zua.laura
06.11.14, 12:38
Zakładam osobny wątek, bo chyba już sprawa do tego dojrzała. Nie czytałam jeszcze Wnuczki, ale polegam na Waszych tutejszych wpisach. Przechodząc do sedna:
O ile kwestie kiepskiego stylu, nudnej akcji, karykaturalnych bohaterów czy ewidentnych omyłek i wpadek (za Turzycą: "kroczyła szparko", niezły kwiatek;) mogą w powieściach MM wnerwiać, rozczarowywać czy utrudniać lekturę, to jednak na tym kończy się ich rola. Gorzej z takimi wtopami, jak ta z alkoholową akcją ratunkową, wychwycona przez Verdanę. Bo to młodym czytelniczkom łatwo może zapaść w pamięć, więc nazywam takie wpadki wprost - SZKODLIWE.
Czy zdarzyło Wam się powoływać kiedyś na książki Musierowicz? Bo mnie owszem.
Jeszcze w latach sprzed mojego dostępu do internetu byłam na wsi u ciotki. Zademonstrowała mi chorą nogę, mówiąc coś o skrzepie. Moja reakcja? "Ciociu, ja się na tym nie znam, ale czytałam, że taki skrzep się może urwać i dojść do serca. I że na to można nawet umrzeć. Koniecznie idź do lekarza!" Ciotka poszła, do starczego wioskowego lekarza, a po jakimś czasie mi relacjonuje: "Ty wiesz, że miałaś rację? Skrabski nic takiego nie wiedział, ale sprawdził i rzeczywiście, to się może urwać i dojść do serca. On się mnie jeszcze pytał, czy ta moja siostrzenica jest lekarką, bo skąd to wiedziała, jak nawet on nie wiedział".
Skąd wzięłam tę wiedzę? Z komplikacji pociążowych Gabrysi ("Nutria i Nerwus", jeśli dobrze pamiętam). Drugi taki przypadek wziął się z "Szóstej klepki" i dotyczył różyczki. Przy wysypce u moich dzieci czy dzieci sióstr i kuzynek, kiedy się próbowały mnie poradzić, stało mi zawsze w oczach Cesiowe "i nie zlewają się", więc im taką wiedzę w kwestii różyczki przekazywałam i sama na niej polegałam.
Nie mam już ani nastu, ani dwudziestu paru lat, jest internet w razie wątpliwości, jest też wiedza, żeby do wszystkiego, co w nim zawarte, podchodzić z dużą ostrożnością i ograniczonym zaufaniem. Natomiast nie sadzę, aby na taką nieufność stać było młody target MM. Trzeźwienie nieprzytomnego alkoholem nie mieści mi się w głowie. Ale u wielu młodych i niedoświadczonych życiowo osób może zostać w pamięci, nie poddane żadnemu krytycznemu myśleniu. Sama dopiero kilka lat temu zgłębiłam wiedzę na temat zadławień i zachłyśnięć u dzieci (dzięki Ewie Błaszczyk, założycielki Fundacji AKOGO). Wcześniej miałam o tym takie pojęcie, jak Dorota o umiejętnym ratowaniu Idy.
Pytam: kiedy do Autorki dotrze, że jej słowa w kwestiach społecznych czy medycznych mogą być nośne i mieć swoją moc oddziaływania, więc powinna je pisać z zachowaniem szczególnej ostrożności i odpowiedzialności? Oraz, że serwowane czytelnikowi takie ratunkowe obrazki mogą być zarówno pomocne jak i szkodliwe?
Przypominam, że tego jest w jej książkach mnóstwo - Cesia diagnozuje Bobcia, Ida ratuje zatrutego Marka Lisieckiego, czerpie od doktora Kowalika informacje o dysplazji Krzysia, jest i zwichnięcie kości ogonowej, są porady co do pielęgnacji dzieci podczas świnki itd. Ja do dziś nie wiem, czy to były właściwe porady - ale w mojej pamięci wszystkie zostały. Książkę wieki temu czytałam, a pamiętam list Mili do Gabrysi, że te pulpety u młodszych sióstr muszą boleć i czy lekarka zapisała przeciwbólowy. Z tego wnioskuję, że jestem podatna na te medyczne kwestie zawarte w Jeżycjadzie. Dlatego najnowsza scena we Wnuczce tak mnie bulwersuje.
I zgadzam się też z Verdaną, że napisać raz o leczniczych właściwościach nalewki to nie to samo, co powtarzać to jak mantrę przez całą powieść. BTW, totalna wolta - od skrajnego potępienia alkoholu słoikiem musztardy do nachalnego wciskania nalewki pod pretekstem. Serio, do alkoholu namawiały mnie w życiu osoby wyłącznie solidnie pijące, na tej konkluzji się zatrzymam, wnioski Wasze;)
A czy Wy miałyście kiedyś tak, że powoływałyście się na słowa MM?