Dodaj do ulubionych

T. Torańska - wywiad z Dworakiem prezesem tvp

15.02.04, 23:01
Teresa Torańska

Rozmowa z Janem Dworakiem, który 17 lutego zostanie nowym prezesem TVP

Mówią o Panu: małomówny.

Zależy z kim.

Flegmatyczny, skupiony, często nieufny. Taki Pan?

Powściągliwy i ostrożny w ocenach - tak. Życie mnie nauczyło, że nic nie
wygląda tak jak na pozór. Więc chyba jednak trochę nieufny. Ale gdy mam
poczucie, że gadanie jest bez sensu, rzeczywiście milczę.

I wtedy można pooglądać Pana wąsy.

Zapuściłem na studiach. Wąsy, brodę.

Był Pan hipisem?

Żeglarzem. Żeglarstwo to moja pasja. I narty, od kilku lat. Okropny zarost
miałem tylko na studiach.

Pana brat też, rodzinne?

Przypadek. Ojciec się goli. Ma 95 lat, jest w świetnej formie. Dotąd pisał
książki krytyczno-literackie i monografie - Krasickiego czy Rodziewiczówny -
a ostatnio napisał scenariusz filmowy. I ogrywa mnie w szachy. Jak dawniej.
Mnie i dwóch braci.

Pan jest...?

Najmłodszy. Średni brat mieszka w Kanadzie, jest inżynierem mechanikiem,
pracuje w fabryce celulozy w Kolumbii Brytyjskiej i nie nosi wąsów.

A ten najstarszy z wąsami.

Z wąsami i brodą. Jest z wykształcenia inżynierem elektrykiem i prowadzi w
Warszawie małą firmę księgową.

Kończymy z wąsami?

Dwa lata temu zgoliłem, ale żonie, która mnie poznała z wąsami, nie podobałem
się i kazała zapuścić.

Słucha Pan żony?

Słucham. W sprawie wąsów? Absolutnie. (Śmiech)

O, Pan lubi się śmiać.

Rozśmiesza Pana: Daniec, Drozda, Pietrzak czy Laskowik?

Najbardziej odpowiada mi humor Woody'ego Allena. Dyskretny, wynikający z
paradoksów rzeczywistości.

W Pana rodzinnym domu z czego się śmialiście?

Mało się śmialiśmy. Ojciec był poważny, mama zapracowana. Mama nie
dopuszczała jednak najmniejszych wulgaryzmów. Nawet "cholera" było absolutnie
nie do przyjęcia. Więc żarty to raczej wśród rówieśników, nie w domu.

Jaki był?

Dom? Bezpartyjny. Co niedziela całą rodziną chodziło się do kościoła.
Mieszkaliśmy w Sochaczewie, 50 km od Warszawy. Na przedmieściach miasteczka,
w Trojanowie, był mały, śliczny barokowy kościółek.

I był Pan oczywiście ministrantem?

Byłem.

Rodzice?

Nauczyciele, po polonistyce. Ojciec pochodził z Kielc, mama z Warszawy. W
latach 60. przenieśliśmy się do Warszawy. Mama chciała, tęskniła za Warszawą.

Harcerstwo?

Należałem przez chwilę w szkole podstawowej. Pojechałem z drużyną na
wycieczkę rowerową i ochota na harcerstwo mi przeszła. Nie podobała mi się
atmosfera.

Związek Młodzieży Socjalistycznej?

Nie, nie. Rodzice by chyba nie pozwolili.

Rozmawialiście o tym?

W domu mało rozmawiało się o polityce. Nas rodzice przed polityką chronili.
Może trochę się jej bali.

Ojciec, kiedy byłem małym dzieckiem, musiał zrezygnować z pracy nauczyciela.
W początkach lat 50. działacz sochaczewski z Komitetu Miejskiego wezwał ojca,
powiedział, że chcą go zrobić dyrektorem liceum i jest wskazane, by ojciec
zapisał się do partii. On nie straszył, tylko namawiał i proponował. Ojciec
odmówił. Został kierownikiem piekarni, potem kolporterem. Do domu zajrzał
niedostatek. Świat nie był przyjazny. Wiedziałem, czym jest PRL, PZPR i
ustrój socjalistyczny.

Czym był?

Ostre przeżycie z końca czerwca 1966 roku. To był rok milenijny. W katedrze
na Starym Mieście kardynał Stefan Wyszyński odprawił uroczystą mszę. Przyszły
na nią tysiące ludzi. Byłem z mamą i starszym bratem. Staliśmy na obrzeżach
placu Zamkowego, cały zapchany był ludźmi. Zostałem po mszy jeszcze sam,
ciekaw, co z tego wyniknie.

Miał Pan 18 lat. O co idzie, wiedział Pan?

Oczywiście, że władzy nie podoba się tysiąclecie chrztu Polski, nie podoba
się, że Polacy nie chcą się wyrzec swoich chrześcijańskich korzeni, i nie
podoba, że mają potrzebę zademonstrowania swojego patriotyzmu. Po mszy ludzie
poszli na Miodową, przed siedzibę prymasa, a po jakimś czasie na Krakowskie
Przedmieście, w kierunku gmachu KC . To nie był tłum agresywny, szukający
zaczepki. Ludzie tylko szli i śpiewali patriotyczne pieśni. Pierwszy kordon
milicji stał na wysokości Domu bez Kantów. Tłum przeszedł na chodnik, minął
skrzyżowanie i w pobliżu uniwersytetu znowu wyszedł na jezdnię.

Ile było osób?

Niedużo, kilkaset, może tysiąc. Od milicjantów rozstawionych na ulicy
dostałem ze cztery pałki, ale przecisnąłem się chodnikiem i szedłem dalej. Na
rogu Nowego Światu i Świętokrzyskiej stała barykada z milicyjnych gazików.
Szedłem prawą stroną. Nagle milicjanci rzucili się na jakiegoś faceta,
podbiegłem, żeby go bronić. I wtedy jakiś milicjant, niewysoki, zamachnął się
na mnie pałką. Podniosłem pięść. Zmierzyliśmy się oczami. Był sporo starszy
ode mnie. On wahał się, czy mnie uderzyć pałką, a ja wahałem się, czy nie
potraktować go pięścią. Patrzyliśmy na siebie może kilkanaście sekund, może
pół minuty, mnie wydawało się, że bardzo długo. Do dzisiaj pamiętam jego
twarz. Opuścił pałkę. Odwróciłem się na pięcie i odbiegłem.

Po liceum wybrał Pan polonistykę?

Z braku pomysłu. Pisałem dobre wypracowania. Wygrałem szkolną olimpiadę.

I pierwsza praca?

Korektora. Jeszcze na studiach. Dzięki protekcji przyjaciółki mojej mamy.
Potem zatrudniłem się w redakcji miesięcznika "Lekkoatletyka". Przez parę lat
byłem sekretarzem redakcji.

Interesował się Pan sportem?

Umiarkowanie. "Lekkoatletykę" traktowałem jako dobre i bezpieczne miejsce
pracy. Niewymagające politycznych deklaracji. Opisywałem sylwetki sportowców,
pisałem jakieś reportaże. W redakcji było tylko dwóch etatowych dziennikarzy:
ja i mój redaktor naczelny, dawny akowiec Zygmunt Głuszek. W redakcji
poznałem Wojciecha Ziembińskiego, wciągnął mnie w krąg organizującej się
opozycji.

Piłsudczyk, żołnierz Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, organizator
manifestacji niepodległościowych w Warszawie.

Ziembiński wprowadzał mnie w świat polityki i na opozycyjne salony, ojcował
mi w tym świecie. Dzięki niemu poznałem bardzo wiele wartościowych osób. Z
różnych politycznych - przedwojennych jeszcze - opcji. Socjalistów,
narodowych demokratów, ludowców, chadeków... Uczestniczyłem w różnych
dyskusjach, czy ważniejsze jest rozbudzanie patriotyzmu, czy poprawa jakości
życia i sprawiedliwość społeczna. To były dyskursy odbywające się z udziałem
Jana Józefa Lipskiego, Wiesława Chrzanowskiego, Władysława Siły-Nowickiego,
Jana Olszewskiego, Wojciecha Ziembińskiego i Jacka Kuronia. Uczestniczył w
nich kwiat polskiej opozycji. Pani Aniela Steinsbergowa, która już wtedy dla
wszystkich była legendą, Jacek Kuroń, Adam Michnik, mecenasi Siła-Nowicki,
Olszewski i Szczuka oraz bracia Karpińscy i Antoni Macierewicz.

Przystał Pan do tzw. prawicowców. Z Ziembińskim i z Leszkiem Moczulskim
założyliście tajną organizację NN.

Wcale tak się nie określaliśmy. Mówiliśmy: "opozycja demokratyczna", co
znaczyło środowiska lewicowe, i "opozycja niepodległościowa", co znaczyło -
prawicowe. W wielkim uproszczeniu oczywiście. Nurt Niepodległościowy powstał
w roku 1975 albo na początku 1976, a w marcu 1977 roku urodził się z niego
Ruch Obrony Praw Człowieka i Obywatela, czyli ROPCiO. W NN był jeszcze m.in.
Andrzej Czuma, Maciek Grzywaczewski.

I napisaliście: "Tylko państwo niepodległe, a więc niezależne od obcej
władzy, może stworzyć warunki do wyrażania i spełniania swobodnej woli ludu",
pamięta Pan?

Szczerze mówiąc, nie pamiętam. To z deklaracji programowej chyba. Pisałem ją
z Piotrkiem Krawczykiem.

"Decyzje władz muszą podlegać - obok wszystkich innych - ocenie moralnej".

Tak jest, aktualne i dzisiaj.

Z Moczulskim przyjaźni się Pan dzisiaj?

Mam dla niego wiele sentymentu, jak do wszystkich kolegów z tamtych czasów

Więc pierwszy dołek?

Trochę wcześniej, w 1976 roku. Bardzo śmieszna historia. Poszedłem na
spotkanie przedwyborcze z posłem Edmundem Męclewskim. Był wtedy bardzo znanym
dziennikarzem telewizyjnym i kandydował do Sejmu. Miałem do niego
Obserwuj wątek
    • tajniak000 Re: T. Torańska dalszy ciąg ..... 15.02.04, 23:07
      Więc pierwszy dołek?

      Trochę wcześniej, w 1976 roku. Bardzo śmieszna historia. Poszedłem na spotkanie
      przedwyborcze z posłem Edmundem Męclewskim. Był wtedy bardzo znanym
      dziennikarzem telewizyjnym i kandydował do Sejmu. Miałem do niego kilka pytań,
      zupełnie niepolitycznych. Chciałem m.in. zapytać o oczyszczalnię ścieków, o
      Bibliotekę Narodową i o metro w Warszawie, kiedy będzie, czy planuje się jego
      budowę. Sala wypełniona, wszyscy ubrani w garnitury, jak na masówce, tylko
      kilka osób w swetrach. Przemówił Męclewski, ze dwóch garniturowców z sali,
      podniosłem rękę, że chcę także, ale zebranie zamknięto. Miałem do pana -
      wykrzyczałem do Męclewskiego - trzy pytania. "Zada mi je pan - odpowiedział -
      na następnym spotkaniu, na politechnice". W porządku. Idę. Znowu parę
      przemówień i koniec zebrania. Poseł się śpieszy - wytłumaczono mi - zapraszamy
      na następne. Przyjdę. W dniu kolejnego spotkania przedwyborczego ojciec dzwoni
      do mnie do pracy, że w domu była milicja, pobiłem kogoś podobno na
      Marszałkowskiej, mam natychmiast zgłosić się do komisariatu na Waliców. Idę.
      Wsadzili do starej warszawy, zawieźli na Wilczą, zamknęli mnie w tzw. tramwaju,
      a po godzinie zaczęli odgrywać komedię. Ciągali po jakichś pokojach,
      przesłuchiwali, konfrontowali z nieznanymi osobami, a przed północą zwolnili.

      O co chodziło?

      Żebym nie poszedł na zebranie przedwyborcze. O to. Zabawne.

      Ale to nie koniec. Minęły cztery lata, rok 1980, znowu wybory i nagle dzwonek
      do drzwi, otwieram, dwóch ludzi. Mówią: jesteśmy z SB. Rok 1980, byłem już
      mocno zaangażowany w różne działania podziemne, wydawałem "Opinie", pismo Ruchu
      Obrony Praw Człowieka i Obywatela, oraz książki w Bibliotece Historycznej i
      Literackiej, więc myślałem, że przyszli na rewizję. Nie, oni chcą mnie poznać.
      Poznali, wyszli. Schodzę na dół, stoją przy drzwiach wejściowych. Idę do pracy,
      oni za mną, krok w krok, wchodzę do redakcji, oni się zatrzymują. Dwóch,
      czasami trzech facetów. Siedzę kilka godzin w redakcji, pracuję, wychodzę i
      stoją przed drzwiami. Kompletnie absurdalna sytuacja. Trzeciego dnia uciekłem
      im przez jakąś bramę. Wracam wieczorem do domu, stoją. Historia jak z Kafki.
      Niczego ode mnie nie chcieli. Niewiele chyba o mojej konspiracji wiedzieli,
      więc nie wiem, po co. Po kilku dniach zniknęli.

      Sierpień 1980.

      Wielkie przeżycie. A wiosną następnego roku spotkanie w redakcji
      tworzonego "Tygodnika Solidarność" Tadeusza Mazowieckiego. Bardzo ważna dla
      mnie osoba w sprawach publicznych. Od chwili poznania. Ważna do dziś. Choć
      rzadko się widujemy.

      Poznał go Pan gdzie?

      Dokładnie pamiętam ten moment. W redakcji "Tygodnika Solidarność". Bardzo
      chciałem tam pracować. To była pierwsza redakcja, w której naprawdę chciałem
      pracować. Wojtek Arkuszewski, znany mi z opozycji, obiecał pomoc. Redakcja
      mieściła się w kilku pokoikach w baraku na Mokotowie. Przyszedłem. Wojtek
      kręcił się po jakimś ogólnym pokoju, a Mazowiecki siedział w gabinecie za
      drzwiami. Wojtek zajrzał tam do niego na chwilę. "Możesz wejść" - powiedział.
      Wszedłem, Mazowiecki coś pisał, podszedłem, żeby się przedstawić, a on burknął
      na mnie: "Chwili spokoju mi nie dają. No, przecież muszę jakoś skupić myśli" -
      powiedział. Przeprosiłem go i wyszedłem.

      Poczekałem z godzinę, zostałem zaproszony, chwilę porozmawialiśmy i rozpocząłem
      pracę w "Tygodniku Solidarność".

      Pierwszy tekst?

      Krótki reportaż o poświęceniu sztandaru w Hucie Warszawa w drugim lub trzecim
      numerze pisma. Co dwa-trzy tygodnie przygotowywałem kolumny informacyjne,
      bardzo pilnie wtedy przez wszystkich czytane, bo informacji, co naprawdę dzieje
      się w Polsce, w pismach oficjalnych nie było, a od jesieni 1981 roku byłem
      sekretarzem "Tygodnika". Wydaliśmy 36 numerów. Potem był stan wojenny,
      internowanie, wszystko wiadomo.

      Wiadomo?

      Opisy i oceny zostawmy historykom.

      Nie lubi Pan być kombatantem?

      Nie jestem, choć z tamtego czasu zostało we mnie wiele wspomnień, przyjaźni. Po
      Okrągłym Stole wróciłem do "Tygodnika Solidarność" razem z Mazowieckim.
      Organizowałem go znowu. Ten 1989 rok był bardzo dziwny. Strasznie mieszały się
      ze sobą dobre i złe rzeczy. Mazowiecki został premierem i zdecydował, że
      powinienem kierować "Tygodnikiem". Podobno zastanawiał się, czy nie wziąć mnie
      do rządu.

      Chciał Pan?

      Gdzieś na dnie duszy bardzo chciałem uczestniczyć w wielkich przemianach. Ale
      w "Tygodniku" zostałem bez uczucia krzywdy. Powstała jednak niejasna sytuacja.
      Byłem p.o. i o mojej nominacji powinna zdecydować Komisja
      Krajowa "Solidarności". Nagle dowiaduję się, że zostałem odwołany.

      Jak?

      Ja to odwołanie odczytałem jako bardzo brutalne. Bo było ono mechaniczne.
      Wałęsa mógł zaprosić mnie do siebie do Gdańska, uprzedzić albo wprost
      powiedzieć, że mnie nie chce, i ja bym to przyjął. Nie uzurpowałem sobie prawa
      do tego, żeby być redaktorem naczelnym, wiedziałem, że jest to pismo związku i
      związek decyduje o obsadzie personalnej. O swoim odwołaniu i objęciu "Tygodnika
      Solidarność" przez Jarka Kaczyńskiego dowiedziałem się jednak od osób trzecich,
      chyba z mediów, czyli w niedobrym stylu. Pamiętamy ten styl, prawda?

      Ja głównie pamiętam spiski, które lęgły się w niektórych głowach.

      (Śmiech). Burzliwe czasy. Dobrze, że minęły.

      Obawiam się, że wrócą.

      Mam nadzieję, że nie w takiej skali. Po kilku miesiącach Mazowiecki
      zaproponował mi pracę w telewizji. Andrzej Drawicz był prezesem, ja zostałem
      wiceprezesem Komitetu Radia i Telewizji.

      Przeciwko Pana nominacji protestowała telewizyjna "Solidarność".

      Bardzo prawdopodobne. To była niełatwa współpraca. Pamiętam dziwną rozmowę z
      Jackiem Snopkiewiczem, szefem "Wiadomości". Miałem poczucie, że się nie
      rozumiemy. Mnie postrzegano tam jako człowieka z zewnątrz, który przychodzi do
      telewizji przeszkadzać im w pracy, robić czystki, usuwając ludzi.

      Nie były potrzebne?

      Były potrzebne przede wszystkich zmiany strukturalne prowadzące do
      odpolitycznienia telewizji. Zmiany personalne mają sens, kiedy ich kryteria są
      czytelne.

      Rozkręcała się już akcja "przyśpieszenia przemian" i dekomunizacji. Uważałem,
      jak Andrzej, że zmiany należy wprowadzać spokojnie, że to proces, który musi
      zostać rozłożony na lata, nie można go zastąpić hasłami. I wtedy do telewizji
      przyjechał Wałęsa. Okropny moment. Bardzo źle potraktował Andrzeja, wyminął go,
      nie chciał się z nim przywitać. Usiedliśmy z Andrzejem razem w pierwszym
      rzędzie, atmosfera na sali była jak z sądu czarownic.

      Ludzie nie bardzo wiedzieli, jak rozwinie się sytuacja, i uznali, że najlepiej
      będzie dowalić kierownictwu. Drawicz wykazał wtedy ogromną odwagę cywilną.
      Wstał i wśród cichych gwizdów, jakie rozległy się w sali, w atmosferze
      ewidentnej wrogości, próbował uzasadnić swoją rację.

      Miał?

      Absolutnie. Dziś też jestem o tym przekonany. Wałęsa go wprawdzie nie obrugał,
      ale coś nieuprzejmie odpowiedział i potem, kiedy wygrał wybory prezydenckie,
      mianował nowego prezesa i z telewizji odeszliśmy. Żeby jednak dla wszystkich
      było jasne. Wałęsę cenię i szanuję. W burzliwych czasach jest po prostu
      nerwowo.

      Po Marianie Terleckim nastało jeszcze trzech następnych.

      Założyłem z przyjaciółmi firmę i zostałem niezależnym producentem, czyli nie ma
      tego złego...

      Walendziak z prawicy jaki był?

      Nasza firma produkowała cykliczny program publicystyczny "Pytania o Polskę",
      zaczęliśmy też erę talk-show "Wieczorem z Alicją".

      Miazek z PSL-u.

      Zakazał publicystyki producentom niezależnym. Robiliśmy filmy dokumentalne,
      teatry telewizji i w dalszym ciągu "Szkołę kłamców", czyli grę-zabawę dla
      Programu II.

      Kwiatkowski z SLD.

      Dwa, trzy teatry telewizji, serial dokumentalny "Dziewczęta z ośrodka" w
      reżyserii Roberta Glińskiego oraz zrobiliśmy ośmioodcinkowy film o Piłsudskim
      ze Zbigniewem Zapasiewiczem w reżyserii Andrzeja Trzosa-Rastawieckiego, ale dla
      innej firmy
      • tajniak000 Re: T. Torańska dalszy ciąg ..... 15.02.04, 23:10
        Kwiatkowski z SLD.

        Dwa, trzy teatry telewizji, serial dokumentalny "Dziewczęta z ośrodka" w
        reżyserii Roberta Glińskiego oraz zrobiliśmy ośmioodcinkowy film o Piłsudskim
        ze Zbigniewem Zapasiewiczem w reżyserii Andrzeja Trzosa-Rastawieckiego, ale dla
        innej firmy. A teraz Pan, z Platformy Obywatelskiej.

        Nie jestem już w Platformie. Wypisałem się. Zostawiłem tam przyjaciół, na
        szczęście nie w "biedzie".

        Pytam o poprzedników, bo z każdym jako producent filmowy robił Pan biznesy.

        Przepraszam, ale to brzmi jakoś tak po geszefciarsku. Pracowałem dla kilku
        stacji telewizyjnych w Polsce, także dla TVP w różnych okresach. Prezesi często
        nie mieli z tym nic wspólnego, bo telewizję reprezentował ich pracownik. Oni
        płacili, ale za wykonaną pracę, nie za zrobienie "interesu".

        Dawał Pan łapówki?

        Nie.

        A wie Pan, że się daje?

        Słyszałem.

        I?

        Czeka nas teraz wiele pracy. Konieczna jest czytelność polityki programowej. I
        wprowadzenie ocen pracowniczych, ustalenie, jakimi kryteriami są oni oceniani,
        to na początek. Bo dzisiaj - z tego, co się orientuję - nie wiedzą.

        Oni na Pana bardzo liczą. Związki zawodowe, Stowarzyszenie Dziennikarzy
        Polskich, wie Pan?

        Tak? Nie wiedziałem, ale cieszy mnie to. Bardzo.

        Czego więc Panu życzyć?

        Odporności na przeciążenia, dystansu do pochlebstw i nieulegania pokusom.

        Jakim pokusom?

        Władzy. Rządzenie firmą, w której pracuje z grubsza 5 tysięcy ludzi, jest nie
        tylko wyzwaniem, ale i próbą charakteru. Pozornie prościej jest rządzić bez
        czytelnych reguł. Tylko że wtedy nie zbuduje się niczego trwałego. To tyle
        deklaracji. Ważniejsza jest praca. Ta zaczyna się dla mnie jutro (17 lutego).

        ŹRÓDŁO:
        Teresa Torańska

        pzdr

        tajniak000

        • tajniak000 i co panowie i panie ? 15.02.04, 23:14
          i co panowie i panie ?
          Bedą z niego ludzie, przynajmniej mnie sie tak wydaje.
          czy nadeszły nareszcie czasy w historii tvp niepolityczne ?
          bedziemy to wiedziec już w najbliższej przyszłosci.
          Jedno jest pewne Dworak bedzie miał łatwy start panując po szarej eminencji
          Kwiatkowskim

          pzdr

          tajniak000
          • Gość: m.k.r Re: i co panowie i panie ? IP: *.itcomp.pl / *.internetdsl.tpnet.pl 16.02.04, 09:38
            Po panu Kwiatkowskim każdy następny bedzie lepszy, nawet A.Lepper, choć niewiem
            czy bym zniósł nieustanną obecność samoobrony w TVP.
    • Gość: AREK nudy na pudy IP: *.uft.edu.ve / 200.35.81.* 15.02.04, 23:14
      To sie nazywa zrobic byle jaki wywiad z potencjalnie interesujacym czlowiekiem.
      Potencjalnie interesujacym chociazby ze wzgledu na funkcje,ktora pelni.Te
      wasy,ktore zajmuja pol wywaiadu zdaje sie sluzyly do nabicia wierszowki pani
      Toranskiej.
      • tajniak000 Re: nudy na pudy 15.02.04, 23:16
        taki już ma styl pani Toranska , ale swoje odsączyłem chociaż faktycznie można
        było zrobic to ciekawiej

        pzdr

        tajniak===
        • Gość: Marian-polityk Żadnych poważniejszych zmian za panowania Jasia IP: *.gdynia.cvx.ppp.tpnet.pl 16.02.04, 10:40
          W TVP nie będzie i spodziewać sie nie nalezy.
          Nie urodził sie wojownikiem.
          Ale "bestia" (pamiętliwa widocznie i "ma coś na sumieniu" a Wałęsie
          niegrzecznoscia i niechecia rewanżował się jak mogł bedąc v-ice prezesem tvp,
          chociaż "kopa: zapewne nie Lechowi zawdziecza)
          • tajniak000 Re: Żadnych poważniejszych zmian za panowania Ja 16.02.04, 12:00
            ale gorzej to już chyba nie może byc?
            wiec na "cos" można liczyc ?

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka