bupu
18.06.25, 11:16
No właśnie, refleksja taka mnie naszła, co Borejkowie mają poza rodzinnym łonem? Mam na myśli, człowiek funkcjonuje nie tylko w kręgu rodziny, ale także poza nim. Tymczasem u Borejkow to funkcjonowanie zredukowane jest do minimum. Do przerażającego minimum.
Praca. Owszem, chodzą do pracy, przynajmniej większość z nich, ale dla nikogo poza Idorkami ta praca nie jest już nawet nie pasją, ale czymś interesującym. I rzecz tyleż ciekawa, co przerażająca, oni są w tej pracy szczelnie zamknięci na ludzi. Nikt tam nie wykonuje zawodu latarnika, wszyscy pracują z ludźmi i wśród ludzi... I praktycznie nie nawiązują z tymi ludźmi żadnych relacji poza stricte zawodową. Nikt z ich kolegów u nich nie bywa, oni z kolegami z pracy nigdzie nie wychodzą, nie gadają o prywacie.. Weźcie na przykład ten Mediluks Idy, drzwi w drzwi z Borejkami, Palysy piętro niżej, a tymczasem pani z rejestracji, dajmy na to, jest kompletną nieznajomą. Tak jakby nigdy niczego szefowej nie zostawiała, ani szefowa jej, i w ogóle nic nigdy poza sprawami zawodowymi i ani słowa za progiem Mediluksu.
Sąsiedzi. Służą do lżenia od homo sovieticusow, innych relacji z nimi nie posiada nikt. Nikt. Żadnego wymieniania się przepisami, wpadania na kawkę, wzajemnej pomocy przy czymkolwiek. No, poza Flobrym który raz kiedyś ocieplił elewację Podeszwom, ale to nie sąsiedzi. A Flobre jakichś sąsiadów mieć muszą, to centrum Wielkopolski, nie Bory Tucholskie, do pioruna!
Przyjaciele. Uschli, odpadli, została jedna Lonia, odkurzona na ślub Józworotek. Cały klan, od seniorów po młodzież ma dokładne zero życia towarzyskiego. Żadnych imprez, żadnych wspólnych wypadów gdziekolwiek, nic. Żeby było straszliwiej, w ostatnich tomach posiadanie kumpli jest pokazywane jako coś godnego potępienia. Kumpli ma Bogatka, Józef nie. Przyjaciół ma Wolfi, a Laura patrzy na to z pogardą, po czym obdarzona zostaje ydeałem, najdokładniej pozbawionym kumpli.
Kultura. Obcowanie z kulturą w J polega na czytaniu starych ksiąg i słuchaniu jeszcze starszej muzyki, ale tylko w domu. Nie chodzi się na koncerty, wystawy, czy do muzeum, do kina można, żeby wykazać po seansie należytą wzgardę dla miałkości popkultury. Ale do teatru, opery czy galerii to już nie. Dosyć szokuje, szczególnie wobec obfitości w rodzinie osób zainteresowanych historią (dwoje filologów klasycznych, jeden historyk sztuki). Tacy miłośnicy antyku powinni mieć obcykany na bieżąco terminarz wszelkich ekspozycji w kraju, związanych z ukochanym tematem. A tu nic. Prawdziwych muzeów też już nie ma?
Podróże. Kiedyś jeździli seniorzy, to do sanatorium, to do Łeby, od jakiegoś czasu jednak i w tym departamencie jest posucha, przerwana tylko Copacabaną Palysow i obozem językowym panienek Górskich. Poza tym jeździ się wyłącznie do rodziny, najlepiej do Flobrogrodu. Nie przestanie mnie także zadziwiać reakcja na wojaże Nutrii, Cypr, ociekający starożytnością, a dwoje filologów klasycznych obecnych przy stole wykazuje doskonałe, okrąglutkie zero zainteresowania tym, co Nutria tam widziała. Co to jest za jakiś bezwład umysłowy, pytam, co to za apatia okropna?
Kulinaria. Jada się w domu, restauracje są postrzegane jak placówki Mordoru. Jada się potwornie tradycyjnie, nikt natomiast nie próbuje tam żadnych innych kuchni niż polska. Za najbardziej egzotyczny składnik robi kuskus, odtatnio widziany w CR, potem mamy już tylko polską klasykę, wyzłacaną, prawdaż, pszenicą i posrebrzaną żytem. Wstrząsająca nowość z F to poczciwa sałatka z tuńczykiem. Ani Pulpa, ani, na przykład, poetessa Nutryja, nie mają zapędów eksperymentatorskich, dajmy na to preczytała taka powieść dziejąca się na Jamajce i postanowiła ugotować na fali fascynacji coś jamajskiego. Albo, kochają antyk, tak? No to gotuje któraś danie kuchni rzymskiej na urodziny Ignaca, rozważając czy sos worcester może zastąpić garum, albo wypieka panis quadratus. Nope, nie, nic z tych rzeczy.
Podsumowując, Borejkowie odcięli się od świata, obudowali murami z ksiąg i suchych trupków iluzyjnych Miglancow, izolując się jak rasowa sekta. Mylę się?