homosovieticus
31.03.06, 15:43
To będzie spór o to, czy Polska ma być rządzona przez samozwańczą elitę,
rodzimych minioligarchów i trudne do zdefiniowania, ale potężne wpływy spoza
naszych granic, czy też ma być krajem „normalnym", w takim sensie jak
normalne jest narodowe państwo europejskie średniej wielkości, dość
konserwatywne, gdy idzie o sferę obyczajową, ale nowoczesne gospodarczo i
obywatelsko.
Wybory. Nikt ich nie chce, a mimo wszystko zapewne odbędą się na przełomie
marca i kwietnia. I wygląda na to, że osią kampanii wyborczej będzie wzajemne
obwinianie się przez poszczególne partie, że to właśnie one - a nie rywale -
robiły wszystko, by do wyborów nie doszło.
Swoją drogą, w parlamencie powstała niezwykle zabawna sytuacja. Oto Prawo i
Sprawiedliwość, a więc ugrupowanie dysponujące większością stanowisk
rządowych i parlamentarnych, chce wyborów przedterminowych, a opozycja, która
powinna być zawsze za wyborami, bo dają one nadzieję zwiększenia
parlamentarnego stanu posiadania, boi się ich jak ognia. Na dodatek wszyscy
mają świadomość niepewności sondaży po klęsce, jaką dla biur badania opinii
społecznej były ostatnie wybory. W istocie dla PiS są one skokiem do basenu,
w którym jest wprawdzie woda, ale nikt nie wie czy wystarczająco głęboka, by
wypłynąć w pięknym stylu. Dla innych partii politycznych wybory są jeszcze
bardziej ryzykowną operacją. Ale też dającą szansę na odbudowę pozycji w
życiu publicznym. W każdym razie, gdybyśmy wzorem Jerzego Urbana
i sporej części gazet postrzegali politykę wyłącznie jako polowanie na stołki
i wpływy, to PiS nie ma niczego do zyskania, a bardzo wiele do stracenia.
Stołki już ma. A w razie wyborów jest wielce prawdopodobne, że będzie musiało
się nimi podzielić z przyszłymi koalicjantami.
Układy czy porządki
Trwający właśnie spór polityczny w Polsce jest bowiem w istocie zderzeniem
III i IV Rzeczypospolitej. Trzecia, to kraj układów i targów: posadami,
wpływami, stanowiskami. Trzecia nauczyła nas, że polityka jest grą. I tylko
grą. Że idee i obietnice wyborcze są zwyczajną kiełbasą wyborczą niemającą
nic wspólnego z prawdziwymi działaniami, które są uzgadniane pomiędzy
liderami i podejmowane w wyniku dbałości o interesy bezpośredniego zaplecza
politycznego. Próby realizowania programów w początkach rządów AWS, czy też
podejmowane przez gabinet Kazimierza Marcinkiewicza, są okpiwane przez
domorosłych analityków jako coś z gruntu głupiego i przeciwnego zasadom
polityki. Ale te zasady to właśnie chore zasady ustanowione przez III RP.
Czwarta Rzeczpospolita, za którą we wrześniu opowiedzieli się ci wszyscy,
którzy głosowali na PiS i spora część wyborców PO, miała skończyć
z „układem", miała zwrócić Polskę obywatelom traktowanym przez władze serio,
a nie jak anonimowe społeczeństwo potrzebne tylko w wypadku wyborów.
Kolejny paradoks to fakt, że bracia Kaczyńscy, portretowani od lat jako
wielcy manipulatorzy, okazali się ludźmi najbardziej serio traktującymi
demokrację. Pamiętam, jak podczas wyborów na prezydenta Warszawy radziłem
Lechowi Kaczyńskiemu, by obiecał wyborcom, że podejmie starania, aby budżet
samorządowy dopłacał do lekcji angielskiego w szkołach podstawowych. Kandydat
stwierdził, że chętnie dopłaci, ale obiecywać nie będzie, bo najpierw musi
policzyć, czy wystarczy na realizację takiej obietnicy pieniędzy. Podobnie
jest z działaniami rządu. Kiedy próbuje realizować obietnice wyborcze (także
tak oczywiste jak walka z korupcją), zostaje natychmiast okrzyknięty rządem
nieodpowiedzialnym. Trwa również niebywały atak medialny na PiS. Wbrew
elementarnej logice pomysł rozpisania wyborów jest traktowany jako zamach na
demokrację. Jest to równie prawdziwe jak nieustanne wrzaski wokół tak zwanego
becikowego czy też mianowanie znanego z wyjątkowego taktu i zdolności
mediacyjnych Marka Jurka zamachowcem, który doprowadził do kryzysu w pracach
parlamentarnych.
Nowy podział
Czytelnik ma prawo zadać wszakże pytanie: o co w tym wszystkim chodzi?
Dlaczego, skoro zaledwie kilka miesięcy temu odbyły się wybory, partie nie
potrafią dogadać się ze sobą? I najgorszym, co mógłby zrobić, byłoby - w
wypadku przedterminowych wyborów - pozostanie w domu, w przekonaniu, iż na
kłótliwych polityków nie ma co głosować. Odpowiedź na postawione pytania daje
właśnie prosty dylemat tyczący numerków przy nazwie Rzeczypospolitej. Wyżej
pisałem o złych cechach tej trzeciej: elitaryzmie i braku zrozumienia dla
potrzeb zwykłego obywatela. Propozycja braci Kaczyńskich, która wprawdzie
wygrała, ale w sposób niewystarczający do samodzielnego rządzenia, była
niesłychanie prosta. Po pierwsze zrobienie porządków, a więc usunięcie ludzi,
którzy nie mają moralnego prawa do pełnienia funkcji publicznych: byłych
ubeków i agentów, a przede wszystkim tych, którzy splamili się korupcją. Temu
celowi miało służyć poprawienie ustawy lustracyjnej i utworzenie Centralnego
Biura Antykorupcyjnego. Potem należało odpowiedzieć na największe problemy, z
jakimi boryka się państwo. Do nich należy zagrożenie zewnętrzne, związane z
jednostronnym uzależnieniem od dostaw surowców energetycznych z Rosji, i
wewnętrzne, wynikające z faktu, że nasz przyrost naturalny dramatycznie
maleje. Tak więc w krótkim dystansie musimy odpowiedzieć na wyzwanie, jakim
jest gigantyczne bezrobocie, a równocześnie przygotowywać się do tego, że za
lat kilkanaście możemy zacząć odczuwać brak rąk do pracy.
Do tego niewątpliwym celem Jarosława Kaczyńskiego jest zbudowanie w Polsce
normalnej sceny politycznej. Przez minione 15 lat zasadniczym podziałem był
podział na byłych komunistów i byłych solidarnościowców. Podział coraz mniej
zrozumiały dla pokolenia, które nie pamięta stanu wojennego, a tym bardziej
czasów Gomułki czy Gierka. Miejsce tego podziału powinien zająć czytelny
podział ideowy na prawicę, centrum i lewicę. Bez wątpienia, gdy nie doszło do
powstania koalicji PO-PiS Jarosław Kaczyński liczył, iż w efekcie polska
polityka podzieli się na dwa bloki: konserwatywny pod wodzą PiS i liberalny
pod wodzą Platformy Obywatelskiej. Te nadzieje były zbudowane na tym, że
koalicja populistów, komunistów i liberałów nie stanie się zwartym blokiem
antyrządowym czy raczej antypisowskim. Głosowanie w sprawie „becikowego" 29
grudnia przekreśliło taką nadzieję. Podobnie jak próby odwołania marszałka
Marka Jurka i pomysł wymiany władz wszystkich komisji sejmowych, tak by
usunąć przedstawicieli Prawa i Sprawiedliwości, tamto głosowanie dowiodło, że
bez sejmowej, stabilnej większości można wprawdzie administrować, ale nie da
się przeprowadzić prawdziwej reformy państwa. Wybór był ograniczony do dwóch
możliwości. Albo uda się wrócić do pomysłu koalicji z PO, albo trzeba
rozpisać wybory. Najlepszym sposobem na nie jest nieprzyjęcie budżetu
państwa. A równocześnie jest to dogodny straszak dyscyplinujący inne partie.
Posłowie, którzy ledwie umościli się na Wiejskiej, ledwie pobrali kredyty,
ledwie poczuli się emanacją narodu, mają wystawiać się ponownie na hazard
wyborczy? Zaczął się więc krzyk. Nie na tyle jednak gromki, by skłonić PO do
prawdziwej rozmowy o koalicji, a choćby i o tak zwanym Pakcie
Stabilizacyjnym, będącym w istocie próbą dania sobie czasu na półroczne
przygotowanie nowej koalicji. Mam nieodparte wrażenie, iż krzyk ten jest w
istocie początkiem kampanii wyborczej. Początkiem obliczonym na to, by
obciążyć PiS winą za przedterminowe wybory. A równocześnie jest to już
przygotowanie do przyszłych koalicji, a dokładniej realizacja pomysłów części
PO, by przerzucić mosty nad przeszłością i wejść w sojusz z „odnowioną" SLD.
Prawdopodobieństwo kolejnych wyborów na przełomie marca i kwietnia jest
wysokie. Obiektywizm większości mass mediów żaden. Solidarnie od
postkomunistów po superliberałów wszyscy będą przeciwko Jarosławowi
Kaczyńskiemu, uznając, iż PO stanowi ostatnią szansę