queen_elizabeth
28.12.06, 15:06
Witam. Tuz przed Andrzejkami dostałam rozwód. Wszystko na jednej rozprawie.
15 minut i po wszystkim. "Bez bólu". Podaliśmy sobie ręcę z byłym mężem i
życzyliśmy powodzenia. Ja nie mogę sie pozbierać. Przyzwyczajałam się do tej
myśli od dawna. Na sparwę czekaliśmy kilka miesięcy, wiec byl czas. Wszystko
już wcześniej było załatwione. Podział majątku. Dzieci nie mamy. Mąż zabrał
swoje rzeczy. Grunt przygotowany pod rozprawę, a ta odbyła się jak wyżej.
Samotne Święta już za mną... Ja jednak czuję się wciąż... pusta, przegrana,
wypalona... Czuję, że przegrałam kilka lat zycia. Nie ważny teraz powód
rozwodu. I komu z tym lepiej. Nie umiem tego wytłumaczyć. Chodze na terapię.
Ale nie umiem się chyab otworzyc do końca. Przychodzę i czekam tylko aż minie
wyznaczona godzina. Wchodze z poczuciem winy, że zajmuję terapeucie czas, że
oprócz mnie jest tyle innych osób, którzy czekają na pomoc. I w końcu
opowiadam tylko pobieżnie miniony tydzień, na niczym się nie skupiam
szczególnie i "do wodzenia" do next week... Dręczu mnie w środku jakieś
poczucie bezsensu wszystkiego co robię. Porażka. To słowo ostatnio az huczy w
mojej głowie. Ciągle i ciągle...