Dodaj do ulubionych

Rybiński - The best

IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 20.07.04, 18:51
Staropolska cnota



MACIEJ RYBIŃSKI

Przepowiadano nam, że po wejściu do Unii Europejskiej ulegniemy
wynarodowieniu, zatracimy staropolskie cnoty i zostaniemy poddani deprawacji.
Już od trzech prawie miesięcy rozglądam się z niepokojem po rodakach, aby
ustalić stopień i tempo odpolszczenia i eurodewiacji. Owszem, tu i ówdzie,
przede wszystkim w niektórych mediach, pojawiają się niepokojące symptomy,
ale nie tak powszechne, jak można się było obawiać. Znacznie liczniejsze są
sygnały pielęgnowania cnót sarmackich i nawiązywania do najlepszych tradycji.

Właśnie wczoraj nadeszła z Dolnego Śląska wiadomość, że 53-letni Zdzisław M.
z Lubiechowa koło Złotoryi wezwał elektryka celem naprawienia instalacji, a
po wykonaniu prac zabrał rzemieślnikowi buty i przez trzy dni nie chciał go
wypuścić z domu, pojąc bimbrem własnej roboty. Kiedy w elektryku duch upadał
i nie mógł lub nie chciał dalej pić, przepełniony staropolską gościnnością
Zdzisław M. używał piły spalinowej, aby gościa nawrócić na drogę obowiązku.

Ta piękna historia przypomina jako żywo zwyczaje pana Borejki, kasztelana
zawichojskiego, wspominanego przez Jędrzeja Kitowicza. Borejko na rozstajnych
drogach w pobliżu swego dworu postawił kapliczkę św. Jana Nepomucena, w
której zasiadał z różańcem, czekając, aż napatoczy się jakiś podróżny. Przy
czym trzeba podkreślić, że Borejko, kasztelan, a więc bądź co bądź senator
Rzeczypospolitej, nie miał żadnych przesądów klasowych ani narodowych.
Ktokolwiek przechodził lub przejeżdżał obok kapliczki: ksiądz, zakonnik,
kwestarz, szlachcic, mieszczanin, chłop, Żyd albo nawet dziad, musiał pić z
Borejką. Pachołek nalewał kielichy, Borejko pił do podróżnego, a podróżny do
Borejki tak długo, póki ów podróżny albo "z nóg nie spadł, albo mu gardło nie
puściło". W tych czasach nie znano niestety pił spalinowych, tego
niezawodnego środka zachęty do dalszego picia wbrew przeciwnościom losu.

Mamy więc odrodzenie narodowe, powrót do najpiękniejszych tradycji, a duch
Borejki obudził się w Lubiechowie, co szczególnie cenne, bo to starodawne
ziemie piastowskie i odzyskane. A gdyby mi kto zarzucał, że kpię sobie,
robiąc z pijaństwa narodową cnotę, temu powiem, że cnotą jest wszystko, co
pożytkowi służy, w tym narodowej tężyźnie. Jeszcze lekarz Czartoryskich w
wieku XVIII dowiódł, że "chcąc być w Polsce zdrowym, nie należy używać aptek
i doktorów, ale dwa razy w roku porządnie się upić: raz w maju zamiast
kuracji wodami mineralnymi, a drugi raz w październiku dla uniknięcia
katarów, pleurów i chorób zakaźnych". Oczywiście, gdy kto słabszego zdrowia,
powinien kurować się częściej. Natomiast tę receptę na zdrowie Polaków
polecam ministrowi Balickiemu. Niech NFZ zakontraktuje dla wszystkich Polaków
miejsca w knajpie. Bo jak nie - pójdziemy do znachora. Wyjedziemy do
Lubiechowa, do Zdzisława M. -
Obserwuj wątek
    • yossarian18 Oto jak Kitowicz pisał o Borejce 20.07.04, 19:07
      Jest to fragment "Opisu obyczajów w Polsce za panowania Augusta III" Jędrzeja
      Kitowicza:
      "Borejko, kasztelan zawichwostski, tego możno nazwać pobożnym pijakiem;
      najbardziej albowiem lubił cieszyć się i pijać z duchownymi, kiedy z świeckimi
      osobami nie miał żadnego zatrudnienia. Skoro był wolny od interesów, rozpisał
      listy do pobliższych mięszkania swego klasztorów, aby mu przysłali po dwóch
      zakonników, jakikolwiek pobożny pretekst do tego wymyśliwszy. Przełożeni
      klasztorów, wiadomi końca tej misji, posyłali mu co lepszych do picia. Z tymi
      Borejko zamknął się w pokojach osobnych i oznajmił domownikom swoim, że to jest
      klasztor, do którego po zamknięciu nikogo nie wpuszczono, ani z gości, ani
      domowych, ani żony, ani żadnej kobiety, choćby nie wiedzieć jaka była potrzeba.
      Przed zamknięciem tego klasztoru przygotowano w nim wszystkiego, co należało do
      wygody i do potrzeby, do jedzenia i picia, a najwięcej wina. Pokój sypialny był
      wysłany cały słomą i kobiercami, innej pościeli dla tego pijackiego bractwa nie
      potrzebowano, ponieważ każdy jak padł, tak spał. Słudzy do usług byli
      naznaczeni i wraz z panami zamknięci; był także i dzwonek przy jednych
      drzwiach, tak jak bywać zwykł przy forcie klasztornej albo na korytarzu: w ten
      dzwonek dzwoniono na mszą, do stołu i na silentium, które dopiero wtenczas
      następowało, gdy się wszyscy popiwszy powywracali na owej słomie. Żeby zaś w
      tym klasztorze nie uchybić chwały Pana Boga, dziś na jutro naznaczali jednego
      spomiędzy siebie kapłana, który nazajutrz miał mieć mszą świętą. Temu nie dali
      pić dłużej, jak do godziny jedenastej, chociażby chciał, biorąc jeszcze ściślej
      godziną czas abstynencji kanonami przepisanej, dla wszelkiego warunku od omyłki
      na zegarkach.
      Gdy nazajutrz wszyscy powstawali, szli na mszą do kaplicy, będącej przy tym
      klasztorze. Po wysłuchaniu mszy napili się herbaty podług zwyczaju, potem wódki
      raz i drugi, potem nastąpiło śniadanie; po śniadaniu wino, po winie, miernie
      zażytym, obiad, po obiedzie formalna pijatyka aż do wieczerzy, po wieczerzy toż
      samo. Wszakże przy tym wszystkim pacierze kapłańskie musiały być w swoich
      godzinach odbyte i pan Borejko sam ich z kapłanami odprawował. Ten klasztor
      trwał dni trzy najmniej, a najwięcej pięć, podług panującej w pijakach dewocji.
      Po rozpuszczeniu klasztoru swego odesłał każdych zakonników do ich własnych
      klasztorów, dobrze udarowanych i jałmużną opatrzonych.
      Gdy mu nie stało klasztoru, a nie miał z kim pić, wyszedł na rozstajne drogi,
      przy których zbudował porządną kapliczkę św. Jana Nepomucena, daszkiem,
      sztakietami i ławkami dokoła opatrzoną; do tego eremitorium przynieśli za nim
      pajucy puzdro jedno i drugie wina i kilka wielkich kielichów. Tam zasiadłszy z
      paciorkami czekał, aż kto nadjedzie albo nadyńdzie z podróżnych: ksiądz,
      braciszek, kwestarz, szlachcic, mieszczanin, chłopek, Żyd, dziad zgoła, byle
      człowiek; wyszedłszy naprzeciw niemu z kaplicy, zatrzymał przywitaniem: skąd,
      dokąd i po co, a tymczasem pachołek, wiadomy pańskiego zwyczaju, nalał kielich
      wina, którym odebranym pił pan do podróżnego animując, aby na odwrót do niego
      wypił; i tak długo tego było, póki aż ów podróżny albo z nóg nie spadł, albo
      póki mu gardło nie puściło. Jeżeli się wywrócił i usnął, pan Borejko,
      odszedłszy do domu, wyprawił do niego stróża, aby go pilnował od złodzieja albo
      innego łotra, żeby nie został obdarty i okradziony. Gdy zaś kilku zebrało się
      tym sposobem podróżnych, ze wszystkimi póty pił, póki każdego nie upoił.
      Podróżny, z liczniejszym pocztem jadący, proszony był do dworu na wstęp
      momentalny; na który jeżeli się dał namówić, niełatwo się stamtąd wydobył;
      jeżeli nie dał, to przynajmniej z całą swoją czeladzią musiał po którym
      kielichu, a czasem aż do wysuszenia puzdra wypić. W tym był względny pan
      Borejko, że nie przymuszał do ścinania kielichów duszkiem, pozwolił odetchnąć
      raz i drugi, jednak niedługo. Był to pan tak wysoki i mężny, że wszedł w
      przysłowie w województwie krakowskim, iż kiedy kto chciał kląć drugiego z
      dosadnością przeklęstwa, to mówił: "Bodajeś tylego diabła zjadł jak pan
      Borejko."
      • Gość: wartburg Re: Oto jak Kitowicz pisał o Borejce IP: *.pool.mediaWays.net 21.07.04, 01:54
        Fantastyczny materiał na scenariusz filmowy...

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka