Gość: Gość
IP: *.aster.pl / *.aster.pl
01.08.04, 06:42
Spółdzielcza pętla
Sobota, 31 lipca 2004 - 13:00 CEST (11:00 GMT)
Skończmy z wyzyskiem 12 milionów Polaków!
Około 30 proc. dzieci w Neapolu i jego okolicach nie chodzi do szkoły.
Oficjalne bezrobocie w regionie sięga 60 proc. Ale edukację i pracę zapewnia
tam neapolitańska mafia Kamorra, licząca ponad 100 rodzin oraz 5 tys. tzw.
członków honorowych. Rząd w Rzymie wie, że de facto nie sprawuje nad regionem
żadnej kontroli. W Polsce na straty spisano znacznie większe połacie kraju -
rządzą tam bossowie jednej z najgroźniejszych polskich mafii, prezesi
największych spośród około 5 tys. spółdzielni mieszkaniowych.
Tak jak szefowie Kamorry są oni nietykalni, bo mogą zaoferować po
preferencyjnych cenach - wedle uznania - mieszkania oraz atrakcyjną pracę (w
spółdzielczej administracji). "Myślicie, że sędzia czy prokurator nie
potrzebują mieszkania?" - miał się zwrócić do grupy chcących go odwołać
mieszkańców Tadeusz Stachowski, prezes największej w kraju Spółdzielni
Mieszkaniowej Osiedle Młodych w Poznaniu (odznaczony przez prezydenta
Kwaśniewskiego Srebrnym Krzyżem Zasługi). Zenon Procyk, prezes SM Pojezierze
w Olsztynie, dla prokuratora, sześciu sędziów, prorektora uniwersytetu,
członka rady miasta i komendanta policji przeznaczył mieszkania w specjalnym
bloku (za metr kwadratowy płacili 1511 zł, czyli mniej więcej 800 zł mniej,
niż wynosi cena rynkowa w mieście). Pracujący na zlecenie "Wprost"
fotoreporter Kacper Pempel, który 23 lipca zrobił zdjęcia Procykowi, osobie
publicznej, został zatrzymany przez wezwaną przez prezesa policję (spisała
dane Pempela).
Niepokornych lokatorów prezesi wyrzucają ze spółdzielni i próbują
skompromitować w oczach lokalnej społeczności. Za wszystkim kryją się
gigantyczne pieniądze, bo 12 mln Polaków, lokatorów spółdzielni
mieszkaniowych, płaci rocznie około 18 mld zł czynszów! Nie wiedzą, za co
dokładnie płacą i dlaczego akurat tyle, bo spółdzielczych kacyków nikt
naprawdę nie rozlicza i nie kontroluje - poza związkiem rewizyjnym, do
którego sami należą i którego działalność opłacają. Włoskim mafioso grozi
przynajmniej więzienie; ich polskim odpowiednikom w spółdzielniach
mieszkaniowych - grzywna w wysokości trzech miesięcznych pensji!
Omerta po polsku
"Gdybyśmy chcieli odnaleźć początki wspólnot mieszkaniowych w Polsce, prosty
ślad zaprowadzi nas do Biskupina" - czytamy w albumie Zuzanny
Śliwy "Spółdzielczość mieszkaniowa w Polsce". Takimi bredniami władze
spółdzielni karmią nas, by uzasadnić utrzymywanie państwa w państwie, czyli
poddanych ich władzy "małych miast", bo tym są spółdzielnie liczące nawet 10-
40 tys. członków (trzeba jeszcze doliczyć ich rodziny).
Gra toczy się o pieniądze równe 10 proc. rocznego budżetu Polski, które do
dyspozycji mają spółdzielnie mieszkaniowe. Wobec mieszkańców władze SM-ów
stosują swoistą omerte, czyli zmowę milczenia. Alfons Łykowski, członek
Gnieźnieńskiej Spółdzielni Mieszkaniowej, zażądał wglądu w jej bilans roczny,
by się dowiedzieć, ile zarabia zarząd. - Następnego dnia nie wpuszczono mnie
na zebranie członków spółdzielni, a "nieznani sprawcy" grozili na ulicy mi i
mojemu koledze - opowiada Łykowski. We wrześniu 2003 r. wyrzucono z Osiedla
Młodych 11 członków (m.in. posłankę PiS Annę Borucką-Cieślewicz), po tym jak
wygrali w sądzie sprawę o odrzucenie bilansu spółdzielni. - W tej spółdzielni
kwitnie kreatywna księgowość. Sądy odrzuciły już bilanse spółdzielni za trzy
lata! - wyjaśnia Borucka-Cieślewicz. Prezes Stachowski znalazł sposób na
załatanie dziur w budżecie: w połowie 2003 r. spółdzielnia narzuciła
lokatorom jednorazową podwyżkę opłat za wodę (w wysokości 100-300 zł),
rzekomo konieczną ze względu na błędy w rozliczeniach w poprzednich latach.
Niedobory planowane
Zarządy spółdzielni skrzętnie skrywają swoje rachunki, by nie wyszło na jaw,
że z pieniędzy mieszkańców utrzymują się rodziny prezesów spółdzielni i setki
ich znajomych. Ustawione przetargi, mieszkania za półdarmo dla znajomych,
tworzenie niepotrzebnych etatów - to katalog środków dostępnych szefom SM-ów.
Według grupy lokatorów SM Pojezierze, domagającej się usunięcia Procyka,
powolny prezesowi zarząd i rada nadzorcza naraziły spółdzielnię na stratę
około 1,2 mln zł przy przetargu na wymianę podzielników ciepła (wygrała go
firma, której przedstawicielem był szef rady nadzorczej spółdzielni; jej
podzielniki kosztowały 53,5 zł, a oferowane przez konkurenta nowocześniejsze
urządzenia - 35 zł) oraz 2 mln zł z powodu przydzielania mieszkań po
zaniżonych cenach "znajomym królika". Takie mieszkanie - z "odzysku" po
wyrzuconych ze spółdzielni lokatorach - otrzymał m.in. były komendant policji
w Olsztynie.
Krzysztof Gosławski, prezes warszawskiej SM Wyżyny, z naruszeniem statutu
przewidującego, iż SM Wyżyny zajmuje się wyłącznie budownictwem
wielorodzinnym - wybudował też dla siebie dom jednorodzinny, a rada nadzorcza
przyznała mu rabat w należnościach wobec spółdzielni w wysokości 71,9 tys. zł
(w rezultacie zapłacił za dom znacznie mniej niż szarzy członkowie
spółdzielni za mieszkania w blokach).
SM im. Ignacego Paderewskiego w Katowicach, kierowana przez Elżbietę Zadróż,
tworzy "fundusz kosztów ogólnych" lub "fundusz niedoboru planowanego" (sic!).
W biurze zarządu tej spółdzielni (4 tys. członków) pracuje ponad 60 osób.
Zygmunt Władyka, ekonomista i jeden z członków spółdzielni, szacuje, że
zatrudnia ona dwukrotnie więcej pracowników, niż potrzebuje, na czym traci
500 tys. zł rocznie. Nawet z niewielkich spółdzielni da się coś "wycisnąć".
- Była prezes oddała kotłownię wybudowaną z pieniędzy lokatorów miejscowemu
zakładowi ciepłowniczemu. Czy to zbieg okoliczności, że niedługo potem kupiła
sobie dom? - pytają Marian Mróz i Aleksander Kłak, mieszkańcy SM w Grodkowie.
Kolejnego prezesa (już byłego) oskarżają o przywłaszczenie 20 tys. zł ze
spółdzielczej kasy.
Jan Piński, Krzysztof Trębski. Współpraca: Beata Benasiewicz
Pełny tekst ukaże się w najnowszym numerze tygodnika "Wprost". W sprzedazy od
poniedziałku, 2 sierpnia.