annaz02
20.12.02, 22:02
www.niedziela.pl/gifs/n200250_025.jpg
Likwidowaniu kopalń na Śląsku towarzyszyć ma - według zamysłów SLD-owskiego
rządu - powołanie specjalnego funduszu dla "tworzenia nowych miejsc pracy". W
retoryce rządu Millera owo "tworzenie nowych miejsc pracy" staje się nowym
politycznym zaklęcie m - jednak bezrobocie w Polsce rośnie, ukazując jałowość
tego rodzaju zaklinania rzeczywistości.
Na nic zda się powoływanie funduszy "tworzenia miejsc pracy", jeśli na tę
pracę nie będzie zapotrzebowania, czyli popytu. Tymczasem popyt w Polsce
systematycznie zmniejsza się, m.in. z powodu coraz to nowych ciężarów
podatkowych nakładanych na o bywateli. Gdy maleje siła nabywcza konsumentów,
uszczuplana polityką podatkową - popyt zmniejsza się, a tworzenie nowych
miejsc pracy staje się już tylko propagandowo-socjotechniczną retoryką...
Któż zamieni "etat" w likwidowanej państwowej firmie n a własną działalność
gospodarczą, wiedząc, że podatki rosną, popyt maleje, więc maleje również
konsumpcja? Obawiam się, że rządowe "tworzenie nowych miejsc pracy" stanie
się w tej sytuacji tylko pseudonimem okresowej zapomogi dla zwalnianych
pracown ików, którzy później zasilą rzeszę bezrobotnych. Jeśli więc mowa o
rzeczywistym tworzeniu nowych miejsc pracy - kluczowe staje się pytanie: Czy
polityka dostosowywania poziomu opodatkowania polskiej ludności
do "standardów" Unii Europejskiej, zwięks zająca bezrobocie i hamująca
produktywność polskiej gospodarki, leży w interesie polskiego świata pracy,
czy też staje w zasadniczej z nim sprzeczności?
W resorcie zdrowia zrodził się tymczasem pomysł, aby państwową służbę
zdrowia "ratować" przez zwiększenie na tę służbę podatku. Jakby dotychczasowe
eksperymenty z tą państwową służbą zdrowia nie wykazywały jednoznacznie, że
jest to droga prowadz ąca donikąd. Podobny charakter - działań pozornych -
wykazują pomysły zamiany "kas chorych" na "fundusze"... Jedyny - jak dotąd -
rozsądny pomysł utworzenia obok państwowych także prywatnych kas chorych
został przez poprzedni rząd odrzucony bez dost atecznego uzasadnienia, a
obecny rząd udaje, że takiego pomysłu nigdy nie było; w zamian powraca do
centralistyczno-biurokratycznego zarządzania opieką zdrowotną, za cenę nowego
opodatkowania obywateli.
Śp. Stefan Kisielewski mawiał, że "socjalizm to ustrój, który sam stwarza
sobie nierozwiązywalne problemy, z którymi potem heroicznie walczy". Rząd
Millera zwiększa opodatkowanie ludzi pracy, próbując przekonywać, że "pomaga
to w walce z bezrobo ciem"... Owszem, w ten sposób przybywa nieco nowych
urzędniczych etatów dla "walczących z bezrobociem" partyjnych kolegów, ale
zarazem przybywa jeszcze więcej faktycznych bezrobotnych.
W pewnym mieście wojewódzkim zorganizowano kurs dla bezrobotnych z udziałem
kilkudziesięciu bezrobotnych. Temat kursu: Zarządzanie kadrami w podmiotach
gospodarczych Unii Europejskiej. Za każdego bezrobotnego uczestnika kursu
urząd zatrudnienia zapłacił (z pieniędzy publicznych) ok. 1200 zł. Pieniądze
te trafiają do... wykładowców, pracowników wyższych uczelni bądź instytucji
państwowych. Czy po kursie szanse owych bezrobotnych na znalezienie pracy
wzrosną? Bardzo to wątpliwe z kilku powod ów: po pierwsze - gdy coraz
trudniej utrzymać się na rynku, pracodawcy wolą sami przeszkolić własnego
pracownika niż zatrudnić nowego, zwłaszcza że ponoszą ogromne koszty
zatrudnienia nowego pracownika (podatek ZUS); po drugie - tego rodzaju
kwalifi kacjami zainteresowane są co najwyżej duże przedsiębiorstwa
państwowe, gdzie uzyskanie pracy zależy najpierw od "układów" i znajomości, a
w ostatniej chyba kolejności od kwalifikacji (w tych przedsiębiorstwach
zresztą kadry od dawna są "sztywne"); p o trzecie wreszcie - po tym kursie
nikt kursantom nie składa żadnych ofert pracy, z czego można wnioskować, że
żadnego z pracodawców kwalifikacje takie nie interesują...
Gospodarka to, jak wiadomo, system naczyń połączonych. Można więc spytać: ile
osób straciło pracę, żeby można było z rosnących podatków opłacić wąską kadrę
wykładowców tego kursu, aby jego uczestnicy, ludzie bezrobotni, dalej nie
mieli pracy?
Pisaliśmy niejednokrotnie na naszych łamach, że bez gruntownej debaty nad
systemem podatkowym w Polsce, bez jego złagodzenia - zwłaszcza przed
referendum w sprawie akcesu do UE - trudno o racjonalny optymizm. Pozorne
działania nie mogą przesłoni ć faktu, że to polityka rządowa zwiększa
bezrobocie.
Rzeczpospolita z 26 listopada br. pisze: "Rosną podatki i obciążenia. W
przyszłym roku przeciętny Polak będzie musiał oddać państwu dodatkowo 80-86
złotych (...). W sumie wskutek nowych rozwiązań prawnych obywatele i firmy
zasilą budżet państwa dodatkowymi ok. 3 miliardami złotych. A gdyby do tej
kwoty dodać skutki zmian dokonanych za rządów Marka Belki, wówczas okazałoby
się, że z kieszeni Polaków zabrane zostanie w sumie ponad 6 miliardów
złotych".
To nie jest walka z bezrobociem - to jest tylko sięganie do kieszeni
obywateli, aby jako tako "domknąć" wątpliwy budżet na rok przyszły.