śledzie w pomidorach. Po realizacji kontraktu zostało nam sporo pustych puszek
      i wieczek.Nikt z krajowych odbiorców nie chciał tak dużych konserw. Puszki
      leżały na magazynie i powiększały nam zapasy-co wówczas było
      karygodne.Zaproponowałem zarządowi by zamówili odpowiednie etykiety z napisem
      pamiątka z Dziwnowa-powietrze znad morza. Uznali to za pomysł poroniony,a ja
      po kilku latach gdzieś przeczytałem,że
      Japończycy mój pomysł wykorzystali i takie puste zamknięte konserwy z
      powodzeniem sprzedawali. No ale oni kapitalizm mieli zawsze."
    • przedziwna1 Sąsiadka na dachu 12.10.07, 16:43
      "Nad nami,w narożnym po lewej stronie mieszkaniu mieszkali państwo C. Jak
      sądzę,mieszkaja oni tam nadal. Pan C. był specjalistą od napraw sprzętu
      radiowego.Pewnego razu, tuż po zasiedleniu(1 lipca 1971 r)
      słyszymy przez okno póżnym wieczorem dziwne słowa-"daj ją
      wyżej,dobrze,dobrze,tak teraz potrzymaj"-itp.Wypowiadał je
      C. To były lata 70te,wczesny Gierek,otwarcie Polski na świat,ale żeby tak
      otwarcie,publicznie?! Budynek był zasiedlony wyłącznie ludźmi młodymi, więc
      sensacji nikt z tego nie robił.Następnego wieczoru ponownie coś tam gadał do
      (chyba) żony.I podobnie brzmiało to dwuznacznie.Wyjrzałem przez okno i
      zobaczyłem C. na
      balkonie jak gadał w stronę nieba.Z dachu dochodził kobiecy głos. Wyszedłem na
      klatkę,podszedłem piętro wyżej i zobaczyłem jak we włazie dachowym ukazują sie
      najpierw nogi sąsiadki,potem urocza reszta. Zeszła z wdziekiem po
      drabince,ukłoniliśmy się sobie,a gdy wyszedł z mieszkania C., spytałem co się
      stało na tym dachu.No i wyszło szydło z worka. Na tym dachu C. zainstalował
      kilka anten telewizyjnych i w zależności od pory dnia nakierowywał
      je to na Bornholm,to na Kilonię. Łapał tez oba Berliny, a nawet czasami
      Sztokholm.Mieli małe dziecko,więc to dziecko raz chciało bajki duńskie,raz
      piaskowego dziadka. I ta biedna sąsiadka chodziła co wieczór po tym dachu i
      kręciła tymi antenami pod dyktando męża. To był amator telewizji,sam te anteny
      robił,a telewizji satelitarnej wówczas nie było.Miał jedną antenę
      uniwersalną i poprzez kręcenie jej na dachu i podnoszenie wyżej -niżej łapał
      odpowiednie stacje.Potem założył kilka innych.
      Teraz jak patrzę na zdjęcie i widzę kilka wielokierunkowych anten na dachu i
      jedną na balkoniku dużego pokoju to jestem przekonany,że C. żyją i mają się
      dobrze.Bardzo sympatyczni sąsiedzi,ale on nie miał serca,bo ganiał po dachu
      żonę,mimo iż on miał większe ku temu predyspozycje gabarytowe.Co wcale nie
      przeszkadzało sąsiadce być pogodną,wdzięczną i uroczą kobietą."
    • przedziwna1 Seria z piekarnika 14.10.07, 18:36
      "Spółdzielnia z Kamienia Pomorskiego budowała te bloki,ale zasiedlać je mieli
      pracownicy Belony. W sumie byli to głównie młodzi ludzie.Mieszkania były
      budowane wg ówczesnych technologii,to znaczy były w nich piece i kaflowe
      kuchnie.W kuchniach były wbudowane wężownice,nad kuchniami na ścianie wisiały
      bojlery 120 litrowe.Do tych bojlerów prowadziły całe kłębowiska rur,przez co
      każda kuchnia wyglądała jak kotłownia. Spółdzielnia sprowadzała wegiel i
      każdy mógł sobie ten węgiel kupić w Belonie. Nie trzeba było wozic
      go z ościennych większych miast. Sprowadzali taki groszek,który nie dawał
      popiołu i był bardzo kaloryczny. Mieszkania były bardzo ciepłe,przynajmniej te
      środkowe. Ja nie musiałem palić w piecu bo wystarczyła kuchnia by ogrzać
      całe mieszkanie. Przy okazji nagrzewała się woda na kąpiel,pranie,mycie
      garów.To było dość piekielne urzadzenie taka wężownica z bojlerem. Jednego
      razu zagotowała sie nam woda w wężownicy i zadziałały dwa urzadzenia przelew i
      zawór bezpieczeństwa. Żona zwiała z kuchni aż wszystko się uspokoiło.Gazu w
      Dziwnowie nie było(teraz widzę na naszym
      budynku żółtą rurę więc sądzę,że jest gaz sieciowy).Stacja CPNu w której
      tankowały się kutry sprowadzała gaz płynny na potrzeby kutrów. Sprzedawali
      równiez gaz do butli turystycznych więc mielismy swoje małe butle i kuchenki
      turystyczne. Dla większości z nas te mieszkania były pierwszymi mieszkaniami w
      życiu. Pamietam jak w mieszkaniu obok cos wystrzeliło i za chwilę łomotała nam
      do drzwi wystraszona S. Powiedziała,że u niej coś w kuchni wybucha i ona do
      mieszkania nie wróci. Faktycznie waliły jakieś serie jak na wojnie.Po chwili
      ucichło.Wszedłem do mieszkania S.Za mną przestraszone dwie kobiety. S. pokazała
      na piekarnik,ze stamtąd waliło. Otworzyłem piekarnik i zobaczyłem,że w środku
      leży porozrywana paczka z nabojami od syfonów.Podczas wprowadzania się S.
      schowała te naboje w piekarniku. Zapomniała o nich,a gdy napaliła w kuchni
      naboje zaczęły się rozrywać z hukiem."
    • przedziwna1 W TV o rybołówstwie 14.10.07, 18:48
      "Do kupna telewizora zmobilizowały nas dwa wydarzenia-jedno to zbliżająca się
      olimpiada w Monachium,a drugie to fakt,ze sam wystąpiłem w telewizji Szczecin i
      nie miałem w czym siebie obejrzeć.
      Wiosną 1972 roku przyjechali reporterzy z potężną kamerą i koniecznie chcieli by
      ktoś im opowiedział o wspaniałych walorach turystyczno-przemysłowych
      Dziwnowa.Mieli na myśli rozwój rybactwa i o tym chcieli porozmawiać.Zabrali
      mnie na koniec falochronu,tak by było widać i plażę.Wówczas był tak zwany szczyt
      połowowy,głośnym echem w prasie lokalnej odbijały się wyniki połowowe rybaków
      Belony,no więc chcieli koniecznie by o tym poopowiadać.Nie było
      scenariusza,nikt wypowiedzi nie przygotowywał. Podsunęli mi pod nos gruchę
      mikrofonu i gadaj o sukcesach. A ja powiedziałem,że i owszem-teraz są
      sukcesy,ale za 20-25 lat skończy sie ryba w Bałtyku i rybacy oraz mieszkańcy
      Dziwnowa będą musieli przestawić się na usługi związane z ruchem turystycznym.
      Gadałem o gospodarce
      rabunkowej,o sezonowości połowów. Reporterzy byli załamani, bo to było wejście
      na żywo,w jakimś programie regionalnym dopołudniowym.Nie podzielałem ich
      zachwytu,gadałem im rzeczy mało popularne,a to był przecież okres rozkwitu
      gierkowszczyzny.Nie pamiętam ile to trwało,ale nie byli na tyle mną
      zachwyceni,że z falochronu powróciłem do Belony na piechotę.Jakoś już nie
      mieli możliwości mnie odwieżć, bo jechali za rzekę. Czy było tak
      faktycznie-nie wiem. W telewizji jednak wystąpiłem, o czym świadczył fakt,ze
      za tych parę minut gadania przysłali mi wynagrodzenie,coś ponad
      300 złotych. Nawet ktoś z Dziwnowa opowiadał mi,że widział mnie".
      • przedziwna1 Refleksja o rybołówstwie 14.10.07, 18:55
        "Dzisiaj jak widzę nieliczne kutry rybackie,jak widzę kutry przerobione na
        spacerówki stwierdzam,że miałem rację.
        Dziwnów stał rybą i wojskiem. Jak przyjechałem do Dziwnowa na praktykę było
        tam 46 kutrów.Jak osiedliłem się i podjąłem pracę w Belonie tych kutrów było
        już 29 .Reszta pojechała do Gujany Holenderskiej(Surinamu). Te 46 kutrów łowiło
        coś 2800-2900 ton ryby rocznie,z czego prawie 3/4 w sezonie wiosennym. W tym
        okresie łowiono głównie śledzia na łowiskach położonych blisko NRD. Tam śledż
        odbywał tarło i w czasie tego tarła był odławiany przez nas,przez Niemców , a
        nawet pojawiały sie kutry ze środkowego i wschodniego wybrzeża. Nasze kutry
        miały najbliżej(z polskich) do portu i na łowisko.Wychodziły w morze i wracały
        tego samego dnia
        wieczorem. Normalnie wychodziły na trzy dni,ale w czasie tarła koncentracja ryby
        była tak duża,że potrafili się załadować w jeden dzień. Ale łowiły rybę
        tarłową. Często powracały z rybą pełną ikry,a więc śledż nie zdołał się
        wytrzeć. Cykl produkcyjny ryby był permanentnie zachwiany. Taka gospodarka nie
        mogła trwać wiecznie i ja o tym mówiłem.Co z tego,ze biliśmy rekordy, jak
        ryba nie mogła się odrodzić. Moje gadanie nikomu nie przeszkadzało,a co
        więcej-ja sam walnie przyczyniłem sie do tego,że połowy w Belonie wzrosły na
        koniec 1973 roku do ponad 4600 ton i to przy mniejszej flocie(tylko 29 kutrów)"
    • przedziwna1 Z siekierą na dziecko?! 14.10.07, 19:05
      "Jak patrzę na zdjęcie wejścia do mojego budynku, to przypomina mi sie historia
      mrożąca krew w żyłach.Wracaliśmy po pracy do domu,byliśmy już na schodach,gdy
      nagle zza węgła z wrzaskiem wyskoczył Mareczek,a za nim ojciec z siekierą w
      ręku.Mareczek trzymał sie za głowę i zwiewał ile sił w nogach. Jego ojciec
      wyhamował przy nas bo i tak Mareczka by nie dogonił.Spytaliśmy co sie stało,a
      ojciec powiedział nam,że to nie to, co myślimy. Mareczek bawił sie huśtawką na
      tyłach domu,a niedaleko ojciec rąbał drewno z jakiejś zwalonej topoli.
      Nagle Mareczek spadł,a huśtawka uwolniona
      od ciężaru odbiła do tyłu,a potem Mareczka walnęła w czoło. Ojciec, widząc to
      ,podskoczył do Mareczka i chciał mu przyłożyć zimną siekierę do czoła, by
      krwiak był mniejszy. Mareczek wystraszył się widoku ojca z siekierą ,
      pędzącego do niego i zaczął zwiewać . Mareczek to było oczko w głowie
      rodziców,a szczególnie ojca. Bardzo do niego podobny,śliczny
      chłopaczek.Bardzo,ale to bardzo zacna rodzina. Gospodarni,cisi,spokojni. Dla
      sąsiadów uczynni,cierpliwi. Wiele im zawdzięczamy i nigdy nie odwdzięczymy się
      do końca.Proszę ich pozdrowić od nas, jak będzie to możliwe."
    • przedziwna1 Ksiegarnia-raj 21.10.07, 19:08
      "W Dziwnowie była księgarnia z wiecznie nudzącą się Panią. Jej znudzenie
      wynikało wyłącznie z faktu,ze poza początkiem roku szkolnego praktycznie
      codziennie odwiedzały ja dwie trzy osoby i to po ołówek czy cyrkiel.Pani
      dostawała wszystko z przydziału i wg statystyk zakładajacych równomierne
      rozłożenie w kraju poziomu wykształcenia i tzw prognozowanego zapotrzebowania
      na dobra
      kulturalne. Z tym ostatnim Pani konkurowała z Podlasianką i muszę powiedzieć,że
      sromotnie przegrywała. Dzieki temu moglismy w tym pawilonie zaopatrzyć się we
      wszystko co było w Polsce dostepne spod lady. Encyklopedie-proszę bardzo- i to
      brane z półki,a nie z zaplecza.Leksykony,atlasy-proszę bardzo. O beletrystyce
      nie wspomnę.To był RAJ."
      • jerzyfil Re: Ksiegarnia-raj 23.10.07, 11:28
        Potwierdzam te słowa.Pierwsze kroki podczas pobytu czy to w
        Dziwnówku,Dziwnowie czy też w Miedzywodziu zawsze kierowalem do tej
        księgarni, zawsze znalazłem coś poszukiwanego.Zresztą także teraz
        odwiedzam Ją (chyba tylko z sentymentu).Drugą taką "zaprzyjażnioną"
        miałem w Drawnie gdzie moglem buszować do woli ..niestety już jej w
        ubiegłym roku nie widziałem.Dawnych wspomnień czar.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka