Gość: Oszołom z RM
IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
15.11.02, 13:19
Gdyby nie błędna polityka gospodarcza kolejnych rządów po 1989 roku, polskie
huty nie potrzebowałyby żadnego programu tzw. restrukturyzacji. Na
przykładzie hutnictwa widzimy też wyraźnie, jak szybko tracimy suwerenność
gospodarczą, bo o losie firm i pracujących w nich ludzi decyduje tak naprawdę
Unia Europejska.
Polskie hutnictwo zostało rzucone na głęboką wodę po zawarciu w 1992 r.
traktatu stowarzyszeniowego z EWG. Nie będąc nawet członkiem tej organizacji,
przyjęliśmy na siebie takie obowiązki, jakbyśmy już należeli do wspólnot
europejskich. Zobowiązaliśmy się, że w hutnictwie będziemy stosować
europejskie zasady konkurencji, co oznaczało spore ograniczenie pomocy
publicznej dla stalowni, a nawet jej wstrzymanie. To liberalne podejście
eurokratów nie mogło nas dziwić - narzucali taką politykę we własnym
interesie. Już wtedy kraje Europy Zachodniej stanęły na progu epoki
postindustrialnej, sektory przemysłu ciężkiego zaczęły tracić na znaczeniu.
Unia odczuła nadprodukcję stali. W tej chwili wynosi już ona około 35-40 mln
ton stali w skali roku. To efekt otaczania opieką przemysłu hutniczego w
Europie w okresie po II wojnie światowej. Protoplastą UE była wszak Wspólnota
Węgla i Stali. Unia przez lata dotowała huty, wspierała ich rozwój. Nic więc
dziwnego, że każdy konkurent jest niemile widziany. Takie było i jest nadal
polskie hutnictwo. Dlatego szybko politycy europejscy nałożyli "kaganiec" na
nasze huty. Tylko dlaczego nasze rządy się na to zgodziły?
Efekt jest taki, że polski przemysł stalowy jest na skraju bankructwa. Gdyby
nasi politycy zachowywali się bardziej odpowiedzialnie, hutnictwo nie
wpadłoby w tarapaty. Gdyby też huty nie miały silnych organizacji
związkowych, za którymi stoi 32 tysiące ludzi, nikt losem stalowni by się nie
przejmował.
Restrukturyzacja przez ograniczanie
W rządowym programie restrukturyzacji hutnictwa i stali znowu widać dyktat UE
i skrajnie liberalne podejście. Tak zwana restrukturyzacja ma się wiązać z
ograniczeniem produkcji i zatrudnienia.
Zgodnie z planami, już w przyszłym roku, a najpóźniej w latach 2004-05, huty
mają wyjść na prostą, czyli po prostu osiągać zyski. Nie obędzie się jednak
bez kosztów, głównie ograniczenia maksymalnej możliwej produkcji do wykonania
(MMP) o 900 tysięcy ton stali i redukcji zatrudnienia. Zwolnienia mają
dotknąć aż 7 tys. ludzi spośród 32 tys. pracujących w stalowniach (prawie 20
proc. zatrudnionych). Okazuje się, że znów to Unia Europejska ma decydujący
głos w sprawie ostatecznego kształtu programu. To Bruksela wie lepiej, jakich
hut potrzebujemy i ile stali mają produkować. To Unia wie, ilu ludzi trzeba
zatrudnić. Decydenci zmniejszają moce produkcyjne, co grozi zwalnianiem
pracowników. Będzie się to nazywać "racjonalizacją zatrudnienia". Co więcej,
władze zobowiązały się, że nawet w przypadku prywatyzacji branży hutniczej
inwestorzy będą musieli zachować ograniczone limity produkcji.
Okazuje się jednak, że nawet tak łagodne kryteria rządowego programu nie
odpowiadają wielu ludziom w UE. Z Francji i Niemiec nadeszły niedawno
sygnały, że kraje te domagają się zaostrzenia programu. Chcą, aby pomoc dla
firm dotyczyła tylko ich oddłużenia, ale już nie dotowania inwestycji. Cel
jest jasny: huty mają być słabe, żeby nie stanowiły konkurencji. A będą
słabe, jeśli nie unowocześnią technologii produkcji stali.
Los polskich hut budzi więc ogromne obawy. Wiadomo przecież, że kwestia
hutnictwa była obok rolnictwa jednym z trudniejszych tematów w negocjacjach z
Unią. Ponieważ obecne władze idą po trupach do UE, nie zawahały się poświęcić
i tej dziedziny gospodarki. To sprawi, że w momencie ożywienia gospodarczego,
gdy wzrośnie zapotrzebowanie na wyroby stalowe (w budownictwie, drogownictwie
czy wielu innych dziedzinach), będziemy musieli ratować się zwiększonym
importem. Już teraz produkty zagranicznych hut stanowią około 50 proc.
naszego rynku. Z wyliczeń specjalistów wynika, że przy wzroście PKB o 4 proc.
sprzedaż wyrobów stalowych rośnie o około 0,5 mln ton. Po taki kawałek tortu
warto sięgnąć.
Program tzw. restrukturyzacji wcale nie musi pomóc hutom. A jeśli nawet
pomoże, to tylko po to, aby rząd mógł je szybko sprzedać. Po akcje PHS
ustawiło się już kilka światowych koncernów stalowych. Czy równie chętnie
byłyby zainteresowane kupnem hut, gdyby ich przyszli właściciele nie
wiedzieli, że rząd najpierw oddłuży huty i udzieli pokaźnego wsparcia dla
inwestycji przez nie realizowanych? Wątpię. Nie zdziwmy się więc, że za jakiś
czas znów dowiemy się o "supertransakcji" przy sprzedaży hut. Budżet na tym
jednorazowo zarobi, ale otrzyma tylko ułamek rzeczywistej wartości zakładu
wynikającej z poniesionych wcześniej inwestycji...
wiecej w dzisiejszym ND