MATERIAŁY DO PRACY MAGISTERSKIEJ, PROSZĘ O POMOC

17.02.06, 16:01
Witam Państwa,
jestem studentką kulturoznawstwa i za półtora roku będę bronić pracę
magisterską. Obecnie zbieram do niej materiały. Będę pisać o kulturowym
aspekcie piłki noznej, o tym, co w niej nas przyciąga i jak jej magia wpływa
na życie kibiców. Również o samym widowisku sportowym, antropologii
widowiska, widowisku telewizyjnym.
Dlatego zwracam się do wszystkich, którzy znają jakieś opracowania naukowe z
tego zakresu, może macie jakieś pomysły. Byłabym bardzo-bardzo wdzięczna za
jakikolwiek odzew.
Pozdrawiam.
    • Gość: (L)egia Żoliborz Re: MATERIAŁY DO PRACY MAGISTERSKIEJ, PROSZĘ O PO IP: *.chello.pl 18.02.06, 00:04
      Legia Warszawa
      Gdy legioniści dowiedzieli się, że piszę Ligę Chuliganów, stwierdzili, że
      najpierw muszę zrobić erratę do Pamiętnika Kibica. Wyciągnęli kilka faktów,
      które według nich powinny znaleźć się w pierwszej książce, oraz wymieniali całe
      pasmo rzeczy, których według nich nie powinno w Pamiętniku być. Szczególnie
      pluli się o niewielką ilość miejsca, jaka została poświęcona drace ze spotkania
      finałowego pucharu Polski Górnik Zabrze — Miedź Legnica. Ale co zrobić, skoro
      większe wrażenie z transmisji z tamtego spotkania od samej zadymy wywarło na
      mnie zachowanie piłkarzy Miedzianki.
      Futboliści z Legnicy po zwycięskim dla siebie meczu, zamiast pod biec do
      własnych kibiców, podziękowali.. miejscowym szalikowcom. Nie wszyscy, lecz
      znakomita większość. Oczywiście, zadyma w trakcie tego spotkania była spora.
      Jednak w Pamiętniku nie ukrywałem, że jest to moje, subiektywne widzenie
      świata. A tamtej zadymy po prostu oczekiwałem, gdyż fani gdańskiej Lechii nie
      jechali na spotkanie, by sobie popatrzeć na biegających piłkarzy.
      Innym powodem, dla którego legioniści nie mogą strawić Pamiętnika, jest fakt
      podkreślany w książce, że na kilka kolejek przed końcem sezonu 1992/93, czyli
      tego, w którym Legia zdobyła cofnięty później tytuł mistrzowski, do Wrocławia
      przyjechało ich zaledwie 28. Twierdzili, że w połowie spotkania dojechał
      jeszcze jeden samochód. Jednocześnie podśmiewali się, że w tym samym sezonie,
      lecz pół roku wcześniej, kibiców Śląska w Warszawie było sześciu. Fakt. Ale to
      chyba coś innego zdobywać mistrza Polski, a co innego dostawać po 0:5 z byle
      jakimi drużynami i okupować ostatnią pozycję w tabeli. Każdy inny klub,
      walczący o mistrza ma swoich fanatyków, jeżdżących po kraju, niezależnie od
      odległości i możliwości dostania po głowie. Legia przez duże L nie zaczęła się
      w Krakowie na sławnym 6:0, gdzie horda z Warszawy ]iczyła sobie jakieś 1500
      głów, co w tamtym okresie było wyjazdowym rekordem, ani po imprezie na
      Łazienkowskiej, kiedy to fetowano zabranego następnie mistrza. Choć tamta
      impreza była także czymś. Dwa tysiące fanatyków zachowywało się na stadionie
      jak podczas meczu. Legia zaczęła się kilkanaście dni później, gdy pod budynkiem
      PZPN zaczęły się dziać cyrki. To był TEN moment. Bractwo się skonsolidowało,
      zaczęła się tworzyć ekipa. O Legii przypomnieli sobie niektórzy starzy kibole.
      Zaangażowali się. Bez tego mogłoby być różnie aż do sukcesu stołecznej
      jedenastki w Lidze Mistrzów.

      Lipiec 94. Dochodzi północ. Odzywa się dzwonek telefonu.
      — Cześć, poznajesz po głosie? — słyszę pijanego Sitka.
      — No pewnie, co u ciebie?
      — Jak to co, opijamy mistrza i... eee... puchar — Sitkowi wyraźnie plącze się
      język.
      — Jeszcze? — dziwię się. Od zdobycia przez warszawian pucharu minęło już
      dobrych kilka dni. Od zdobycia tytułu przez Legię jeszcze więcej.
      — Legia na tronie, Legia w podwójnej koronie — teraz bełkot jest śpiewny. — Te,
      Romek, Rouen pyta się ciebie, kto miał teraz rok konia, ha, ha, ha!
      Wiem, o co chodzi. Według mnie rok 93 był rokiem konia Śląska. To we Wrocławiu
      odbywały się najciekawsze zadymy, to podczas wyjazdowych spotkań wojskowych
      było najweselej na trybunach. Ale ta opinia dotyczyła poprzednich dwunastu
      miesięcy.
      — Możesz mu powiedzieć, że wy — stwierdzam bez namysłu. To legioniści
      potyczkowali się ostatnimi czasy ze służbami porządkowymi w Zamościu, Zabrzu,
      podczas derbów z Polonią. Z tamtej strony drutu słychać chór rubasznych,
      pijanych głosów i gromki rechot.
      W sezonie 93/94 Legia nie miała konkurenta. Ich passa zaczęła się podczas
      demonstracji pod PZPN-em. Rozpoczął się napływ nowych, nie mających co z sobą
      zrobić ludzi. Już kibicowska dekoracja piłkarzy z futbolistami, Bosmanem i...
      Goryszewskim w rolach głównych stanowiło na naszym futbolowym podwórku nowość.
      Demonstracje na Alejach Ujazdowskich, te go było im trzeba. Z pewnością
      niejeden się wówczas setnie wynudził, ale i niejeden miał pole do popisu i
      miejsce, w którym coś się działo, zamiast całodziennego siedzenia na parafii i
      chlania wciąż tych samych win z tymi samymi kolesiami. Historia z podpaleniem
      siedziby krąjowych, futbolowych władz dolała oliwy do ognia. Te wydarzenia
      zaowocowały natychmiast zwiększeniem frekwencji na meczach. Początkowo na
      własnym boisku. Wyjazdy jeszcze nie były mocną stroną legionistów. Jednak wraz
      z trwaniem jesieni, zaczęła się zwiększać ilość fanów jeżdżących za drużyną.
      Choć tak naprawdę w pierwszej rundzie jedyny znaczący wyjazd zanotowali
      warszawianie w Szczecinie. Początkowo mc nie wskazywało na to, że po kilku
      latach przerwy we wzajemnej miłości, między sympatykami Legii i Pogoni nastąpi
      jakiś przełom. Gdy fani wojskowych zobaczyli na peronie powitalny komitet w
      bordowo-granatowych szalikach, natychmiast rzucili się nań z pięściami.
      Gospodarze zamiast uciekać stali lekko zdezorientowani, ale sami nie atakowali.
      Choć tamci wyszli zrobić zgodę. Jeszcze przez pół meczu trwały dyskusje na
      szczecińskim sektorze. Wreszcie po przerwie ustalono, że zamiast na bicie,
      weźmie się gości na chlanie. Przez kilka miesięcy kibice Legii też mieli
      podzielone zdania, jednak już na koniec rundy wiosennej na linii Szczecin —
      Warszawa zapanowała niemal sielankowa atmosfera. Zresztą było to widoczne po
      urywkach telewizyjnych. Żadna z krajowych zgód nie była aż tak wyeksponowana.
      Na każdym meczu Pogoni wisiała flaga Legii i odwrotnie.
      Na trybunach stadionu przy ni. Łazienkowskiej zaczął ukazywać się
      program „wydawany przez pseudokibiców CWKS Legia”. Fantastyczna sprawa.
      Ciekawie redagowany, widać w nim spory zasób wiedzy i czuć szeroki wachlarz
      skojarzeń. Niejeden dziennikarz pochyliłby nad tym amatorskim dziełem głowę.
      Gdyby nie coś, co pismaków starej daty natychmiast by odrzuciło. Język i
      drwiące podejście do przeciwnika. W zabawny sposób na stronach tejże gazetki
      przedstawiane są zdarzenia z ostatnich dni, oraz z historii ligi i Ligi
      Chuliganów. Tam ukazywane są „osoby przeznaczone do uśpienia”. Między innymi z
      tych publikacji zaczerpnięte były inspiracje dwukrotnego zdemolowania auta
      nielubianego przez stołecznych fanów arbitra Michała Listkiewicza. Do tej pory
      uważa się go za jednego z głównych winowajców odebrania Legii tytułu w 1993
      roku.
      Niedługo później zaczął ukazywać się kolejny program wydawany przez fanów
      wojskowych — „Forza Legia”. Tytuł znacznie bardziej infantylny, treści również.
      Od razu widać, że wydają go młodsi (od wydawcy programu) szalikowcy. Ale widać
      zaangażowanie i pasję włożoną W wydawanie.

      Legia na topie futbolowej Ligi Chuliganów znalazła się niewątpliwie w roku 81.
      Wtedy to wojownicy spod Żylety odwiedzali prawie wszystkie groźne dla nich
      miasta z otwartą przyłbicą. A niemal wszędzie byli na celowniku miejscowych
      hools. W tamtych czasach samo pokazanie się na stadionie rywali było aktem
      odwagi. Nie było zabezpieczających skórę futbolowych kamikadze policyjnych
      kordonów. Ci, którzy zdobyli się na samobójczy krok wyjazdu do miasta rywala,
      często obrywali po zębach. Najczęściej nie mogli w rewanżu wybić zębów rywalom,
      gdyż ci nie stawiali się na stadionie przeciwników. Najsłynniejszą zadymę mieli
      fanatycy Legii na stadionie Widzewa. Choć akurat wówczas dali największej
      plamy. Mimo, że zjawili się w kilkaset os6b (jakieś 300), to atakujący ŁKS-iacy
      nie mieli najmniejszego kłopotu z wygonieniem ich na murawę stadionu. Wówczas
      atmosfera w Łodzi była taka, że warszawiaków obijali także milicjanci (już na
      płycie boiska), a także służby porządkowe z opaskami... Solidarności. Właśnie
      to spotkanie było transmitowane przez TVP na żywo. Choć wcześniej zdarzały się
      identyczne sytuacje, to jednak fakt ukazania zadymy z Łodzi na ekranach
      zmonopolizowanej telewizji wywołał falę ogromnego oburzenia pismaków. Co
      świadczyło je
      • Gość: (L)egia Żoliborz Re: MATERIAŁY DO PRACY MAGISTERSKIEJ, PROSZĘ O PO IP: *.chello.pl 18.02.06, 00:06
        W tym samym okresie legioniści duże zadymy zaliczyli w Gdyni na Arce (tam
        pomagali im nieco lechiści), w Bydgoszczy, przed stadionem Zawiszy, w drodze do
        Poznania, na mecz z Lechem. Ci rywale warszawiaków nie byli wówczas uważani za
        ułomków. Zwłaszcza na swoim te renie. W rewanżu ŁKS ani też Arka, Lech czy
        Zawisza nie stawili się na Łazienkowskiej.
        Nieźle wypadli legioniści pół roku później w Opolu na spotkaniu z Odrą w 1/2
        PP. Na ten mecz przyjechał spęd chuliganów z całej Polski. Ich celem było
        obicie fanów ze stolicy. Dochodziło do pojedynczych walk, jednak do generalnej
        zadymy nie doszło. Gospodarze bali się zaatakować całą grupą.
        Później było różnie. Drużyna dołowała, kibiców ubywało. Legia dobrze sobie
        radziła jedynie w pucharze Polski, jednak na finałowych potyczkach warszawiaków
        było zawsze mniej niż kibiców przeciwników.
        W 89 roku wydawało się, że zbiorą niezłe bęcki w Zamościu, gdzie odbywał się
        mecz o Superpuchar z mającym wówczas mnóstwo fanów Ruchem. Bractwo ganiało się
        po mieście. Miał miejsce atak kilkunastu legionistów na kilkusetosobową grupę z
        Chorzowa. Najpierw udało się narobić nieco zamieszania, ale gdy atakowani
        zorientowali się jaką posiadają przewagę, natychmiast wzięli samobójców na
        kopy, niszcząc im przy okazji auto.
        Największym echem odbiła się zadyma z basenu, na t jedni i drudzy chłodzili się
        w wakacyjny upał. Tam siły były wyrownane i bardziej agresywni mieszkańcy
        stolicy obili swych przeciwników. Spotkanie w Zamościu miało swoje niecodzienne
        zakończenie. Fani Ruchu zdezerterowali przed ostatnim gwizdkiem sędziego. Legia
        triumfowała.
        Na Łazienkowskiej zapanowała wówczas nowa moda. Ktoś wymyślił, by przenieść
        Żyletę za bramkę. Wzorowano się na stadionach angielskich. Pomysł nie wypalił,
        doprowadził do ogłupienia wśród młodzieży, która nie bardzo orientowała się,
        gdzie teraz zasiadać na trybunach. (Sami zainteresowani twierdzą, że takie
        działania nie miały miejsca, lecz po konsultacji doszli do wniosku, że
        rzeczywiście miewali okresy podobnego myślenia.) W efekcie tego (oraz fatalnych
        wyników drużyny, a także ogólnego odchodzenia ludzi w prywatność) liczba
        fanatyków uczęszczających na Łazienkowską i jeżdżących po całej Polsce za swoim
        zespołem, zmalała w sposób zastraszający. Jedynym mobolizującym momentem były
        podówczas wyjazdowe spotkania piłkarzy Legii z Widzewem. To było clou
        chuligańskiego programu roku. Ilość kibiców, pomimo łódzkich przerywników,
        malała. Jedyny mocny, chuligański przerywnik w tej mizerii stanowił finał
        pucharu Polski Górnik — Miedź. Przerywnikami ilościowymi były spotkania o
        europejskie puchary, podczas których Żyleta wyglądała całkiem okazale.
        Od jesieni 93 Legia wręcz fenomenalnie prezentowała się na meczach wyjazdowych
        na Górnym Śląsku. Ale to za sprawą zaprzyjaźnionych z nimi fanatyków Zagłębia
        Sosnowiec, którzy spotkania warszawiaków zaczęli traktować niezwykłe serio.
        Nawet w późniejszym okresie, gdy futboliści z „elką” w kółku zaczęli sobie
        pogrywać całkiem, całkiem, z Warszawy niejednokrotnie do krainy kopalń
        przybywało zaledwie kilkudziesięciu szalikowców. Zawsze byli wspomagani silną
        grupą z Sosnowca. Nie mniejszą niż 100 fanatyków.
        Po najeździe na Kraków (2000 hools — jak twierdzą warszawiacy, 1500 — takie
        jest zdanie miejscowych), od 1993 r. kibice Legii wytoczyli wojnę działaczom
        PZPN i paru dziennikarzom. Po podpaleniu drzwi siedziby, organizatorzy ogniska
        dwukrotnie dzwonili na straż pożarną. Chodziło o uchronienie przed pożarem
        mieszkających w budynku ludzi. Jednak gdyby nie ochroniarz z lokalu zajmowanego
        przez rodzimych piłkarskich bossów, nie wiadomo, jak by się impreza zakończyła.
        Straż nie okazała się zbyt łatwowierna. Widocznie czekano, aż ogień będzie
        widoczny z okien strażnicy. Na Alejach Ujazdowskich nie doszło do tragedii
        tylko dzięki słabemu rozeznaniu Wojtków Strażaków (tzn. legionistów
        podpalaczy). Ich wywiad nie stwierdził obecności stróża, który jakoś sobie
        poradził wy biegając z gaśnicą ręczną na klatkę schodową. Od tej pory lokal
        PZPN jest strzeżony szczególnie troskliwie.
        • Gość: (L)egia Żoliborz Re: MATERIAŁY DO PRACY MAGISTERSKIEJ, PROSZĘ O PO IP: *.chello.pl 18.02.06, 00:06
          Pierwszy ligowy wyjazd po hecach z odebraniem tytułu legioniści mieli do
          Krakowa, w którym dwa miesiące wcześniej było ich cale mnóstwo. Tym razem
          przeciwnikiem był Hutnik. Przyjezdnych było sześć i pół dyszki. Lipa, jak na
          nowo kreowanego „majstra”. Fanatycy ze stolicy, nie godząc się z decyzjami
          PZPN, uhonorowali swych piłkarzy medalami ufundowanymi przez siebie. Na murawę
          stadionu przy Łazienkowskiej, podczas inauguracji wpuszczono warchlaka, któremu
          wypisano na skórze farbą olejną PZPN.
          Zaczęła nastawać nowa era chuligańska w historii miejscowych. Bo daj pierwszym
          bardzo dobitnym sygnałem było zdewastowanie autokaru z polonistami. Przeciwnicy
          derbowi są zawsze najzacieklejszymi wrogami. Wracając ze swojego spotkania,
          autobus fanów Legii, którzy właśnie opanowywali jakiś zajazd został wyprzedzony
          przez autokar kiboli Czarnych Koszul”. Tak się złożyło, że kalendarz pierwszej
          i drugiej ligi spłatał psikusa i obie warszawskie jedenastki grały tego samego
          dnia w tym samym regionie Polski. Rywale pokazywali przez szybę środkowe
          paluchy w górze, co w gwarze niemych i nie tylko znaczy „pie..się”. Gesty zo
          stały dostrzeżone. Wojskowi zakończyli demontaż zajazdu i rozpoczęli pościg.
          Kilkanaście kilometrów dalej poloniści zostali „przechwyceni” na środku drogi.
          Czerwono-biało-zieloni obili szykujących się do awansu fanów z Konwiktorskiej.
          Wiosną 94 psy postanowiły zabrać się do legionistów nieco intensywniej. Do tego
          stopnia, iż mundurowi doszli do przekonania, że prawo, którego są stróżami, ich
          nie obowiązuje.
          Różnica między kibolem (lub w ogóle kimś bawiącym się w łamanie prawa), a
          policjantem jest taka, że ten pierwszy nie pobiera za swą działalność
          pieniędzy. Przynajmniej, jeśli chodzi o hools, a nie włamywaczy i
          dziesioniarzy. Natomiast funkcjonariusze przysięgają, że będą owego prawa
          chronić i samemu go przestrzegać. Tyle o różnicy w podejściu do obowiązujących
          przepisów.
          Legia na Widzew w sezonie 93/94 wybrała się w jakieś 1000 głów. Do pilnowania
          porządku zaprzęgnięto jakichś 150 policjantów. 1000 osób zostało wepchniętych
          do trzech wagonów. Być może ktoś na komendzie postanowił zapisać się w księdze
          Guinnesa? Na miejscu psy zarządziły tak, że bractwo na meczu zameldowało się w
          całości dopiero w drugiej połowie. Po spotkaniu w pociągu powrotnym było
          jeszcze weselej. Rekord Guinnesa poprawiono o jeszcze jeden wagon (1000 sztuk
          fanów do dwóch wagonów). Do przedziałów wpychano po trzydzieści osób, na
          dokladkę zakazując otwierania okien. Egzekwowano to w sposób najprostszy: tym,
          którzy się nie podporządkowali, ładowano do przedziałów gaz łzawiący. Psy dla
          zabawy wyrzucały przez okna szaliki. Sku..synki bawiły się świetnie, choć
          później nieco im się miny wydłużyły. Legioniści wylali nieco atramentu na
          papier i do prokuratury poszło zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa.
          Mundurowi szukali kompromisu, chcieli nawet zapłacić za powyrzucane szale.
          Kibole na to nie poszli, choćby z tego powodu, że nikt nie jest w stanie
          zapanować nad całością, a sprawy zaszły za daleko, by w poobijanych i
          podgazowanych nie zrodziła się chęć zemsty. Jak zawsze w podobnych przypadkach,
          tak i tym razem sprawie ukręcono łeb, ale odpowiedzialni za zwykłych
          krawężników dostali obsztorc od swoich szefów. Powołano jakieś komisje, których
          zadaniem było sprawdzenie stanu faktycznego. Nastąpiły różne upomnienia i
          przestrogi. Wyżsi rangą „nie chcieli na przyszłość o czymś podobnym nawet
          słyszeć”. Raczej nie słyszeli. Do finału PP w czerwcu 95, czyli przez rok. Po
          tym finale nie tylko słyszeli, ale i widzieli. I to nie w kameralnych salkach
          komend, ale w publicznej telewizji. Ich podwładni w amoku obijali kogo się
          dalo. Winni mieli to w nosie, ale ekipy dziennikarzy z kamerami, które
          zaliczyły pałowanko miały na ten temat cokolwiek inne zdanie.
          Po skargach legionistów psom przykrócono łańcuchy. Poobijani po stanowili odbić
          sobie na społeczeństwie siniaki, których nabawili się po spotkaniu ze stróżami
          tegoż społeczeństwa. Zaczęły się demolki tramwajów i autobusów po ligowych
          spotkaniach w Warszawie. Wszyscy, którzy nacięli się na bezprawie „stróżów
          prawa” powinni dopuścić się jak największego grafomaństwa i pisania skarg
          na „policjantów” (w cudzysłowie, bo taki z niego policjant, jak z ciebie
          Indianin). To naprawdę działa. Grzecznieją, potulnieją. Ostatecznie są od tego,
          by cię złapać, jeśli rzeczywiście broisz. Gdy nawywijasz i natniesz się na
          mundurówego, możesz mieć pretensję tylko do siebie. Ale nie można sobie
          pozwolić na obijanie za to, że patrzysz chamowi w oczy. (A swoją drogą, jak to
          patrzenie w oczy na nich wpływa, to historia).
          Podczas kolejnej wyprawy na Widzew legioniści (około 1200) postanowili załatwić
          sobie transport autokarami.
          — Co nas będą ku.. obijać — twierdzili. Zamiast wojenki z psami urządzili
          sobie bijatykę na mieście, gdzie zostali przyatakowani przez Widzewiaków, a
          następnie w drodze powrotnej zdobyli” Rawę Mazowiecką, gdzie powyganiali ludzi
          do domów.
          W fantastycznej scenerii odbywały się derby stolicy. Jesienią 93. Były wielką
          niewiadomą. Poloniści odgrażali się, że będzie ich całe mnóstwo, i że dodatkowo
          będzie to spęd chuliganów z całej Polski. Awizowane były grupy hools z ŁKS-u,
          Arki, Cracovii i innych zaprzyjaźnionych z Polonią klubów. Zamiast spodziewanej
          mobilizacji przybyło na Łazienkowską około 150 kibiców Polonii (tak mówią
          poloniści, natomiast druga strona twierdzi, że przeciwników było dokładnie 77,
          co było specjalnie liczone). Jedyną atrakcją spotkania było spalenie na plocie
          zdobytej w autobusowej wojence flagi Polonii, co TV pokazywała kilkakrotnie.
          Spory orzech do zgryzienia miała stołeczna policja. Do tej pory kłopoty z
          rozprowadzeniem po jednym mieście dwóch grup kibiców mieli funkcjonariusze w
          Łodzi, rzadziej w Krakowie. Z przybyszami z innych miast nie ma kłopotu.
          Odstawia się ich na dworzec, gdzie wybywają w kierunku swych sadyb i spokój. Z
          polonistami najpierw bardzo długo czekano po zakończeniu spotkania, a następnie
          pod silną eskorta odstawiono ich na własny stadion. Jednocześnie na mieście
          odbywały się szczególne nagonki na mniej lub więcej zorganizowane grupki
          fanatyków w czerwono-biało-zielonych szalikach. Drugie po wielu latach derby
          odbyły się na kolejkę przed zakończeniem sezonu 93/94. Legia potrzebowała
          zwycięstwa w walce o tron, Polonia już tylko formalnie musiała dograć swoich
          dni w ekstraklasie. We własnym programie szalikowcy Legii napisali, że było to
          pierwsze spotkanie, podczas którego formalni gospodarze musieli siedzieć w
          klatce dla gości. Niezupełnie się to zgadza z prawdą. Kilkakrotnie, w latach 76-
          81 miejsce przeznaczone dla kibiców gości musieli opanować na stadionie w Opolu
          fani Odry, gdy gościli Śląsk Wrocław. Lechia w 83 roku oglądała zwycięstwo
          swojej drużyny w Gdyni z Górki, którą normalnie zajmuje Arka. Jednak
          rzeczywiście, wówczas nie było jeszcze klatek.
          Mecz na Konwiktorskiej nie dostarczył emocji, jeśli chodzi o walki stoczone
          przez fanów obu drużyn. Polonii było jeszcze mniej niż na wyjeździe przed pół
          rokiem, natomiast legionistów rozmnożyło się. Można się było emocjonować
          walkami czerwono-biało-zielonych z policją i antyterrorystami, które toczyły
          się od momentu zakończenia spotkania na stadionie i jego okolicach. W użyciu
          były działka wodne i inne tym podobne akcesoria. Kibicom zabrakło ławek. Gdyby
          nie ich brak, z pewnością byłoby ciekawiej.
          Ostatnia kolejka, to mecz z Górnikiem Zabrze. Decydujący o tytule. Choć
          legioniści podkręcali atmosferę, przypominając o zadymach z finału Górnik —
          Miedź, do walki nie doszło. Natomiast coś innego było tryumfem legionistów.
          Ilość ludzi na trybunach. I to ludzi poprzystrajanych w barwy Legii. Nie
          powiodła się próba zorganizowania tłumu w jeden żywo i jednakowo re
          • Gość: (L)egia Żoliborz Re: MATERIAŁY DO PRACY MAGISTERSKIEJ, PROSZĘ O PO IP: *.chello.pl 18.02.06, 00:07
            Nie powiodła się próba zorganizowania tłumu w jeden żywo i jednakowo reagujący
            organizm. Załatwiono walkie-talkie, by będący na różnych sektorach
            organizatorzy dopingu mogli się porozumiewać. Zamysły sobie, a życie sobie.
            Stadionowy harmider był tak wielki, że nawet trzymając urządzenie przy uchu nie
            można się było dogadać. Każdy śpiewał na swoją modłę, więc wyszedł z tego jeden
            szum i zgiełk. Fanatycy załatwili sobie ciche przyzwolenie od władz klubowych
            na wbiegnięcie po meczu na płytę boiska. Ale o mało nie doszło do
            przedwczesnego za kończenia fety. Górnik, któremu potrzebne było zwycięstwo,
            prowadził 1:0 i dopiero mało dyskretna interwencja arbitra Rędzińskiego
            doprowadziła boiskową rzeczywistość do stanu, jakiego wszyscy oczekiwali.
            Arbitruńcio usunął trzech zawodników Górnika z boiska, pokazując im czerwone
            kartki. W razie czego zielonogórski „sprawiedliwy” zakończył spotkanie troszkę
            wcześniej. Nie wiedział jak się zachować, gdyż, co niektórzy kibole już zaczęli
            biegać po murawie.
            Mecz przeszedł do historii, Legia mimo startu z trzema ujemnymi punktami
            zdobyła mistrzostwo, którego tym razem nie zakwestionowano. Kibice bawili się,
            chlejąc wszelkie możliwe alkohole na Starówce, urządzając sobie przy okazji
            środkami pirotechnicznymi małego sylwestra.
            Chcąc wykorzystać chwile tryumfu i nastrój święta, Janusz” Atlas Z „Piłki
            Nożnej” poprosił na łamach gazety o amnestię dla niektórych działaczy i
            dziennikarzy, o których na Żylecie doskonale jeszcze pamiętano. Może troszkę
            raziła go nieobecność na trybunie kilku osób, które aby zachować całość swej
            powłoki cielesnej, od roku już się na niej nie Pokazywały. Atlas nie zwrócił
            się do anonimowych osób, lecz do Bosmana, którego uznał widocznie za przywódcę.
            — Jeśli zbrodniarzom zależy na łagodnym wymiarze kary, to okazują Skruchę —
            stwierdzili szalikowcy spod Żylety, dając tym samym do zrozumienia, że na
            przebaczenie mają jeszcze czas, natomiast nie mają ochoty.
            Kolejny sezon, to ponowne wyzwanie. Hajduk na drodze do Ligi Mistrzow
            Początkowo wszystko kręciło się wokół tego dwumeczu. Warszawa żyła nadziejami,
            a po blamażu w Splicie Legia żyła wysprzedawaniem nazwisk. Sam dwumecz dla
            kibiców okazał się miarą ich odwagi. Fani Hajduka to typy, którzy jeszcze nie
            tak dawno mordowali Serbów. Jadąc autobusami do Warszawy zatrzymali się w
            Krakowie, gdzie balangowali z Wisłą. Krakowianie poinstruowali Chorwatów, że
            Legia jest be, wobec czego natychmiast po wytoczeniu się z pojazdu już na
            miejscu, stworzyli dość agresywną grupę atakującą miejscowych. Ciężko było
            sobie czerwono-biało-zielonym z nimi poradzić.
            Rewanż był meczem prawdy. Żeby pojechać w 94 roku do byłej Jugosławii, trzeba
            było mieć w sobie trochę ikry i sporo odwagi. Rękawice pod jęło sześćdziesięciu
            pięciu fanów. Trzech wyprawiło się samolotem, trzech pojechało własnym autem,
            które wpadło im do morza, a 35 szalikowców (w tym 5 z Szczecina) przybyło na
            ten mecz wesołym autobusem. Na granicy słoweńsko-chorwackiej jeden z
            wycieczkowiczów był tak zaprawiony, że wręczył straży granicznej paszport z...
            dżojntem. Celnicy zwariowali:
            przemyt narkotyków. Autobus skontrolowano, zabrano jakieś nieistotne ilości
            marihuany i sprzęt awanturniczy: bejsbole, pały i noże. Jakby mogły coś pomóc
            na serię z kałasznikowa. Od chwili przekroczenia ostatniej granicy, autobus był
            środkiem transportu pod szczególnym nadzorem policji. Na trybunach Hajduka, jak
            już wspomnieliśmy, zjawiło się 65 fanów Legii. Marcin, wrocławski pilny
            obserwator wszelkich pokazywanych na satelicie spotkań piłkarskich, a
            jednocześnie rejestrator siły dopingu i liczebności kibiców przyjezdnych,
            stwierdził iż w większej grupie niż Legia w Splicie podczas Ligi Mistrzów
            pojawił się jedynie Ajax, którego zajechało trzy setki.
            Numer zmajstrowali kibole Legii fanom Radomiaka jesienią 94 roku. Przyjechali
            zielono-biali do Warszawy na mecz z Polonią. Z powodu zbyt silnej obstawy
            policji nie było szans na obicie przyjezdnych. Legioniści załadowali się w auta
            i pojechali do Radomia po spotkaniu. Tam zacze kali na przyjazd pociągu, którym
            zielono-biali wracali do domów. Trzy dziestoosobową grupę kibiców Radomiaka
            witała równie liczna ekipa na peronie. Ale trzeba się było wreszcie
            porozchodzić po chatach. Najgorzej na tym wyszedł chłopak w koszulce Borussi
            Dortmund, przyuważony jeszcze w Warszawie.
            Największą nienawiścią, przez długi okres fani ze stolicy darzyli poznaniaków.
            Dla Żylety wyjazdy do tego miasta urosły do rangi najważniejszych wydarzeń
            sezonu. Tego, co zobaczyli na Bułgarskiej jesienią 94 roku, chyba długo nie
            zapomną. Nie dość, że na trybunach pojawiło się 10 tysięcy ludzi, to na dodatek
            niemal każdy chciał im skoczyć do gardła. W walce, jaka wywiązała się między
            fanatykami miejscowych a policją, 120-osobowa grupa legionistów i
            wspomagających ich szczecinian mogła się jedynie przyglądać. Modląc się przy
            okazji, by się fanom Lecha zbytnio nie powiodło. Nie było to jedyne spotkanie
            warszawiaków z poznaniakami w tym sezonie. Kilka dni później Legia gościła w
            Pniewach. Miasteczko to znane jest z fatalnego dojazdu. Aby tam się wyprawić,
            trzeba być zmotoryzowanym. Na trybunach prowincjonalnego miasteczka pojawiło
            się 40 szalikowców gości. Ekipa z Pruszkowa jechała dobrym autem, jednak
            wracając z meczu, jeszcze przed Poznaniem, wóz zdefektował. Tylko dzięki temu
            zostali dorwani przez patrolującą tę samą trasę ekipę „Kolejorzy”. Legioniści
            zamiast podjąć walkę, do której byli wyekwipowani, rzucili się do ucieczki w
            pobliskie chaszcze. Jedynym obitym został... samochód. Ciekawe, czy jego
            właściciel, Rzeka, dostał za niego odszkodowanie. Aby zmłócić Lecha legioniści
            wyprawili się na 1/16 pucharu Polski do Mławy. Zrobili to z partyzanta, czyli
            bez pokazywania własnych barw. A to dla tego, że warszawiaków było czternastu,
            natomiast poznaniaków trzy dychy i to konkretnej załogi.
            Po gdyńskim i zwłaszcza radomskim turnieju kibiców, które odbyły się w lutym 95
            roku, stosunki między tymi dwiema ekipami zaczęły się ocieplać. Największe
            pozytywne wrażenie na warszawiakach wywarli lechici w chwili, gdy grając w
            piłkę, czyli w samych sportowych gatkach, rzucili się na policjantów, którzy w
            tym czasie wjechali do radomskiej hali i obtłukiwali kogo się dało. Największy
            opór stawiała Legia, a fani Lecha, aby móc uczestniczyć w walce, najpierw
            musieli sforsować dość wysoki murek, co też zrobili. Na spotkaniach
            reprezentacji coraz częściej flaga Legii wisiała tuż obok flagi poznaniaków.
            Miłość wzajemna nie za panowała, wręcz nasiliła się nienawiść po zerwaniu
            układu o nieuczestniczeniu w walkach na spotkaniach kadry narodowej przez
            inicjatorów porozumienia — Arkę. Lech orbituje w kierunku opcji Arka —
            Cracovia, Przez kilka miesięcy funkcjonowania w tym układzie poznaniacy co
            prawda nie opowiedzieli się jednoznacznie, jednak cienka nić porozumienia z
            Legią zmieniła się w pętlę nienawiści. Za największego wroga warszawiacy uznają
            aktualnie (przełom roku 95 i 96) trzecioligowców — ale nie w Lidze Chuliganów —
            fanów gdyńskiej Arki.
            • Gość: (L)egia Żoliborz Re: MATERIAŁY DO PRACY MAGISTERSKIEJ, PROSZĘ O PO IP: *.chello.pl 18.02.06, 00:08

              Rok 95 rozpoczynał się pod znakiem supremacji Legii. Tę pozycję ugruntował
              dodatkowo radomski turniej kibiców, organizowany przez tamtejszą Broń. Gdy
              legioniści przyjechali swoim autobusem, akurat pod halą odbywała się
              przepychanka między dwoma policjantami a gawiedzią, Służby porządkowe
              postanowiły zabrać ze sobą dw6ch kibiców Widzewa. Jeden wykręcił się „własnym
              sposobem”, drugi miał kłopoty. Mediacje spełzły na niczym, więc warszawiacy
              postanowili wziąć sprawy W swoje ręce. Doszło do szarpaniny. Będący na hali
              kibice Radomiaka niezbyt dokładnie rozpoznali sytuację i dochodząc do wniosku,
              że na ich terenie (Wszakże Radom) warszawiacy robią rozróbę, postanowili nieco
              gości przećwiczyć Gdy na fanów ze stolicy runęła lawina ciał, ci postawili się
              hardo 1 zamiast spodziewanej rejterady doszło do wymiany ciosów. Następnie
              gospodarze wycofali się na uprzednio zajmowane pozycje. Po wyjaśnieniu
              Sytuacji, czyli po zorientowaniu się przez Radomiaka co się stało, warszawiacy
              zostali przeproszeni. Na hali bractwo spokojnie grało sobie w piłkę, a przed
              nią policja przygotowywała się do wojny. Obstawiono drogi dojazdowe do hali,
              wszystkich przechodzących w jej pobliżu kierowano szlakami pieszymi, a
              wchodzących i wychodzących legitymowano.
              Wjazd policji na trybuny nastąpił zaraz po drobnym incydencie. Jeden z
              miejscowych oszołomów buczał pod nosem inwektywy w kierunku legionistów,
              najwyraźniej szukając guza. Pijany nie potrafił ogarnąć sytuacji, a z tubylców
              nie było komu wziąć gościa za wszarz. Nastąpiło krótkie spięcie. Dla
              policjantów był to pretekst do ataku. Wpadli na halę do strony sektorów
              zajmowanych przez większość gości, lejąc kogo popadnie. Postawili się głównie
              warszawiacy, kilku chłopaków z Widzewa i biegający właśnie jako gracze fani
              Lecha. Gdy spiker zobaczył co się dzieje, natychmiast dał hasło do walki z
              natrętami. Kibice jakoś sobie dali radę. Później nastąpiły negocjacje (tak na
              dobrą sprawę nie bardzo wiadomo po co, bo gdy się mundurowi usunęli, zagrożenie
              zniknęło, bijatyka ucichła). Po kilku godzinach spokoju z drugiej strony trybun
              wpadli antyterroryści. Zrobili to z hukiem i trzaskiem, dewastując przy okazji
              szyby. Było to o tyle dziwne, że wówczas nie działo się absolutnie nic.
              Widocznie naoglądali się filmów z Sylwestrem Stallone. Hala Broni jest tak
              skonstruowana, że nie ma możliwości swobodnego przedostawania się z jednej
              strony trybun na drugą, tak więc tym, którzy uczestniczyli w poprzedniej
              zadymie pozostało tylko bezsilne przyglądanie się, jak psy obijają kibiców
              Radomiaka. O co poszło tym razem, nie udało się ustalić nawet policji.
              Podczas kolejnego turnieju, gdyńskiego, legioniści skoncentrowali się głównie
              na upijaniu z Pogonią... Lechią i Śląskiem.
              Wcześniej w Warszawie zrobiono kolejną innowację na łączce działalności
              kibicowskiej. Bosman zorganizował własny pub, którego klientami byli oczywiście
              kibice. Działalność nie potrwała zbyt długo, gdyż przed meczem Polonia
              Warszawa — Pogoń Szczecin fanatycy znad morza zostali hucznie przyjęci w
              lokalu. Ponieważ miejsca było w nim niewiele, więc towarzystwo rozlokowało się
              także w pobliżu piwożłopni. Okoliczni mieszkańcy mieli dosyć kilkusetosobowego
              towarzystwa i Bosmanowi cofnięto koncesję.
              Ostatnimi czasy legioniści wręcz znienawidzili się z fanatykami Arki i
              Cracovii. Z tą drugą mieli dwie potyczki. A właściwie jedną. Na zimowym (94/95)
              meczu hokejowym warszawiacy szykowali się do starcia, gdyż do szły ich słuchy,
              że na to spotkanie wybiera się całkiem zgrabna ekipa trzech autokarów „Pasów”.
              W stolicy zarządzono mobilizację, jednak do spodziewanej inwazji nie doszło.
              Przybyło zaledwie kilku opatulonych w biało-czerwone szaliki sympatyków
              Cracovii. Dostali po głowach dosyć mocno, a później kapowali policji, jednak
              jak twierdzili krakowianie, nie byli to kibice spod Wawelu, lecz jacyś hokejowi
              juniorzy.
              Kolejne spotkanie Legia — Cracovia, odbyło się podczas barażowego meczu...
              Jeziorak Iława — Radomiak Radom o wejście do drugiej ligi piłkarskiej latem 95
              roku. Zorganizowany naprędce baraż (z uwagi na wy cofanie się FC Piaseczno)
              przypadł w terminie rozpoczęcia rozgrywek ligowych. Do Białegostoku wyprawiały
              się dwa autobusy „Pasów”. Zawadzili o stadion Hutnika Warszawa, na którym się
              ów baraż rozgrywał. Kra kusy rozpoczęli zadymę. Jak było w rzeczywistości, nie
              bardzo wiadomo.
              Jedni twierdzą, że Jeziorak zerwał się na boisko, Radomiak gdzieś w okolice
              płotu, a legioniści me podjęli walki. Z innego źródła natomiast można było
              usłyszeć, że warszawiacy dążyli do zwarcia, jednak przeszkadzał płot i
              pilnujący bram, sterroryzowani policjanci, ponad głowami których, latały
              rzucane przez obie grupy hools raczej twarde przedmioty.
              Natomiast z Arką bilans starć legionistów jest dłuższy. Po meczu Polska —
              Francja legioniści zdemolowali arkowcom jeden autokar. Będących na meczu Polomi
              w Warszawie arkowców przechwycili legioniści z grupy Warriors i „zdeponowali”
              im dwie flagi oraz parę szalików, jednocześnie ich obijając. Raz sponiewierali
              na dworcu Wschodnim arkowców jadących na gościnne występy do Krakowa. W rewanżu
              Arka zrobiła podjazd pod stadion Legii podczas ich meczu ze Śląskiem oraz
              czekała całkiem zgrabną brygadą na prom wiozący warszawiaków powracających z
              wyprawy do Trondheim.

              Jesień 94 to oprócz już opisanych, następujące wyjazdy fanatyków Legii:
              Olsztyn — ponad dwie setki, w tym znajomki z Elbląga, Katowice 300, w tym
              połowa z Sosnowca, Stalowa Wola 100. Ten wyjazd był szcze gólny, gdyż bramkarz
              warszawskiej drużyny po otrzymaniu ciosu od miejscowego hools, dał jednemu z
              napastników w zęby, za co później został sądownie ukarany. Miejscowy hoola (?)
              został posiłkowym oskarżycielem we własnej sprawie. Raków 170.
              Jak jeździli warszawiacy w 95 roku? Jest to długa lista. Wiosną było ich 160 w
              Krakowie na Hutniku, ale byli wspomagani przez 200 osobową grupę fanatyków
              Zagłębia Sosnowiec. Na drugą połowę dojechał dodatkowo autobus Pogoni Szczecin,
              która wcześniej grała w Zabrzu. W Po znaniu na Warcie legionistów było 130, ale
              kilkudziesięciu szalikowców Legii wyprawiło się tego samego dnia dalej, do
              Szczecina na mecz Pogoń — Lech. W tym samym Poznaniu na Olimpii było fanów ze
              stolicy 64. Wówczas mogło się coś zdarzyć, tym bardziej, że policjantów było
              nie wielu. Jednak panowała cisza. Do Mielca Legii przybyło dwie setki. Po meczu
              w okolicy dworca kolejowego, gdzie zatrzymały się warszawskie autokary doszło
              do drobnej bieganiny, zakończonej przyjazdem policji. Walka obyła się bez
              jakichś większych ofiar, jednak dwóch złapanych przez fanów z Żylety mielczan
              musiało odbyć przymusową podróż autokarem. Zostali wysadzeni po przejechaniu
              jakichś 50 kilometrów, w lesie. Trochę daleko od domów. Kolejne dwa wyjazdy
              legioniści zaliczyli na Górny Śląsk. W Chorzowie na PP j w Zabrzu na lidze było
              ich mniej więcej tyle samo, od stu do dwustu. Może ciut więcej na Ruchu. Mieli
              kłopoty z policzeniem się, gdyż tak na jednym, jak i na drugim meczu byli
              wspomagani przez około 300 osobową grupę z Sosnowca. To oczy wiście me są pełne
              dane z wyjazdów, wiosną 95 Legia miała ich więcej. Natomiast jesień zaczęła się
              od gry na Łazienkowskiej przy pustych trybunach. A to za sprawą wojewody
              warszawskiego, który nakazał zamknięcie stadionu z powodu awantur po meczu
              finałowym o PP z GKS-em Katowice. Wówczas faktycznie „działo się”. Zabawę
              rozpoczął atak fanatyków Legii cieszących się ze zdobycia tego trofeum na
              boisku najpierw na „Misztalowców”, a następnie na katowiczan. „Misztalowcy” to
              ochroniarze występujący na meczach Legii w czarnych uniformach. Z nimi kibice
              nie lubią się bardzo, bo ocbroniarze po pierwsze nie są lubiani w ogóle, a po
              wtóre warszawscy są ponoć szczególnie wrednawi. Podczas finału
              • Gość: (L)egia Żoliborz Re: MATERIAŁY DO PRACY MAGISTERSKIEJ, PROSZĘ O PO IP: *.chello.pl 18.02.06, 00:10
                Podczas finału PP, z zamiarem pobaraszkowania z flagami GKS-u, wybiegł na drugą
                stronę płotu Chomik ze Szczecina. „Misztalowcy” przechwycili go, do cze go nikt
                nie miał wielkiej pretensji. Wszak to ich praca. Jednak gdy Cho mik wrócił na
                swoje miejsce, w legionistach zagotowało się. Chłopak był dosyć dokładnie
                okopany i obity.
                — Był siny i zielony, tak skatowanego gościa dawno nie widziałem — twierdził
                później znajomy z Warszawy.
                Owo kopanie już się w zakresie obowiązków ochroniarzy nie mieściło. Tę
                nadgorliwość postanowiono odpowiednio wynagrodzić. Okazja mogła się nadarzyć
                tuż po spotkaniu. Legia wygrała, na trybunach rozpoczęto świętowanie. Bractwo
                ruszyło na murawę, jednak część błyskawicznie zaczęła sprint w kierunku
                czarnych kubraczków. „Misztalowcy”, gdy tylko zwietrzyli niebezpieczeństwo,
                natychmiast wydarli zelówki, co uratowało ich cielesne powłoki od przykrych
                przeżyć, Zdegustowani takim obrotem spra wy legioniści (ci szukający awantury)
                rozpoczęli wymianę zdań i ławek z kibicami GKS-u. Mundurowi nie wiedzieli, co
                robić.
                — Co wy odpie..cie, uspokójcie się — policjant, szef (?) obstawy złapał
                jednego z warszawskich macherów.
                — To weźcie ten GKS na dworzec i będziecie tu mieli spokój — zagadnięty
                wzruszył ramionami. Miał rację, Misztalowcy” się zerwali, gdy by nie było także
                katowiczan, nie byłoby punktów zapalnych. Policjanci myślą inaczej. Wydumali,
                że najlepszym sposobem na ostudzenie rozpalonych głów będzie polanie ich wodą.
                Najpierw próbowano rozpędzić tłum za pomocą oddziałów konnych. Jednak ktoś
                zauważył, że mustangi boją się flag łopoczących na drzewcach. Zaczęto więc
                biegać ze sztandarami i biedne rumaki płoszyły się. Po koniach żywych
                wprowadzono mecha niczno. Polewaczka okazła się równie nieprzydatna jak
                zwierzaki ze stad niny. Jeżdżąc po murawie boiska dewastowała ją tylko, a
                polewając winnych i niewinnych, zwiększała tylko ilość ludzi chcących
                dopie..ć mundurowym. Bijatyka na stadionie i w jego okolicach trwała dosyć
                długo. Psy wpadły w amok i tłukły kogo popadło i jak popadło.
                Zamknięty stadion, pod którym zebrało się bractwo podczas meczu inauguracyjnego
                z Zagłębiem Lubin, nie przypominał już tego sprzed dwóch lat, gdy również po
                bijatyce z policją na meczu ligowym (traf chciał, że także z Katowicami),
                zamknięto dla publiczności obiekt przy Łazienkowskiej. Wyglądał inaczej. Tym
                razem nie było stanu oblężenia, lecz podstadionowy piknik. Wyjazd do Tych to
                jak zwykle na Górnym Śląsku 100 z Warszawy i 200 szalikowców z Sosnowca. W
                Szczecinie Legii było 150-250. Tak duża rozbieżność wynika z tego, iż nie mogli
                ustalić ilości przybyłych. Jak to zwykle w miastach lubiących się fanów, łażą
                oni po całym stadionie. Część bractwa przez Szczecin wracała do domów z Paryża,
                gdzie rozgrywała swój mecz reprezentacja. Na dodatek policja chciała koniecznie
                legionistów otoczyć kordonem. Wiedzie]i z autopsji, że jeśli daliby się
                odizolować, to później mieliby kłopoty ze swobodnym poruszaniem po obiekcie.
                Można się było spodziewać wręcz zatrzymywania siłą w sektorze i odprowadzenia
                po meczu na dworzec nawet tych, którzy mieli zupełnie inne plany życiowe. Więc
                zasiedli razem z Pogonią.
                Do Goeteborga Legii zawitało około 700 hools, plus 40 z Pogoni, kil
                kudziesięciu „dziadków”i trochę polonusów. W sumie około tysiąca głów, z tym że
                polonusi i „dziadki” siedzieli w sektorze obok. Młodzi legioniści twierdzą, że
                był to rekordowy wyjazd polskich hools na mecze pucharowe. Choć pojedynku w
                Brnie Zbrojovka — Wisła na pewno nie pamiętają. Na promie wiozącym kibiców do
                Szwecji panowało przekonanie, że potomkowie tych od najazdu nie bardzo chcą
                wpuszczać na swoje terytorium osobników nie mogących poprawnie wybełkotać
                swojego nazwiska, więc większość indywidualnie narzuciła sobie ograniczenia
                ilościowe w przyjmowaniu jakże ożywczej wódeczki. Przepowiednie okazały się
                przesadzone i później bractwo klnąc na swoją głupotę, nadrabiało zaległości.
                Przed meczem obyło się bez jakichś szczególnych hec, natomiast po spotkaniu
                wiara się zdeczko wkurzyła. Miejscowi, bardzo grzeczni policjanci stanowczo
                zatrzymali cieszących się z awansu do Ligi Mistrzów fanów czerwono-biało-
                zielonych na stadionie. W tym czasie cienkie Bolki, jakimi są Szwedzi,
                zdemolowali kilka aut na polskich rejestracjach. Bractwo zrobiło sobie odwet na
                stacjach benzynowych, które po drodze „pękały” wszystkie.
                — Odbieraliśmy należne nam odszkodowania. Za te samochody i za najazd szwedzki —
                śmiano się później w Warszawie. W Goeteborgu wyjaśniło się również, dlaczego
                jedynie garstka potomków Wikingów zawitała na pierwszym meczu w Polsce. Otóż po
                wielokrotnym pokazywaniu w tamtejszej telewizji scen rodzajowych z wydarzeń,
                jakie miały miejsce po spotkaniu finałowym pucharu Polski, tamtejsza
                społeczność doszła do wniosku, że bezpieczniej jest się nie wyprawiać na
                Planetę Małp. Z tekstu Marcina Mellera („Polityka” nr 35/95), który wyprawił
                się na rewanż z fa natykami Legii, można się było dowiedzieć, że skoro Szwedzi
                nie chcieli na Planetę Małp, to ona przyjechała do Szwecji.
                Najciekawiej było na jednym z powrotnych promów. 400 płynących nim hools
                zabawiało się na rachunek firmy, to znaczy chlali oporowo Pozostawiając nie
                uregulowane rachunki. Ktoś dostał szalu radości i metodycznie wyrzucał cały
                ruchomy sprzęt za burtę. wlazł na maszt, gdzie troszkę uszkodził radar, zerwał
                banderę i opatuliwszy się mą paradował po pokładach. Kilku antyterrorystów,
                którzy byli obecni na promie, dość dobrze policzyło swych ewentualnych
                przeciwników i po uzgodnieniu rachunku sil, byli dla wszystkich rozrabiających
                raczej uprzejmi, Prosząc jedynie o niewyrzucanie za burtę tratw ratunkowych i
                podobnych gabarytami drobiazgów. W Świnoujściu spodziewano się ostrej kontroli.
                Jednak tam opróżnianie promu polegało na jak najszybszym wyekspediowaniu
                wesołych autobusów w kierunku Warszawy. Cały czas pod eskortą. Następnie mieli
                wyjazd do Łodzi na ŁKS. Zameldowało się tani ich 250. Po sukcesie drużyny w
                Łodzi legioniści usłyszeli pod swoim adresem wyjątkowo mało bluzgów. Więc i
                sami prawie nie bluzgali. 40 legionistów odwiedziło Rzeszów podczas meczu o
                Superpuchar, 200 pojechało do Gdańska. Tam co prawda bluzgał im cały stadion,
                jednak najstarsza ekipa lechistów wzięła po meczu dwie dychy najstarszych
                legionistów na chlanie.
                Do Moskwy wybrało się 200 fanów. Część jechała pociągiem. Gdy policjanci wleźli
                im do wagonu (kuszetki), szalikowcy natychmiast po wiedzieli warsowemu, że nie
                życzą sobie ich obecności, żądają opuszczenia wykupionego przez siebie wagonu
                przez „tych panów”. Warsowy wysadził mu zamiast na granicy w Terespolu (jak
                chciał dowódca eska pady), na stacji Warszawa Wschodnia. Na stadionie Spartaka
                dosiadło się jeszcze 300 polonusów, ale nawet pół tysiąca polskich gardeł nie
                było się w stanie przebić przez wyjący, kilkudziesięciotysięczny tłum. W
                Tarnobrzegu Legii zawitało zaledwie 80. Na mieście robili co chcieli, jednak
                później czterech z nich miało poważne kłopoty. Miejscowi hools okazali się
                mocni jedynie w gębie. Po stracie szalików natychmiast meldowali o tym policji,
                wskazując winnych. Wspomniana czwórka trochę sobie po siedzi, gdyż przybito im
                dziesionę.
                W Chorzowie na PP było warszawiaków niecałe 30 osób oraz dwie setki Zagłębia. W
                Łodzi na Widzewie jakieś 2 tysiące, natomiast w Blackburn 300 plus około 200
                polonusów. Niektórzy ostrzyli sobie zęby na wjazd na murawę po zakończeniu
                meczu. Wszak w Anglii od czasu tragedii zgniecenia kilkunastu kibiców
                Liverpoolu płoty odzielające murawę od trybun są symboliczne. Troszkę się
                zawiedli. Przewidujący wyspiarze posadzili kibiców z Polski na piętrze. Pod
                nimi znajdował się pusty sek tor. W Poznaniu, na meczu, który dzięki zadymom
                • Gość: (L)egia Żoliborz Re: MATERIAŁY DO PRACY MAGISTERSKIEJ, PROSZĘ O PO IP: *.chello.pl 18.02.06, 00:11
                  W Poznaniu, na meczu, który dzięki zadymom na trybunach stal się wydarzeniem
                  sezonu, legionistów było 300.
                  Do Trondheim przyjechało z Warszawy 100 fanów. Zostali bardzo gościnnie
                  przyjęci.
                  Na Legii, identycznie jak wszędzie, zdarzają się i takie wypadki, jak opisany w
                  wydawanym w Łodzi przez widzewiaków Polskim Kibolu” (nr 3, str. 5): Legioniści
                  chyba mile będą wspominać Sochaczew, bowiem zdobyli spory łup — jeden szalik
                  skrojony dziewczynie, na dodatek po wab cc, gdyż ofiara nie chciała dobrowolnie
                  oddać swoich barw. Dopiero ciosy i groźba wciągnięcia do autokaru pomogły....
                  Jak można skroić szalik 21 —letniemu „chuliganowi<< spod Zylety, gdy ten na
                  ulicy krzyczy: ratunku, ludzie, złodziej”. Wszędzie się znajdą mocni jedynie w
                  pysku. Chodzi o to, by mięczaków utwardzać lub eliminować ze środowiska.
                  Po zadymie podczas flnału PP z GKS-em i decyzji zamknięcia stadionu przy ul.
                  Łazienkowskiej, młodzież Legii postanowiła zorganizować spotkanie kibiców, na
                  którym chciano podjąć jakieś decyzje. Ponieważ wśród przybyłych (kilkaset osób)
                  znajdowali się wodzireje spod Żylety, organizatorzy zamieszania jakoś nie
                  chcieli się ujawnić. Ostatecznie stanęło na niczym, towarzystwo się rozeszło. A
                  później w „Zyciu Warszawy” można było przeczytać list małolatów o terrorze
                  czterdziestolatków, którzy narzucają reszcie sposób myślenia i styl bycia.
                  Ciekawe, do czego autorzy listu dążyli.
                  Ulubioną, ostatnimi czasy zabawą fanów Legii jest czatowanie. Przekonali się o
                  tym wiślacy, którzy we wrześniu 94 wybrali się do Gdańska na mecz z Lechią.
                  Warszawiacy urządzili sobie polowanie dwie godziny po północy. Nieszczęściem
                  krakusów była niewielka ich liczba, co nie pozwoliło podjąć wyrównanej walki.
                  Czterdziestu agresorów wręcz roz niosło dziesiątkę przeciwników. Rok później
                  kłopoty na tej samej trasie, tylko w drugą stronę, mieli udający się do Krakowa
                  kibice Arki. Jechali na gościnne występy do swych ziomków z Cracovii. Łatwo
                  było prze widzieć, że ktoś będzie przejeżdżał, gdyż w grodzie Kraka następnego
                  dnia miały odbyć się pierwsze od wielu lat ligowe derby, zwane pod
                  Wawelem „Swiętą Wojną”. Gdynianie przewidzieli sytuację i pochowali się w
                  pociągu dość dokładnie. Ostatecznie warszawscy wartownicy (zabawa odbywała się
                  także około godziny drugiej w nocy na idealnie pustym dworcu Warszawa
                  Wschodnia) zlali dwie czy trzy bardzo podejrzane oso by. Później okazało się,
                  że trafili w dziesiątkę. Jednak arkowcy nie zupełnie chcą się przyznać do
                  swojej porażki twierdząc, że trafiony został piąty garnitur ich grupy.
                  — Przecież nie będziemy się gości pytać, czy należą do ich specbrygady, czy są
                  zwykłymi, gdyńskimi szaraczkami. Że nie są to oni, to było widać, gdy mówili,
                  że nie mają o niczym pojęcia i nawet nie wiedzą, czym są mecze piłki nożnej.
                  Ale co, mieliśmy ich za to pogłaskać po główce? — ni to stwierdził, ni spytał
                  retorycznie jeden z legionistów, uczestnik zadymy.
                  Fani warszawscy jesienią 95, na meczu z Arniką Wronki zorganizowali akcję,
                  jakiej jeszcze przed stadionami w Polsce nie było. Protestując przeciwko zbyt
                  wysokim cenom biletów, oraz zakazowi wywieszania flag klubowych na plotach,
                  postanowili odpuścić sobie spotkanie swojej drużyny, jednocześnie pikietując
                  obiekt przy ul. Łazienkowskiej. Pikieta przyniosła skutek połowiczny. Zmalały
                  ceny biletów zezwalających na wchodzę nie na wiraż i przyobiecano, że od
                  kolejnego spotkania będzie można wywieszać flagi, choć tylko do połowy płotu.
                  Niektórzy fani Legii z nudów nie wiedzą co wymyślić. Jeden z nich wykombinował,
                  że da na łamach Piłki Nożnej” płatne ogłoszenie: „Byliśmy, jesteśmy, będziemy
                  najlepsi. Klub Kibica Legii Warszawa skiada podziękowanie za doznane w 1995
                  roku wzruszenia i radości wszystkim naszym sportowcom i działaczom(...)
                  Pozdrawiamy gorąco nasze Fan— CIuby oraz przyjaciół i sympatyków”. Autor tego
                  przedsięwzięcia, Wiesiek „Peclowizna”, w przerwie meczu o superpuchar Legia —
                  GKS Katowice, który odbył się w Rzeszowie, zakupił na licytacji piłkę, którą
                  rozegrano mecz Polska — Słowacja. Wyłożył na cel 4 i pół miliona starych
                  złotych.
                  — Jak się pan nazywa?— spytał się go spiker podczas wręczania trofeum.
                  — Nie mam nazwiska, jestem legionistą — odparł warszawski fanatyk. Korzystając
                  ze spotkania z legionistami w Łodzi podczas turnieju ki biców, warszawiacy,
                  którzy mogli przeczytać powyższy rozdział, zgłosili następujące zastrzeżenia:
                  Ledwo nadmienione zostały zadymy w Często chowie, gdy po meczu Polska — Francja
                  zdemolowany został autokar Arki, i awantura z psami podczas spotkania 112 PP z
                  GKS-em Katowice w 1993 roku. Zabrakło opisów zwycięskiej walki z... psami o
                  flagę „Ultras na meczu ze Stomilem, awantury z policją po meczu Legia — Pogoń,
                  gdy wspóhw siły kibiców obu klubów przegoniły agresorów. Zabrakło też opisu
                  wielkiej bitwy po meczu Legia — Lech 0:1 (wiosna 95), kiedy to zdemolowane
                  zostały budy policyjne, głazy leciały z trasy Łazienkowskiej, a za mieszki
                  przypominały te z okresu stanu wojennego
                  • Gość: (L)egia Żoliborz Re: MATERIAŁY DO PRACY MAGISTERSKIEJ, PROSZĘ O PO IP: *.chello.pl 18.02.06, 00:13
                    Opis z powieści:
                    Roman Zieliński - "Liga Chuliganów" (1997)
                    Prawa autorskie © Fan Slask Wszystkie prawa zastrzeżone.

                    Pozdrowionka dla Fanatyków!!
                    Do zobaczenia w Niemczech!!
                    • kobrakobra Re: Dzięki 24.02.06, 16:51
                      Dzięki wielkie, pozdro. Do zobaczenia w Dortmundzie.
Pełna wersja