Gość: Afera w Olsztynie
IP: *.ols.vectranet.pl
27.05.05, 14:13
Zastraszenia, przekupstwa, pobicia, wymuszenia - to zwyczaje panujące w znanym
klubie piłkarskim. Jest to historia sezonu 2004/2005 w trzecioligowym klubie
OKS 1945 Olsztyn.
Ten sezon miał być przełomowym w historii olsztyńskiej piłki. Po okresie
marazmu, klub odbudował się i zaczął występy w III lidze. Jednak już od samego
początku panowały w nim niezdrowe układy. Działaczom nie zależało na budowaniu
drużyny, a jedynie na prowadzeniu własnych interesów. Konflikt z kibicami
pojawił się tuż po pierwszym gwizdku. Przed sezonem ustalono, iż
Stowarzyszenie Sympatyków Klubu miało brać czynny udział w działaniach klubu,
poprzez posiadanie swojego przedstawiciela w zarządzie. Stało się inaczej. Do
zarządu oddelegowana została jedynie osoba odpowiedzialna za kontakt z
kibicami. Artur Lewandowski, znany olsztyński dziennikarz, był pełen zapału i
optymizmu. Do czasu... Bardzo szybko zauważył, że jego stanowisko jest
fikcyjne i nie przedstawia żadnej wartości. Po tym jak kolejny raz jego pomysł
na poprawę wizerunku klubu i zachęcenie kibiców do przyjścia na stadion został
potraktowany odmowną decyzją, złożył rezygnację z zajmowanego stanowiska. Role
kontaktu z kibicami przejął po nim piastujący funkcję dyrektora - Zbigniew
Miklas. Jego pierwszy wywiad dla znanej gazety zakończył się słynnym cytatem
"to może zacznę robić striptiz by zaczęli przychodzić kibice". Tą wypowiedzią
pokazał swój pseudoprofesjonalizm oraz całkowity brak pojęcia o nowoczesnym
marketingu sportowym.
Zespół po bardzo udanym początku sezonu przegrał "w końcu" pierwszy od 36
spotkań mecz i to wystarczyło by klub zaczął szukać nowego trenera.
Wtajemniczone osoby już wcześniej wiedziały, że klub tylko czeka, by się
pozbyć trenera Biedrzyckiego. Ta legendarna postać w naszym mieście, była
nielubiana przez władze klubu z powodu zbytniego zżycia z zawodnikami. Trener
Biedrzycki był przyjacielem i wzorem dla młodych piłkarzy. Zawsze stawał po
ich stronie. Jednak wrogiem dla działaczy stał się po słynnym wyjeździe do
Warszawy, kiedy to pijany działacz zaatakował na postoju młodego piłkarza,
który chciał jedynie zostać tego dnia w Warszawie, by spotkać się z
dziewczyną. W obronie zawodnika stanął trener i od tego momentu jego dni były
juz policzone. Nowym trenerem został Dariusz Janowski, co nie powinno dziwić,
gdyż plotka głosi, że od pewnego czasu jeździł po regionie kopiąc dołki pod
innymi trenerami. Nie ukrywał swoich zamiarów. Podczas meczu ŁKS Łomża w
Olsztynie robił już nawet notatki, mimo że Biedrzycki spisywał się znakomicie.
Jednak po porażce w tym meczu, działacze dostali upragniony pretekst do jego
zwolnienia i Janowski został trenerem. Cóż, przegrywał mecz za meczem i zimą
uciekł do Radomiaka. Bardzo dobrym krokiem Prezesa Klubu było pozyskanie
rosyjskiego trenera z Baltiki Kaliningrad Wiktora Karmana. Jest to doskonały
fachowiec, jednak jego zapał stygnie przy działaczach, którzy mają własną
wizję prowadzenia drużyny. Bryluje w tym Kierownik drużyny Mieczysław
Angielczyk, słynący ze swojego aroganckiego zachowania i wulgarnego
słownictwa. Lubuje się on w obrażaniu wszystkich znajdujących się w jego
pobliżu... I chyba sprawia mu to niekłamaną radość. Cierpi jednak na tym
wizerunek klubu. Zaświadczyć o tym mogą dziennikarze, którzy są wrogiem nr 2
dla klubu, tuż po kibicach. Często są wyrzucani z treningów, obrażani, a nawet
pouczani co maja pisać. Niepochlebna ocena jego poczynań wiąże się z utratą
akredytacji a zamieszczenie informacji o terminie rozgrywania sparingu
skutkuje groźbami pobicia. Bezpiecznie nie mogą czuć się nawet zawodnicy! Pan
Kierownik wielokrotnie dawał upust swoim emocjom, wyładowując drzemiące w nim
pokłady agresji na własnych podopiecznych... Ta kwestia także przeszła bez echa.
Należy stwierdzić, że olsztyńscy działacze są ewenementem w skali kraju!
Nie utożsamiają klubu z jego przeszłością i tradycją. Twierdzą, że klub
powstał w 2002 roku, a liczbę 1945 w herbie i nazwie zręcznie tłumaczyli w
kolejnym pamiętnym cytacie: "Dlaczego nazwaliśmy klub OKS 1945? A po to by
kibice się od nas odpier...li". Prowadzą na szeroką skale działania
zmierzające do wyeliminowania wszelkich klubów kibica. Wspomniane już
wcześniej Stowarzyszenie Sympatyków Klubu skupiające ponad 200 osób z różnych
środowisk, jest przez nich nazywane "bandą gó..arzy", mimo że większą cześć
stanowią studenci i osoby z wyższym wykształceniem. Wśród nich są min.
ekonomiści, historycy, informatycy, specjaliści od marketingu, prawnicy,
nauczyciele czy bankowcy. Są to często zdecydowanie bardziej kompetentne osoby
od klubowych działaczy, którzy to sami z racji zachowania, powinni być
nazywani "gó..arzami". Klub oczywiście zaprzecza i broni się takimi faktami
jak rozwieszanie 50 plakatów przed każdym meczem, gdzie samo stowarzyszenie
rozwiesza ich 200 na własną rękę, pokrywając koszty ze składek członków.
Drugą, a zarazem ostatnią rzeczą, którą zrobił klub by "zaspokoić" kibiców,
było otwarcie po bardzo długich rozmowach tzw. "Sektora Biało-Niebieskiego".
Warto dodać, że pierwszym pomysłem działaczy było umieszczenie własnych
kibiców w sektorze przeznaczonym dla przyjezdnych. O mało nie doszło do
abstrakcyjnej sytuacji, gdzie kibice czuli by się gośćmi na własnym
stadionie... Wstęp na trybunę odkrytą jest o połowę tańszy niż na część
zadaszoną, jednak jest to obwarowane wieloma zakazami. Przede wszystkim jest
stosowana selekcja na bramce. Jest to nic innego, jak przeniesiona z klubów
nocnych selekcja potencjalnych kibiców. Jednak odbywa się to się w sposób
całkowicie abstrakcyjny. Odprawieni z kwitkiem często słyszeli, że są pijani,
pod wpływem narkotyków, że powinny być w szkole o tej porze, a najczęściej, że
zwyczajnie nie wejdą i już. Nie, bo nie. Oczywiście żadna z tych osób nie
uzyskała zwrotu pieniędzy za zakupiony wcześniej bilet. Grupie ochroniarzy
szefuje "Siwy" osoba apodyktyczna i wybuchowa. Wielokrotnie zwracano uwagę
władzom klubu, że ochroniarze w sposób nagminny nadużywają swoich uprawnień.
Sprawa przeszła bez echa.
Następną kwestią wartą poruszenia jest sprawa opraw meczowych, czyli tego,
co sprawia, że na stadiony ciągną tłumy. Olsztyński stadion jest obecnie
jedynym w kraju, na którym istnieje zakaz organizowania opraw meczowych.
Wprowadzony zakaz wzbudził powszechne zdziwienia, gdyż na trybunie odkrytej
króluje beton, który ponoć stanowi zagrożenie pożarowe. Powyższy problem
pojawił się z momentem kłopotów zdrowotnych prezesa Alojzego Jarguza. Jego
funkcję przejął Marian Świniarski, który w bezpośrednim kontakcie sprawia
wrażenia osoby kompetentnej, budzącej bardzo pozytywne odczucia. Jednak
kilkukrotnie ustalane z nim kwestie, były zawsze odwoływane w dniu meczu przez
dyrektora Miklasa. To stanowi bardzo dobry przykład, kto tak naprawdę sprawuje
władze w klubie. Kwestia opraw jest tak ważna, gdyż wiąże się bezpośrednio z
dopingiem dla piłkarzy, który stanowi oparcie w najtrudniejszych momentach
meczu. Jednak zapał olsztyńskich kibiców brał zawsze górę nad uprzykrzającymi
życie ochroniarzami.
Okres zimowy tchnął nadzieję w serca olsztyńskich kibiców! Wydawało się, że
wszystko idzie ku lepszemu. Piłkarze doskonale spisywali się w sparingach pod
wodzą nowego trenera, kibice zorganizowali wspaniały turniej piłkarski dla
fanów klubu. Stowarzyszenie wydało kolejną partie szalików oraz wyprodukowało
klubowe koszulki (wszystkie te inicjatywy odbyły się bez jakiegokolwiek
udziału klubu).
Nadeszła ciężka wiosna. Drużyna znacznie poprawiła grę i wydawało się, że
do osiągnięcia celu, jakim jest utrzymanie w III lidze wystarczy ambitna
postawa piłkarzy. Jednak po kilku pierwszych udanych meczach niektórzy
zawodnicy "stanęli". Pojawiły się wówczas tłumaczenia, że to efekt zmęczenia,
wina systemu gry środa-sobota itp. Mecz na własnym boisku z Ceramiką Paradyż
otworzył oczy kibicom. Wszyscy przekonali się, że to nie zmęczenie zespołu, a
zwyczajny brak ambicji pow