l_zaraza_l
24.11.16, 13:36
Kiedyś pisałam już o Orbanie i jego państwie mafijnym ale gdzieś się tamten wątek zapodział.
Często także piszę, że PiS to zwykła mafia.
Kontrrewolucja, demokracja nieliberalna, walka z elitami - to tylko hasła, które są zasłoną dymną dla zmiany ustroju państwa i zachowania władzy w swoich rękach na długie lata. Najlepiej widać to na przykładzie Węgier i Polski.
Latem 2014 r. Orban ogłaszał zakończenie ery demokracji liberalnej i obwieścił, że jego rząd będzie odtąd wzorował się na takich krajach, jak Singapur, Rosja czy Chiny.
Otwarcie przyznał, że dalej będzie trzymał w ryzach społeczeństwo, a budżetowe i unijne pieniądze wciąż dzielić zamierza pomiędzy bliskich mu oligarchów.
W Bośni i Hercegowinie funkcjonuje podręcznikowy przykład klientelizmu. Inwestorów prywatnych jest jak na lekarstwo, bezrobocie przekracza 40 proc., a praktycznie jedyną pracą jest ta oferowana przez państwo. Gwarancją jej otrzymania jest wyłącznie odpowiednia legitymacja partyjna. Nikt się więc wobec władzy nie buntuje, bo i poskarżyć się nie bardzo jest komu – media od dawna znajdują się w rękach lokalnych kacyków.
Na Węgrzech nie ma wielkich przedstawicieli rodzimego biznesu, którzy zarabiają krocie na eksporcie. Największe węgierskie firmy pochodzą z branży budowlanej i bankowej. Dzieje się tak, ponieważ zostały w przeszłości znacjonalizowane przez państwo, a następnie odkupione przez zaprzyjaźnione z rządem firmy. Na Węgrzech łatwiej zrobić interes, jeśli ma się dobre relacje z władzą. Kluczem do tego są przychylne jej media, które są właśnie w posiadaniu oligarchów.
Klasycznym tego przykładem jest przejęcie w połowie października ostatniej niezależnej, ogólnokrajowej gazety „Nepszabadsag” przez Lorinca Meszarosa, wójta wsi Orbana, który zarobił dziesiątki miliardów forintów za jego rządów. Zanim Orban doszedł do władzy, Meszaros był zwykłym instalatorem gazowym. Dzisiaj jest potentatem na rynku budowlanym, zgarnia miliony euro na kontraktach na budowę dróg i autostrad.
Orban daje jasny sygnał oligarchom: jeśli pozostaniecie wobec mnie lojalni, wasza fortuna szybko wzrośnie. Służył temu m.in. program nacjonalizacji banków i spółek energetycznych przed kilkoma laty. Wykupiło je państwo pod hasłem „dbania o to, co węgierskie”, a następnie odsprzedało po bardzo atrakcyjnych cenach krajowym oligarchom. Poprzedziła je kampania, w której politycy rządzącego Fideszu przekonywali, że zachodni inwestorzy ograbiają węgierski naród.
Nacjonalistyczna kampania przydała się również podczas innej operacji, która polegała na wprowadzeniu monopolu na sprzedaż papierosów. Od 2013 r. można je kupić jedynie w wyznaczonych punktach o nazwie „Narodowy sklep tytoniowy”, oklejonych obowiązkowo flagami narodowymi. Rząd przekonuje, że ograniczając liczbę takich sklepów dba o zdrowie obywateli. Przy okazji jednak, rozdając licencje odpowiednim osobom na prowadzenie takich sklepów, zapewnia sobie lojalnych działaczy, którzy będą organizować kolejne kampanie i mobilizować wyborców. W większości prowadzą je bowiem zaufani partii Fidesz niskiego i średniego szczebla.
Do śmiechu jednak nie jest wcale tym, którzy zostali przez państwo pominięci. Dotyczy to zwłaszcza 700-tysięcznej populacji Romów na Węgrzech, którzy w zdecydowanej większości żyją z zasiłków. Dostają miesięcznie ok. 300 zł. Zapomoga wypłacana jest co sześć miesięcy, pod warunkiem że przez kolejne pół roku bezrobotni będą pracować przy robotach publicznych (za 700-1100 zł). Pracy jednak nie mogą przedłużyć i po przepracowaniu sześciu miesięcy z powrotem trafiają na zasiłek. Z tej pętli nie ma wyjścia tam, gdzie panuje wielkie bezrobocie.
Ponieważ roboty publiczne rozdzielane są przez samorządy (zdominowane przez Fidesz), Romowie ze strachu z reguły głosują na te same władze, bojąc się, że i te pieniądze będą mogli stracić, jeśli kto inny wygra wybory. Przypomina to rozwiązanie stosowane w Bośni i Hercegowinie, gdzie najczęściej pracę można znaleźć w administracji, o czym decydują lokalni politycy.
Spółki, ale również agencje rządowe zapełniają się członkami PiS i ich rodzinami, na których partia będzie mogła liczyć w kolejnych kampaniach. Nic dziwnego, że w interesie partii Jarosława Kaczyńskiego nie jest decentralizacja państwa, ale jego centralizacja, co zresztą konsekwentnie realizuje.
500+ stworzy nową klasę średnią lojalną wobec PiS
Jednak znacznie ważniejsze z punktu widzenia utrzymania długofalowego poparcia jest realizacja programu 500+. Regiony, w których mieszkają rodziny otrzymujące te zasiłki, pokrywają się w dużej mierze z mapą wyborców PiS. Minister rodziny Elżbieta Rafalska kilka miesięcy temu powiedziała, że dzięki temu programowi wiele rodzin odzyska poczucie godności.
„Godność” to kluczowe słowo w retoryce PiS-u. Dzięki niemu ci, którzy zostali przez państwo obdarowani pieniędzmi z 500+, mają myśleć, że jedynie ta partia dba o ich potrzeby. I że poprzednie rządy kłamały, gdy twierdziły, że pieniędzy na poprawę ich losu nie było w budżecie. Wreszcie: że dobrobyt wcale nie zależy od włożonej pracy. Zadaje kłam temu, co zostało wykute po 1989 r., gdy kształtowała się gospodarka rynkowa, która dawała wolność jednostkom i zachęcała ich do pracy na rzecz polepszenia swojego losu.
Program 500+ będzie kosztować krocie i rząd zapowiada nowe obciążenia podatkowe. Poniosą je ci, którzy dzisiaj są zaliczani do klasy średniej. A co jeśli wyjdą na ulice i będą protestować przeciwko zabraniu im przez państwo ciężko wypracowanych pieniędzy? Wtedy władza okrzyknie ich oderwanymi od koryta, beneficjentami poprzedniego systemu, który ciemiężył wiele polskich rodzin.
Społeczeństwo musi wrzeć
W interesie PiS jest pozostawienie społeczeństwa w stanie wrzenia. Im większe emocje, a konfrontacja pomiędzy dwoma plemionami bardziej zaciekła, tym łatwiej będzie mu kontrolować jedno z nich i wygrać kolejne wybory.
Prezes PiS będzie nadal uwypuklał podziały, bijąc choćby w nacjonalistyczny bębenek i szukając „wrogów ojczyzny”. Z punktu widzenia zarówno Kaczyńskiego, jak i Orbana model bośniacki jest idealny, choć nie do przeszczepiania na lokalne warunki: powojenne multietniczne społeczeństwo pała tam do siebie taką nienawiścią i jest tak podzielone, że wśród partii nie ma żadnego przepływu elektoratów. Ludzie po prostu lojalnie głosują wciąż na te same partie, które reprezentują ich grupy etniczne. Pozwala to od lat zachować władzę w kraju, zwiększać ją i jeszcze bardziej demolować państwo prawa.