Gość: Lech
IP: *.poznan.cvx.ppp.tpnet.pl
25.09.01, 19:06
Na wstępie nowo założonego wątku: "SEKTY - EKSPANSJA ZŁA", zamieszczam relację
koszmarnych przeżyć mojej rodziny w związku z działalnością jednej z
organizacji kontrowersyjnych. Organizacja ta znana w Polsce pod nazwą "Hare
Kryszna", wspinając się po plecach show businessu i wykorzystując m.in.
autorytet Owsiaka poprzez masowe imprezy jak np. "Woodstock" zyskuje coraz
większą popularność wśród młodzieżowych subkultur. Uważam, że tym niepokojącym
zjawiskiem zyskiwania wpływów na młodzież przez wiele organizacji o charakterze
patologicznym, zwanych potocznie "sektami", powinny poważniej zainteresować się
instytucje związane z edukacją. Zachęcam do dyskusji.
Oto relacja:
"Ekologia, wegetarianizm, duchowe oświecenie???"
Wyjeżdżaliśmy wtedy całą rodziną często w góry. Prowadziliśmy z młodzieżą
wędrówki krajoznawcze i przyrodnicze, letnie obozy wędrowne, a syna staraliśmy
się wychować na człowieka wrażliwego na sprawy ekologii... Właśnie w górach po
raz pierwszy zetknęliśmy się z ruchem Hare Kryszna. Na wspólnej wędrówce z
synem wstąpiliśmy obejrzeć "farmę ekologiczną", znajdującą się w sąsiedztwie
ówczesnego schroniska PTTK "Czartak" w Czarnowie w Sudetach, reklamowaną także
w broszurze zatytułowanej: "Ekoturystyka". W czasie tamtego spotkania nie było
mowy, że reprezentują jakąś religię. Mówiono wtedy, że jest to farma
posiadająca atest EKOLAND-u i produkuje zdrową żywność w oparciu o tradycję
Indii, że propagują "zdrowe żywienie" i "wegetarianizm" oraz "życie w zgodzie z
naturą". Gospodarze farmy - młodzi ludzie - zaprowadzili nas do budynku, w
którym stały woły mówiąc, że używają ich do orki. W trakcie spotkania
poczęstowali nas wegetariańskim posiłkiem. Byliśmy wtedy przekonani, że jest to
świecki ruch społeczny o orientacji proekologicznej, co wydawało się być zgodne
z naszymi poglądamii zainteresowaniami. Rozmawiali o czymś na osobności z synem
i sprzedali jemu książkę, jednak wtedy nie wzbudzało to naszego
zaniepokojenia...
Prawdziwe oblicze tego kultu destrukcyjnego poznaliśmy dopiero później, jak syn
zaczął przynosić do domu i czytać coraz więcej książek z tekstami założyciela
sekty - Prabhupady. Kiedy codziennie wstawał nad ranem i przez wiele godzin
odmawiał tzw. mantrę "Hare Kryszna, Hare Kryszna, Rama, Rama...", było już za
późno na wyciągnięcie go z tego uzależnienia. Przyrządzał też w osobnych
naczyniach (nasze były "duchowo nieczyste") odrębne pożywienie. Coraz więcej
czasu poświęcał sekcie, zerwał z kolegami i wcześniejszymi zainteresowaniami
harcerstwem, zaniedbał naukę i przerażająco chudł. Znikał też na całe dnie i
wyjeżdżał do ośrodków sekty. Często zamiast w szkole przebywał wśród wyznawców
kultu, gdzie odurzano go kadzidełkami i wprawiano w trans za pomocą
ekstatycznych tańców i śpiewów... Jego "bogiem" stali się liderzy sekty,
tzw. "mistrzowie duchowi", którym oddawał pokłony i poświęcał swoje wszystkie
myśli.
Dość szybko zauważyliśmy, że coś złego dzieje się z synem od kiedy zaczął
uczęszczać na spotkania sekty. Później zjawialiśmy się tam również my, ale tyko
po to, aby dowiedzieć się bliżej z kim związało się nasze dziecko. Zaczęliśmy
czytać przynoszone przez niego broszury i z przerażeniem dostrzegać czego
naprawdę uczą. Powiedzieliśmy liderom grupy, że nie życzymy sobie aby syn
kontaktował się z nimi. Jak się później okazało - posłużyli się oszustwem.
Obiecali, że zabronią mu chodzić do nich na spotkania, a dowiadywaliśmy się od
jego rówieśników, że zamiast w szkole widzieli go w pobliżu ośrodka
krysznowców. Zresztą zdradzał go zapach kadzidełek, które tam bezustannie palą,
a którymi cały przesiąknięty wracał późno do domu... Sekta, posługując się
technikami psychomanipulacji, szybko uzależniła od siebie syna. Zaczął kłamać,
wyciągać od nas pieniądze mówiąc, że potrzebuje na szkołę, a tak naprawdę to
wspierał finansowo sektę i kupował przeróżne akcesoria kultowe, zaczął wykradać
z domu przedmioty dla sekty...
Syn przed przystąpieniem do ruchu Kryszny udzielał się w harcerstwie i uprawiał
turystykę. Z własnej i nieprzymuszonej woli uczestniczył ze swoimi kolegami w
organizowanych przez nas wycieczkach krajoznawcznych i obozach wędrownych. I
było mu z tym dobrze. W domu nie brakowało mu też miłości i ciepła. Nikt nie
widywał go z piwem albo z papierosem. Wystarczy zapytać o to naszych sąsiadów,
którzy do dziś pamiętają go jako porządnego chłopca. Czas mijał...
Próbowaliśmy go z tego wydostać. Byliśmy jednak coraz bardziej zrozpaczeni,
kiedy zdaliśmy sobie sprawę, że jesteśmy już zupełnie bezrani wobec oszustw i
manipulacji jakimi posługiwała się sekta. Jej liderzy powoływali się m.in. na
rzekomo pozytywne wyniki badań naukowych ich diety, które to badania miał
prowadzić prof. Wojciech Chalcarz z Pracowni Żywności i Żywienia AWF w
Poznaniu. Sprawa wyjaśniła się dopiero wówczas, kiedy profesor napisał w
liście: "(...) Jest to nieprawda. (...) Z moich obserwacji wynika, że wielu
młodych mężczyzn, wyznawców ruchu Hare Kryszna, jest nadmiernie chudych (...) Z
podanego przez Pana opisu sposobu żywienia Pana syna wynika, że musiał on
stosować niezbilansowaną dietę wegetariańską. Taka dieta jest niebezpieczna dla
zdrowia"...
Ich dieta polega nie tylko na zakazie spożywania mięsa, ale również ryb, jaj,
cebuli, szczypiorku, grzybów, wielu produktów mlecznych i roślinnych, nawet w
szczątkowych ilościach. Często obowiązuje zakaz przyrządzania potraw
zawierających nawet śladowe ilości mąki i roślin strączkowych, co poważnie
ogranicza spożywanie białka... Cały kalendarz postów i głodówek liczy
kilkanaście stron maszynopisu. Stwierdziliśmy, że ta dieta nie ma nic wspólnego
ze "zdrowym żywieniem". Jednak wtedy syn miał już tak "wyprany mózg", że nawet
nie zauważył jak okropnie schudł, a tylko stale powtarzał: "ja nie jestem tym
ciałem".
Prosiliśmy liderów sekty, aby uszanowali nasze prawa rodzicielskie i nie
angażowali go w tak intensywne praktyki. Niestety, bez żadnego skutku... Nasze
obawy miały się wkrótce potwierdzić. Po upływie ok. 2 lat związania się z
ruchem sektą, najprawdopodobniej pod wpływem ekstazy i fizycznego osłabienia
wywołanego surową dietą i innymi praktykami destrukcyjnymi, syn zasłabł i upadł
na ulicy, złamał sobie nos i szczękę, wybił zęby i w takim stanie skierowano go
na leczenie szpitalne, gdzie chciał kontynuować posty i odmawiał jedzenia, bo
pożywieniem szpitalnym mógł się "duchowo zanieczyścić". Ale wtedy krysznowcy
jakoś o nim zapomnieli. W tym miejscu przytoczymy fragment pracy doktorskiej
Anny Kubiak, "Delicje i lewa ręka Kryszny", Wydawnictwo Instytutu Filozofii i
Socjoligii PAN, str.116, zawierającej wypowiedzi wyznawców sekty: "Nie daj Boże
zachorować w ruchu. Nikt się tobą nie zaopiekuje. Brak jest współczucia,
pomocy, gdy ktoś ma trudności."
Rozpacz naszą pogłębiła sytuacja oskarżeń lekarzy kierowanych pod naszym
adresem: "Co zrobiliście z tym chłopcem? Dlaczego on tu nie chce niczego jeść?
Czy brał jakieś narkotyki?" To był po prostu obłęd! Lekarze nie mogli
zrozumieć, że to sekta zabroniła mu przyjmowania pożywienia od "niewielbicieli
Kryszny", bo "może się duchowo skalać", oraz że tak silny wpływ może mieć na
człowieka grupa praktykująca religijność destrukcyjną. Początkowo karmiono go
kroplówką... W końcu zaczął przyjmować posiłki, ale... przyrządzane tylko przez
nas. Przez 6 tygodni przynosiliśmy mu do szpitala regularnie jedzenie...
Do normalności wracał długo. Po wyjściu ze szpitala krysznowcy sobie o nim
bowiem "przypomnieli". On też "chciał" do nich wrócić, wyjeżdżał do ośrodków
kultu, m.in. na farmę do Czarnowa. Byliśmy już zupełnie bezsilni... Miał już 18
lat, kiedy pewnego dnia przyjechał po niego jakiś krysznowiec o dziwnie
brzmiącym imieniu "Moksadai Dasa" (w sekcie rzadko używa się prawdziwych
nazwisk). Zapakowali z synem do samochodu co watrościowsze przedmioty i