akserm
20.07.04, 17:59
MAREK GARZTECKI
Sam premier brytyjski Tony Blair przyznał, że broń masowego rażenia nie
zostanie w Iraku znaleziona. Większość ekspertów twierdzi, że Saddam Husajn
nie musiał jej ukrywać, bo jej nie miał. Brak też dowodów na związki jego
reżimu z Al-Kaidą. Wątpliwości, czy istniały sankcjonowane prawem i
zwyczajami międzynarodowymi powody usprawiedliwiające anglosaską napaść na
Irak, zostały już rozstrzygnięte.
Najistotniejsze pytanie dotyczy teraz tego, czy wojna iracka zmniejszyła
międzynarodowe zagrożenie ze strony terroryzmu, czy je powiększyła. Nas
samych, dodatkowo, powinno interesować, jaki wpływ będzie miało uczestnictwo
polskich wojsk w tej wojnie na nasze bezpieczeństwo, pozycję naszego kraju na
arenie międzynarodowej i sytuację ekonomiczną.
Całkiem niedawno amerykański sekretarz stanu Colin Powell musiał się gęsto
tłumaczyć z "pomyłki" Pentagonu, który ogłosił, że w 2003 roku w porównaniu z
rokiem poprzednim liczba ataków terrorystycznych na świecie znacznie zmalała.
Informacja ta, wykorzystana przez administrację amerykańską jako dowód
skuteczności jej polityki, okazała się fałszywa, bo w rzeczywistości
odnotowano ich wzrost o prawie 50 procent.
W annałach sztuki wojennej trudno będzie chyba znaleźć przykład tak
błyskotliwego zwycięstwa militarnego zmarnowanego tak szybko na skutek
nieudolnego administrowania zajętym terytorium. Niemal od samego początku
specjaliści wskazywali na kardynalne błędy Amerykanów w Iraku (Anglicy byli
tu dużo roztropniejsi), których nie potrafiono, a może nie chciano korygować.
Nieudolna okupacja
Zasugerowani wizerunkiem Saddama Husajna jako prymitywnego despoty Amerykanie
przeoczyli, że społeczeństwo irackie należy do najbardziej rozwiniętych w
świecie arabskim. W większości zurbanizowane, z rozwiniętą klasą średnią, w
niewielkim tylko stopniu przypomina ono takie monarchie feudalne, jak Arabia
Saudyjska czy Zjednoczone Emiraty.
Irakijczycy, jak długo zapewniały im to dochody z ropy, cieszyli się służbą
zdrowia i powszechnym szkolnictwem, o jakim większość obywateli innych krajów
arabskich mogła tylko pomarzyć. Do tego, jak wiadomo, podstawową cechą
dyktatury jest rozbudowany system policyjny z wszelkimi tego negatywnymi, ale
i pozytywnymi skutkami. Reżim Saddama mógł w sposób najbardziej brutalny
prześladować swych prawdziwych czy urojonych przeciwników, ale zwykli
obywatele, którzy nie mieszali się do polityki, a takich jest zawsze
przeważająca większość, mieli zapewniony ład i porządek.
Po przejęciu kontroli nad terytorium Iraku przez siły koalicji
antysaddamowskiej cała ta infrastruktura zaczęła pękać i rozpadać się w
zastraszającym tempie. Natychmiastowym efektem rozwiązania przez koalicjantów
saddamowskich policji i armii, przy braku jakichkolwiek alternatywnych sił
porządkowych, był wybuch pospolitej przestępczości: napadów rabunkowych,
gwałtów i porwań. Jeśli za Saddama młode kobiety mogły bezpiecznie spacerować
po bagdadzkich ulicach także po zmroku, dziś boją się wychodzić ze swych
domów nawet w biały dzień.
Rażąca nieudolność administracji okupacyjnej była przyczyną odwołania już po
niecałym miesiącu urzędowania pierwszego amerykańskiego administratora Iraku,
generała Jaya Garnera. Przysłany na jego miejsce cywil Paul Bremer miał
zapewnić menedżerskie doświadczenie, którego wojskowym brakowało, i "silną
rękę" pozbawionego sentymentów technokraty. W rok później, w głębokiej
tajemnicy, za ochronnymi kratami w pilnie strzeżonym budynku przekazywał on
symbole władzy premierowi irackiemu Iyadowi Alawiemu. Zaraz potem opuścił
Bagdad na pokładzie wojskowego helikoptera, ukradkiem, pośpiesznie, bez
kompanii honorowej, przemówień czy choćby bukietu kwiatów. Było oczywiste, że
i on nie sprostał zadaniu.
Pazerne firmy z USA
W rozmowie z korespondentem "New York Timesa" Bremer uznał za swe największe
osiągnięcia obniżenie podatków i liberalizację przepisów dotyczących
inwestycji zagranicznych. Było oczywiste, jak relacjonował zdumiony
dziennikarz, że Bremera niewiele interesowało to, iż powstańcy wysadzali w
powietrze rurociągi i posterunki policji, że przerwy w dostawach prądu trwały
większą część dnia.
Tego ostatniego Amerykanie mogli rzeczywiście nie zauważyć, bo warownie, w
których przebywają, korzystają z własnych generatorów dostarczonych przez
firmę General Electric. Mogą też nie być świadomi załamania się telefonii,
skoro nakazali zamknięcie sieci komórkowej, założonej przez firmy lokalne, a
kontrakt na telefonię komórkową otrzymał amerykański koncern MCI. To, że
instalowany przezeń system nie jest kompatybilny ze stosowanym w innych
krajach Bliskiego Wschodu, jak i to, że firma ta była niedawno bohaterem
wielkiego skandalu finansowego, nie okazało się przeszkodą. MCI ma od lat
bliskie związki z Pentagonem.
Pazerność niektórych firm amerykańskich, przede wszystkim koncernu
Haliburton, będącego podstawą milionowej fortuny wiceprezydenta Dicka
Cheneya, wzbudziła już zainteresowanie amerykańskich służb kontrolnych i
Senatu USA. W samym Iraku władze koalicji nie muszą się jednak obawiać tego
nadzoru. Rezolucja ONZ z maja 2003 r., upoważniająca te władze do
dysponowania wpływami ze sprzedaży irackiej ropy naftowej, przewidziała
jednocześnie powołanie ciała kontrolnego. Do kwietnia tego roku nie było ono
jednak w stanie rozpocząć swych czynności z powodu obstrukcji czynionych
przez Amerykanów. Dziś wiadomo tylko, że z 20,2 miliarda dolarów
zgromadzonych na koncie Irackiego Funduszu Rozwoju amerykańscy
administratorzy rozdysponowali już 15,9 miliarda. Przed rozwiązaniem się
władze koalicyjne zapewniły odpowiednim dekretem wyłączenie spod prawa
irackiego działających w tym kraju firm amerykańskich.
Klimat moralnej dwuznaczności towarzyszy poczynaniom antysaddamowskiej
koalicji niemal od samego początku. Jest to tylko konsekwencja jej "grzechu
pierworodnego", jakim było kłamstwo dotyczące motywów i celów wojny.
Czas na idealizm
W tym kontekście maltretowanie więźniów irackich w więzieniu Abu Ghaib jawi
się nie tyle jako odosobniona afera zawiniona przez kilku nadgorliwych
strażników, ale część totalnej wojny z przeciwnikami polityki amerykańskiej.
Są wystarczające dowody, że działania te mają przyzwolenie grupy osób
stojących obecnie na szczycie administracji Stanów Zjednoczonych, takich jak
sekretarz obrony Donald Rumsfeld czy wspomniany już Dick Cheney.
Będzie to miało kapitalne znaczenie w ostrej fazie walki ideologicznej, w
jaką wkraczają obecnie Stany Zjednoczone w ramach kampanii prezydenckiej.
Neokonserwatyści doszli do władzy pod hasłami walki z moralnym relatywizmem,
który - jak twierdzili - cechował lewicowo-liberalne rządy Billa Clintona.
Stratedzy kampanii wyborczej Busha zdefiniowali jego kontrkandydata Johna
Kerry'ego jako typowego liberalnego idealistę z północnego wschodu, świadomi,
że od przeszło czterdziestu lat w wyborach prezydenckich zwyciężali
południowcy bądź konserwatyści. Zapomnieli, iż ostatnim tak zdefiniowanym
prezydentem USA był John Kennedy, do dziś pozostający - inna rzecz, czy
słusznie - symbolem idealizmu w polityce amerykańskiej. A na idealizm, po
moralnym "poślizgu" neokonserwatystów, może być teraz zapotrzebowanie.
Argumentów moralnych używali też polski rząd i prezydent, usprawiedliwiając
poparcie amerykańskich działań w Iraku wbrew opinii większości naszego
społeczeństwa. Tymczasem bilans polskiego zaangażowania w awanturę iracką
jest co najmniej niejednoznaczny. Udało się uniknąć większych strat. Co
prawda, śmierć wybitnego dziennikarza i trzech wojskowych trudno uznać za
sukces, ale patrząc na sceny egzekucji porywanych przez antykoalicyjną
partyzantkę zakładników, można pocieszać się, że mogło być gorzej. Po stronie
plusów, jak twierdzą polscy wojskowi, należy zapisać doświadczenie
operacyjne, jakie zdobywają oni w trakcie służ