Gość: Anna
IP: *.nanarb01.mi.comcast.net
26.11.02, 16:59
17 września 1939 roku był ponoć wyjątkowo ciepły. Kiedy o 4 nad ranem wojska
sowieckie Frontów Białoruskiego i Ukraińskiego w sile 1 miliona żołnierzy
przekroczyły granicę Polski, zrobiło się jakby jeszcze bardziej upalnie.
Strach, upokorzenie - jako, że nie było komu bronić miast i gospodarstw -
znakomita większość polskiej armii biła się na zachodniej stronie kraju.
Nieliczne garnizony wycofywały się przed nawałą sowiecką, tym bardziej, że
dyrektywa Naczelnego Wodza zalecał podjęcie walki tylko w wypadku prób
rozbrajania lub utrudniania przemarszu. I tak się rozpoczął jeden z
najczarniejszych rozdziałów w historii narodu polskiego, który zresztą
jeszcze trwa do dziś.
Żeby zrozumieć, co się stało 17 września 39 roku, trzeba się cofnąć w czasie
do lat dwudziestych. Po przegranej bitwie z Polską w 1920 roku, Rosja
bolszewicka została skazana na rolę pariasa w Europie. Potworna bieda,
miliony ludzi umierających z głodu, pierwsze łagry, masowe represje etniczne -
to wszystko nie przeszkadzało Sowietom w knuciu dalekosiężnych planów na
przyszłość. Jakie by one nie były, niezależnie od wariantu zawsze miały ten
sam element - sukces komunizmu w Europie możliwy był tylko i wyłącznie nad
grobem Polski. Jest coś koszmarnego w tym, kiedy najwyższe instancje kraju,
które nie są w stanie zapewnić wyżywienia oraz porządnego dachu nad głową
własnym obywatelom, starannie planują napaść na sąsiadów. Wydawało by się, że
energia władz i zasoby materiałowe w każdym kraju powinny być spożytkowane
przede wszystkim na potrzeby własnej ludności. Taki oczywisty aksjomat nie
gościł jednak wtedy w murach moskiewskiego Kremla i, jak się wydaje, nie jest
tak oczywisty też i dziś.
I tak już w grudniu 1920 Lenin stwierdzał, że dla Niemiec jedyną drogą
ocalenia jest sojusz z Rosją Radziecką. Lenin mylił się wtedy tylko
częściowo. To dla Sowietów warunkiem przetrwania było związanie się z
Niemcami. Niemniej stary agent niemiecki wiedział co mówi, znał bowiem swych
byłych mocodawców i doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że niepodległa
Polska zawsze będzie cierniem w boku tak Niemiec jak i Rosji.
Bezpośrednim skutkiem takiego punktu widzenia było podpisanie w Rapallo w
1922 roku porozumienia sowiecko-niemieckiego. Zaraz po tym, kanclerz Niemiec,
Josef Wirth publicznie stwierdził: "Polska musi zostać wykończona. Moja
polityka podporządkowana jest temu celowi". Od tego też czasu datuje się
współpraca pomiędzy sztabem generalnym Armii Czerwonej oraz Reichswehrą.
Współdziałanie to widać musiało być owocne, skoro najpierw w 1926 podpisano
następny "Traktat o współpracy i przyjaźni" potwierdzony później przez
Hitlera w 1933 roku. Co prawda kanclerz Hitler z trudem tylko krył pogardę
dla "rosyjskich podludzi" a w dodatku organicznie nie znosił komunizmu.
Spowodowało to kilkuletnie ochłodzenia stosunków Sowiecko-Niemieckich aż do
czasu, kiedy to marszałek Stalin, w przerwach pomiędzy podpisywaniem
kolejnych rozkazów o egzekucjach, wygłosił w marcu 1939 słynną mowę. W
przemówieniu tym, generalissimus wyraził gorącą chęć poprawy stosunków z
Niemcami. Na odpowiedź nie musiał czekać długo. Ponieważ Hitlerowi potrzebny
był spokój na wschodniej flance w obliczu przewidywanej wojny z Polską,
doszło do podpisania 28 sierpnia 1939 roku układu Niemiecko-Sowieckiego,
sygnowanego przez Ribbentropa oraz Mołotowa. Tajna klauzula dotyczyła
podziału łupu oraz przewidywała daleko idącą współpracę Gestapo i NKWD w celu
zwalczaniu polskiego ruchu niepodległościowego. Los Polski został
przypieczętowany.
Kiedy Armia Czerwona, "wypełniając sojuszniczy obowiązek", przekraczała swą
zachodnia granicę, znaczyło to, że zostało złamanych kilka układów
pokojowych, w tym polsko-sowiecki pakt o nieagresji, który miał obowiązywać
do 1945 roku. Fakt ten należy odnotować jedynie z kronikarskiego obowiązku,
bowiem zdrada, wiarołomstwo, krzywoprzysięstwo itd. były wpisane niejako w
system komunistyczny i nikogo nie powinny dziwić. Nie sadzę, żeby ówczesne
władze Polski sprzed 1939 roku brały poważnie jakiekolwiek przyrzeczenia
wschodniego sąsiada ale położenie kraju już po ataku Niemiec nie pozostawiało
praktycznie większych możliwości manewru.
Wielu historyków nie może do dziś się nadziwić jak to się stało, że rząd
Polski nie przewidział wtedy ataku Armii Czerwonej, choć zapowiedź wisiała w
powietrzu od kilku tygodni. Osobiście sądzę, że znając treść niemieckich
depesz dzięki rozpracowaniu maszyny szyfrującej Enigma , Naczelny Sztab
Wojska Polskiego doskonale zdawał sobie sprawę ze swego położenia. Niemniej
generalny plan wojny przewidywał rozpoczęcie działań wojennych na zachodnich
granicach Niemiec w ciągu trzech dni, to znaczy atak wojsk francuskich na
Niemcy, które miały być wkrótce wsparte armią angielską. W takiej sytuacji
machina wojenna III Rzeszy zmuszona by była do obrony na zachodzie, co
umożliwiało by skoncentrowanie armii polskiej na kresach. Dlatego też Stalin
czekał z rozkazem ataku do 17 września, to znaczy do momentu, kiedy wiedział
na pewno, że Francja i Anglia definitywnie zdradziły sojusznika poprzez nie
rozpoczęcie działań zaczepnych. Zemściło się to później na obu krajach srodze
ale słaba to pociecha, że polityczna i militarna głupota innych została
ukarana, kiedy nasz kraj legł w gruzach.
Co innego, że niektórzy dowódcy polscy nie popisali się tamtego września
bystrością umysłu, co kosztowało nie tylko ich ale także większość kadry
oficerskiej bardzo wiele, z utratą życia włącznie. I tak generał Langer,
głównodowodzący obroną Lwowa wolał poddać się Sowietom, choć wcześniej
odrzucił niemiecką propozycję kapitulacji. Przez jakiś czas miał też
możliwość ewakuacji na Węgry i Rumunię. W rezultacie, generał Langer wraz z
niemalże kompletem kadry oficerskiej ze Lwowa znalazł swój grób w lesie
katyńskim. Dużo rozsądniej zachował się generał Kleeberg. Po kilku potyczkach
Grupy Operacyjnej "Polesie" z Armią Czerwoną rozpoczął marsz na zachód aż do
momentu wspaniałej bitwy pod Kockiem. Pomimo zwycięstwa, po kilku tygodniach
większość oficerów z Grupy "Polesie" dostała się do niemieckiej niewoli,
gdzie przetrwali do zakończenia wojny. I choć sam generał Kleeberg zmarł w
oflagu to było to wynikiem zwykłej choroby.
Na Wileńszczyźnie dowodził generał Olszyna-Wilczyński, któremu wyraźnie
zabrakło nie tylko wyobraźni ale też i odrobiny żołnierskiego szczęścia.
Przypadkowo pojmany przez sowiecki podjazd został na miejscu rozstrzelany
gdzieś pod chłopską stodołą. A przecież miał możliwość zorganizowanego
odwrotu na Łotwę i Estonię co, jak dziś się wydaje, było jedynym rozsądnym
wyjściem.
Natomiast wracając jeszcze raz do dalekosiężnych planów Rosji Sowieckiej, to
zaatakowanie Polski we wrześniu 39 roku było tylko pierwszym krokiem na
drodze do światowego komunizmu czyli, w praktyce, zwykłego podboju kolejnych
krajów. Z punktu widzenia Stalina nie mogło być nic lepszego niż konflikt
zbrojny pomiędzy "burżujami" Niemieckimi i Włoskimi z jednej strony a
Angielskimi i Francuskimi z drugiej. Zgodnie z tym scenariuszem zwycięzcy
musieli by wyjść z tej wojny znacznie osłabieni a to by otwierało przed Armią
Czerwoną całkiem kuszące perspektywy. Jakby nie było już w kałmuckiej czaszce
Lenina wykluwały się plany podboju całej Europy.
Tak czy inaczej, jedno jest pewne. Pakt Hitlera ze Stalinem dawał temu
ostatniemu wolną rękę w działaniach zbrojnych na wschodzie Europy. Na efekty
nie trzeba było długo czekać. Zaraz po agresji na ziemie polskie ruszyła
sowiecka nawałnica na Litwę. Jak zwykle, zaraz po podboju przystępowało do
pracy NKWD. Masowe egzekucje, deportacje, więzienia najpierw skierowane
przeciwko inteligencji, mające za zadanie pozbawienie narodu głowy. W drugiej
kolejności już nie wybierano ofiar, wywożono na Sybir całe dzielnice i wsie.
Niewykluczone, że gdyby nie agresja niemiecka na Rosję w