tajniak000
15.02.04, 23:01
Teresa Torańska
Rozmowa z Janem Dworakiem, który 17 lutego zostanie nowym prezesem TVP
Mówią o Panu: małomówny.
Zależy z kim.
Flegmatyczny, skupiony, często nieufny. Taki Pan?
Powściągliwy i ostrożny w ocenach - tak. Życie mnie nauczyło, że nic nie
wygląda tak jak na pozór. Więc chyba jednak trochę nieufny. Ale gdy mam
poczucie, że gadanie jest bez sensu, rzeczywiście milczę.
I wtedy można pooglądać Pana wąsy.
Zapuściłem na studiach. Wąsy, brodę.
Był Pan hipisem?
Żeglarzem. Żeglarstwo to moja pasja. I narty, od kilku lat. Okropny zarost
miałem tylko na studiach.
Pana brat też, rodzinne?
Przypadek. Ojciec się goli. Ma 95 lat, jest w świetnej formie. Dotąd pisał
książki krytyczno-literackie i monografie - Krasickiego czy Rodziewiczówny -
a ostatnio napisał scenariusz filmowy. I ogrywa mnie w szachy. Jak dawniej.
Mnie i dwóch braci.
Pan jest...?
Najmłodszy. Średni brat mieszka w Kanadzie, jest inżynierem mechanikiem,
pracuje w fabryce celulozy w Kolumbii Brytyjskiej i nie nosi wąsów.
A ten najstarszy z wąsami.
Z wąsami i brodą. Jest z wykształcenia inżynierem elektrykiem i prowadzi w
Warszawie małą firmę księgową.
Kończymy z wąsami?
Dwa lata temu zgoliłem, ale żonie, która mnie poznała z wąsami, nie podobałem
się i kazała zapuścić.
Słucha Pan żony?
Słucham. W sprawie wąsów? Absolutnie. (Śmiech)
O, Pan lubi się śmiać.
Rozśmiesza Pana: Daniec, Drozda, Pietrzak czy Laskowik?
Najbardziej odpowiada mi humor Woody'ego Allena. Dyskretny, wynikający z
paradoksów rzeczywistości.
W Pana rodzinnym domu z czego się śmialiście?
Mało się śmialiśmy. Ojciec był poważny, mama zapracowana. Mama nie
dopuszczała jednak najmniejszych wulgaryzmów. Nawet "cholera" było absolutnie
nie do przyjęcia. Więc żarty to raczej wśród rówieśników, nie w domu.
Jaki był?
Dom? Bezpartyjny. Co niedziela całą rodziną chodziło się do kościoła.
Mieszkaliśmy w Sochaczewie, 50 km od Warszawy. Na przedmieściach miasteczka,
w Trojanowie, był mały, śliczny barokowy kościółek.
I był Pan oczywiście ministrantem?
Byłem.
Rodzice?
Nauczyciele, po polonistyce. Ojciec pochodził z Kielc, mama z Warszawy. W
latach 60. przenieśliśmy się do Warszawy. Mama chciała, tęskniła za Warszawą.
Harcerstwo?
Należałem przez chwilę w szkole podstawowej. Pojechałem z drużyną na
wycieczkę rowerową i ochota na harcerstwo mi przeszła. Nie podobała mi się
atmosfera.
Związek Młodzieży Socjalistycznej?
Nie, nie. Rodzice by chyba nie pozwolili.
Rozmawialiście o tym?
W domu mało rozmawiało się o polityce. Nas rodzice przed polityką chronili.
Może trochę się jej bali.
Ojciec, kiedy byłem małym dzieckiem, musiał zrezygnować z pracy nauczyciela.
W początkach lat 50. działacz sochaczewski z Komitetu Miejskiego wezwał ojca,
powiedział, że chcą go zrobić dyrektorem liceum i jest wskazane, by ojciec
zapisał się do partii. On nie straszył, tylko namawiał i proponował. Ojciec
odmówił. Został kierownikiem piekarni, potem kolporterem. Do domu zajrzał
niedostatek. Świat nie był przyjazny. Wiedziałem, czym jest PRL, PZPR i
ustrój socjalistyczny.
Czym był?
Ostre przeżycie z końca czerwca 1966 roku. To był rok milenijny. W katedrze
na Starym Mieście kardynał Stefan Wyszyński odprawił uroczystą mszę. Przyszły
na nią tysiące ludzi. Byłem z mamą i starszym bratem. Staliśmy na obrzeżach
placu Zamkowego, cały zapchany był ludźmi. Zostałem po mszy jeszcze sam,
ciekaw, co z tego wyniknie.
Miał Pan 18 lat. O co idzie, wiedział Pan?
Oczywiście, że władzy nie podoba się tysiąclecie chrztu Polski, nie podoba
się, że Polacy nie chcą się wyrzec swoich chrześcijańskich korzeni, i nie
podoba, że mają potrzebę zademonstrowania swojego patriotyzmu. Po mszy ludzie
poszli na Miodową, przed siedzibę prymasa, a po jakimś czasie na Krakowskie
Przedmieście, w kierunku gmachu KC . To nie był tłum agresywny, szukający
zaczepki. Ludzie tylko szli i śpiewali patriotyczne pieśni. Pierwszy kordon
milicji stał na wysokości Domu bez Kantów. Tłum przeszedł na chodnik, minął
skrzyżowanie i w pobliżu uniwersytetu znowu wyszedł na jezdnię.
Ile było osób?
Niedużo, kilkaset, może tysiąc. Od milicjantów rozstawionych na ulicy
dostałem ze cztery pałki, ale przecisnąłem się chodnikiem i szedłem dalej. Na
rogu Nowego Światu i Świętokrzyskiej stała barykada z milicyjnych gazików.
Szedłem prawą stroną. Nagle milicjanci rzucili się na jakiegoś faceta,
podbiegłem, żeby go bronić. I wtedy jakiś milicjant, niewysoki, zamachnął się
na mnie pałką. Podniosłem pięść. Zmierzyliśmy się oczami. Był sporo starszy
ode mnie. On wahał się, czy mnie uderzyć pałką, a ja wahałem się, czy nie
potraktować go pięścią. Patrzyliśmy na siebie może kilkanaście sekund, może
pół minuty, mnie wydawało się, że bardzo długo. Do dzisiaj pamiętam jego
twarz. Opuścił pałkę. Odwróciłem się na pięcie i odbiegłem.
Po liceum wybrał Pan polonistykę?
Z braku pomysłu. Pisałem dobre wypracowania. Wygrałem szkolną olimpiadę.
I pierwsza praca?
Korektora. Jeszcze na studiach. Dzięki protekcji przyjaciółki mojej mamy.
Potem zatrudniłem się w redakcji miesięcznika "Lekkoatletyka". Przez parę lat
byłem sekretarzem redakcji.
Interesował się Pan sportem?
Umiarkowanie. "Lekkoatletykę" traktowałem jako dobre i bezpieczne miejsce
pracy. Niewymagające politycznych deklaracji. Opisywałem sylwetki sportowców,
pisałem jakieś reportaże. W redakcji było tylko dwóch etatowych dziennikarzy:
ja i mój redaktor naczelny, dawny akowiec Zygmunt Głuszek. W redakcji
poznałem Wojciecha Ziembińskiego, wciągnął mnie w krąg organizującej się
opozycji.
Piłsudczyk, żołnierz Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, organizator
manifestacji niepodległościowych w Warszawie.
Ziembiński wprowadzał mnie w świat polityki i na opozycyjne salony, ojcował
mi w tym świecie. Dzięki niemu poznałem bardzo wiele wartościowych osób. Z
różnych politycznych - przedwojennych jeszcze - opcji. Socjalistów,
narodowych demokratów, ludowców, chadeków... Uczestniczyłem w różnych
dyskusjach, czy ważniejsze jest rozbudzanie patriotyzmu, czy poprawa jakości
życia i sprawiedliwość społeczna. To były dyskursy odbywające się z udziałem
Jana Józefa Lipskiego, Wiesława Chrzanowskiego, Władysława Siły-Nowickiego,
Jana Olszewskiego, Wojciecha Ziembińskiego i Jacka Kuronia. Uczestniczył w
nich kwiat polskiej opozycji. Pani Aniela Steinsbergowa, która już wtedy dla
wszystkich była legendą, Jacek Kuroń, Adam Michnik, mecenasi Siła-Nowicki,
Olszewski i Szczuka oraz bracia Karpińscy i Antoni Macierewicz.
Przystał Pan do tzw. prawicowców. Z Ziembińskim i z Leszkiem Moczulskim
założyliście tajną organizację NN.
Wcale tak się nie określaliśmy. Mówiliśmy: "opozycja demokratyczna", co
znaczyło środowiska lewicowe, i "opozycja niepodległościowa", co znaczyło -
prawicowe. W wielkim uproszczeniu oczywiście. Nurt Niepodległościowy powstał
w roku 1975 albo na początku 1976, a w marcu 1977 roku urodził się z niego
Ruch Obrony Praw Człowieka i Obywatela, czyli ROPCiO. W NN był jeszcze m.in.
Andrzej Czuma, Maciek Grzywaczewski.
I napisaliście: "Tylko państwo niepodległe, a więc niezależne od obcej
władzy, może stworzyć warunki do wyrażania i spełniania swobodnej woli ludu",
pamięta Pan?
Szczerze mówiąc, nie pamiętam. To z deklaracji programowej chyba. Pisałem ją
z Piotrkiem Krawczykiem.
"Decyzje władz muszą podlegać - obok wszystkich innych - ocenie moralnej".
Tak jest, aktualne i dzisiaj.
Z Moczulskim przyjaźni się Pan dzisiaj?
Mam dla niego wiele sentymentu, jak do wszystkich kolegów z tamtych czasów
Więc pierwszy dołek?
Trochę wcześniej, w 1976 roku. Bardzo śmieszna historia. Poszedłem na
spotkanie przedwyborcze z posłem Edmundem Męclewskim. Był wtedy bardzo znanym
dziennikarzem telewizyjnym i kandydował do Sejmu. Miałem do niego