Gość: Oszołom
IP: *.poznan.sdi.tpnet.pl
06.05.02, 09:06
Pierwszym krajem postkomunistycznym, który przetestował integrację z Unią
Europejską, jest była NRD. W celu włączenia tego państwa do unijnej wspólnoty w
ciągu 10 lat od upadku muru berlińskiego przetransferowano z zachodnich do
wschodnich landów 1,6 biliona DEM, tj. ok. 878 mld euro. Mimo tej gigantycznej
pomocy - rocznie ponad 5 tys. euro na jednego mieszkańca, bezrobocie w byłej
NRD jest na takim poziomie jak w Polsce, a wschodnie landy wyludniają się. Dla
porównania - środki finansowe obiecane przez UE Polsce mają wynieść zaledwie 60
euro rocznie na jednego mieszkańca.
Nieco światła na problem korzyści i strat z wstąpienia Polski do UE rzucają
informacje podane w publikacji Komitetu Integracji Europejskiej pt. "Przeciw
stereotypom" pod redakcją prof. Witolda Orłowskiego, doradcy prezydenta. Otóż w
materiale dokonano ciekawego zestawienia różnych programów wsparcia
rozwojowego, jakie znamy z najnowszej historii Europy.
Jak wiadomo, pierwszym krajem postkomunistycznym, który już przed 12 laty
niejako automatycznie - po zburzeniu muru berlińskiego - przystąpił do Unii,
jest była NRD. W publikacji KIE podano, że transfery finansowe do wschodnich
landów po zjednoczeniu Niemiec wyniosły w ciągu pierwszych 10 lat aż 1,6
biliona DEM, tj. 877,9 mld euro. Co roku przepływało do b. NRD blisko 80 mld
euro, co w przeliczeniu na 1 mieszkańca daje kwotę 5.217 euro rocznie.
Mimo tej gigantycznej pomocy bezrobocie w byłej NRD jest na poziomie zbliżonym
do polskiego (ok. 18 proc.). Wschodnioniemiecki przemysł upadł. W Berlinie, za
wyjątkiem faraońskich inwestycji budowlanych, pracy jest jak na lekarstwo. W
tej sytuacji powszechny stał się exodus mieszkańców na zachód. Opustoszały
miasta i miasteczka wzdłuż Odry. Jak podaje miesięcznik "Unia&Polska", w Guben
co trzeci mieszkaniec nie ma pracy. Z 75-tysięcznego niegdyś Goerlitz - 12 tys.
osób wyemigrowało, miasto zamiera. Sklepy i biura stoją puste z tablicami "do
wynajęcia", 9 tys. mieszkań jest niezasiedlonych. Nie lepiej jest we
Frankfurcie nad Odrą. Bezrobocie szczególnie mocno dotyka kobiety, więc ich
najwięcej wyjeżdża za chlebem. Mężczyznom o pracę w b. NRD jest nieco łatwiej.
Powszechny pęd na zachód jest nie do powstrzymania również dlatego, że nęcą
wyższe zarobki. Wprawdzie wdrożono programy państwowe w celu zatrzymania
migracji, ale z drugiej strony - same urzędy pracy przyczyniają się do
wyludnienia wschodnich landów. Ktoś wykalkulował, że bardziej opłaca się
urzędom sfinansować koszta przeprowadzki bezrobotnego na zachód, niż płacić na
miejscu zasiłek. I koło się zamyka: im mniej pracy, tym mniej ludzi, im mniej
ludzi, tym mniej pracy.
W miarę zbliżania się do końca negocjacji europejskich pojawia się coraz więcej
prób zbilansowania zysków i strat wynikających z integracji Polski z Unią
Europejską.
Oficjalne stanowisko rządu, prezentowane jeszcze przed omówieniem kwestii
finansowych, zamyka się w stwierdzeniu, że "akcesja do UE da naszemu krajowi
szansę skoku cywilizacyjnego". Przedstawiciele rządu i prezydent powtarzają ten
slogan, nie bacząc na realia. A te przedstawiają się następująco: Unia upiera
się przy nierównoprawnych dopłatach dla polskich rolników przez 10 lat po
akcesji, nie godzi się na przyjęcie korzystnych dla Polski okresów
referencyjnych, tym samym celowo zaniżając przyznane nam limity produkcyjne,
uporczywie zwleka z wypłatą pieniędzy z funduszu przedakcesyjnego Sapard.
Oferuje natomiast fundusze strukturalne dla samorządów i rolników, fundusze tak
trudne do uzyskania, iż z ok. 14 mld euro na trzy lata - przeznaczonych na
papierze dla Polski - zdołamy wyrwać najwyżej 10 proc. Z drugiej strony -
Komisja Europejska domaga się od nas, już od pierwszego roku po przystąpieniu,
pełnej składki do budżetu Unii w wysokości 2,5 mld euro rocznie (składka będzie
rosnąć wraz ze wzrostem PKB). Nic dziwnego, że rząd zabiega w Brukseli o
gwarancję, że Polska nie stanie się płatnikiem netto po akcesji, tj. nie będzie
musiała dopłacać do integracji. Obietnicę taką, w ustnej formie, rząd otrzymał,
jednak to za mało, aby zaraz mówić o korzyściach.
Polska po ewentualnej integracji z Unią może liczyć na ok. 20 mld euro w ciągu
3 lat w ramach środków regionalnych i funduszy na politykę rolną. W tym czasie
będziemy musieli wpłacić do unijnego budżetu ok. 6-7 mld euro. Powinniśmy więc
uzyskać netto ok. 14 mld euro przez 3 lata, ale z powodu przesunięcia płatności
w czasie otrzymamy realnie tylko połowę tej kwoty. Rocznie wyniesie to średnio
ok. 2,3 mld euro, a po przeliczeniu na jednego mieszkańca - ok. 60 euro. Jak
się ma kwota 60 euro do owych 5.217 euro na jednego Niemca z b. NRD? A skutki
integracji i otwarcia rynku w sferze gospodarczo-społecznej będą przecież
podobne.
Jak podaje w swojej publikacji prof. Orłowski - łączne środki dla wszystkich
dziesięciu kandydatów na rozszerzenie stanowią zaledwie 65 proc. transferów,
jakie otrzymały w latach 1994-99 Hiszpania, Portugalia, Grecja i Irlandia, 30
proc. tego, co uzyskała Europa Zachodnia w ramach planu Marschalla, i zaledwie
6 proc. wsparcia, jakiego zachodnie landy Niemiec udzieliły wschodnim. Szacunki
te są jednak znacznie zawyżone, ponieważ autor założył, że Unia przeznaczy dla
nowych członków w sumie 55 mld euro w ramach Agendy 2000. Dziś wiemy, że
mogłoby to być zaledwie 40 mld euro.
Wydaje się, że niemiecki przykład musi być obecny w akcji informacyjnej na
temat korzyści i strat wynikających z integracji. Jest to eksperyment wielce
pouczający.
Napływ wielkich pieniędzy niekoniecznie stanowi remedium na problemy, jakie
niesie otwarcie granic. W tym wypadku ani nie pobudził on przedsiębiorczości
wschodnich Niemców, ani nie zwiększył wydajności, ani nawet nie zdołał
zatrzymać ich na miejscu. Znaczna część z owych 1,6 biliona marek poszła w
przysłowiowe błoto. Żelazna logika współczesnej gospodarki liberalnej, a taka
panuje w UE, powoduje zasysanie przez bogate centra sił i środków z
biedniejszych obrzeży. Słowem - bogate regiony są coraz bogatsze i bardziej
ludne, biedne - coraz biedniejsze i słabiej zaludnione. I nie rozwiążą tego
żadne fundusze strukturalne.
- Dodam od siebie że skoro NRDowcom nie pomógł bilion marek to nam pomoze skoro
byliśmy bardziej niz enerdowo zdewastowani przez komunę? NRD od 12 lat jest w
UE i mimo takich nakładów bezrobocie tam rosnie a kazdy kto moze stamtąd wieje.
UE również pakuje w NRD niezłą kasę i co? i gówno! Bo ta kasa płynie na
unijnych doradców ekspertów i jakieś tam inne koszta manipulacyjne no i na
propagowaniu mitu narodu europejskiego