Dodaj do ulubionych

brazylijski serial part 2

17.06.05, 22:40
pol roku nie mieszkal w domu. Ja wariowalam. Ale juz po tygodniu zaczely sie
maile, sms-y, ze mu zalezy, ze nie wie co sie dzieje, ze ma problem ze soba i
nie chce mnie przez to ranic, ze jestem taka dobra i cudowna itd. Ja na
poczatku nie chcialam sie kontaktowac - nie dawalam rady. Tyle bolu i dramatu
mialam w sobie... ale oczywiscie (to dla mnie typowe) pomyslalam, ze on ma
gorzej, ze sie rozsypal w kawalki i pewnie jest w tym moja wina tez. Wiec na
sile zaczelam tej winy szukac i postanowilam, ze musimy razem z tego wyjsc,
bo do jasnej k...y nedzy naprawde bylismy fajnym zwiazkiem. Zaczely sie
spotkania, wyjazdy, kolacje, rozmowy. Nie nalegalam na powrot do domu, wiem
ze czas byl potrzebny i jemu i mnie. ale wiedzielismy juz ze to tylko kwestia
czasu. Zalozylam ze facet ma jakis kryzys wieku czy cos - to byla jego wersja
i ja w nia swiecie wierzylam (a naprawde nie jestem idiotka do kwadratu) Moje
przyjaciolki od poczatku mialy teorie kochanki, ale to byla dla mnie kwestia
absolutnie abstrakcyjna.
O tej drugiej dowiedzialam sie sama. nastepny SZOK. kompletnie nie wiedzialam
co mam robic. Nic nie zrobilam. Nie powiedzialam mu ze wiem. Codziennie
sluchalam jak klamie mi w oczy. Zaciskalam zeby. Nie wiem do tej pory jak to
wytrzymalam. Nie wiem. On wtedy juz byl na etapie 'chce wrocic', chce to
wszystko naprawic. Naprawial to pare dni z rzedu a potem kochanka -
nieuchwytny caly wieczor i noc. A ja caly czas sobie powtarzalam, ze to kara
za jego poprzednie malzenstwo, ze sama sobie przyrzeklam, ze duzo sily wloze
w ten zwiazek, zeby cala przeszlosc oczyscila sie z dramatu wielu osob. ze to
moja kara, zer jego zona cierpiala rownie mocno. Ale juz nie moglam zyc w
takim zawieszeniu, to wykancza strasznie. Stracilam cala radosc zycia,
doslownie zgaslam - wszyscy dokola byli w szoku (bo ja jestem z typu dusza
towarzystwa) Po prostu nie zylam przez ten czas. Powiedzialam ze wiem o innej
konbiecie, ze nie mam sily, ze pomijajac moj bol nie moge patrzec jak on sie
miota i wykancza (to prawda, jego tez mi bylo szkoda - caly czas wierzylam,
ze on jest dobrym czlowiekiem - tak o nim zawsze myslalam).
Ucielam nasz kontakt. Znowu depracha na maksa, to samo co pol roku temu. I on
wtedy zaczal panikowac strasznie i bardzo szukal kontaktu. Ale ja juz nie
moglam...
A potem byl kwiecien i caly ten emocjonalny tydzien po smierci papieza.
Wiecie co sie dzialo. Duzo rozmyslan bardzo powaznych. Przezywalismy to
wspolnie. Kolejna szansa (nie mogl nam sie lepszy czas trafic). Razem
chodzilismy na marsze, msze...i znowu zacisnelam zeby i znowu postanowilam to
wszystko odbudowac. Tylko ze on znowu to samo - wtorek przezycia ze mna i
zapalanie zniczy na Jana Pawla, sroda - zero kontaktu i nieuchwytny. Gdy w
trakcie mszy zalobnej przychodzily do niego sms-y TRZASNELAM!!! Bez krzyku,
wyrzutow - jeziora lez.Po prostu powiedzialam, ze to juz koniec, ze sa
granice ktorych nie wolno przekroczyc. I on wtedy, ze konczy tamten
zwiazek,ze zrozumial, ze jesli dam mu szanse - wraca do domu i ze ma
nadzieje, ze mu kiedys przebacze.
Powiedzialam zebz wracal...

przepraszam Was ale to jeszcze nie koniec...
Obserwuj wątek

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka