maaax
16.04.06, 11:00
Jacek Bartyzel: Oskarżam!
OSKARŻAM!
W Polsce dzisiejszej dokonuje się publiczny lincz. W biały dzień, przy wyciu
medialnej tłuszczy, odbywa się cywilny mord na red. Stanisławie Michalkiewiczu
– człowieku odważnym i prawym oraz wirtuozie polskiej publicystyki. Już nie
jeden raz ten nieugięty obrońca prawdy – której, jak Józef Mackiewicz, jedynie
jest ciekaw – był obiektem wściekłych napaści i ordynarnych inwektyw,
padających niestety także nawet z ust jednego z dostojników Kościoła. Lecz to,
co dzieje się teraz, w związku z jego komentarzem wygłoszonym na antenie Radia
Maryja, przechodzi już wszelką miarę nieprawości. Oto cena, można rzec, jaką
przychodzi płacić za poruszanie spraw, o których nie trzeba głośno mówić, bo
zabroniły tego „autorytety” niewiadomego nadania. Nic to interes narodowy, nic
to racja stanu Polski, której bezbronny pisarz musi bronić swoim piórem i
głosem, bo rządy już dawno skapitulowały: milczeć, płacić okup terrorystom
moralnym i jeszcze nieustannie przepraszać za urojone winy – to parobczański
obowiązek narodu naznaczonego niezmywalnym, metafizycznym piętnem hańby
antysemityzmu.
Wszystko, jak wiadomo, zaczęło się od orzeczenia tego groteskowego gremium,
typowego zresztą dla panującego wciąż w Polsce etatystycznego bizantynizmu,
czyli Rady Etyki Mediów, która – w również typowym dla mętnego,
pseudojurydycznego bełkotu demoliberalizmu – oskarżyła red. Michalkiewicza o
szerzenie „mowy nienawiści”.
Odtąd toczy się lawina, której aktualnym, zapewne nieostatnim, kamieniem jest
złożenie doniesień do prokuratury przez bodaj już dwa, bliżej nieznane,
stowarzyszenia.
Nie ma tu miejsca ani potrzeby przypominać wszystkich kalumni, którymi w
stosunku do osoby red. Michalkiewicza tolerancyjnie zionął zwarty kolektyw
pracowników frontu ideologicznego, tudzież wzywanych przez niego do tablicy
partyjnych bonzów i intelektualne gnidy. Trudno jednak zapomnieć na przykład
ten odrażający spektakl odegrany przed oczyma konsumentów telewizyjnej
trucizny przez trzech histrionów polskiej sceny politycznej (w tym aż dwóch
wicemarszałków Sejmu), reprezentujących wszystkie trzy formacje kompromitujące
systematycznie pojęcie prawicy: Platformę Obywatelską, Ligę Polskich Rodzin i
Prawo i Sprawiedliwość. Każdy z tych „odważnych” dżentelmenów, rażony
przewiercającym ich wzrokiem czołowej enkawudzistki politycznej poprawności,
wydawał z siebie wyrazy oburzenia i odrazy do antysemity. Najmocniej zresztą
czynił to WCz Marszałek Bronisław Komorowski, który już, jak widać, zapomniał,
że red. Michalkiewicz był zasłużonym działaczem tej samej, co on, opozycji
niepodległościowej.
Osobno trzeba tu wszelako odnotować głos wydany przez moralny autorytet
szczególnie natrętnie podawany od lat Polakom do adoracji, a domagający się od
władz państwowych zamknięcia Radia Maryja pod pretekstem antysemickiego
komentarza red. Michalkiewicza. Mowa tu oczywiście o nieubłaganym polakożercy
i katolikożercy – dr. Marku Edelmanie, który zdaje się sądzić, że bohaterski
epizod z młodości, jako bojownika powstania w getcie warszawskim, daje mu
przepustkę do nieustannego szkalowania Polaków i Świętego Kościoła Rzymskiego.
Jednak najbardziej boli słabość przyjaciół w ogniu próby. Nie umiem, nie
potrafię wytłumaczyć sobie dlaczego WCz Marszałek Marek Jurek, niewątpliwy
dotąd lider czynnej w życiu politycznym autentycznej prawicy
tradycjonalistycznej, który jeszcze tak niedawno po męsku okiełznał operetkowy
pucz sejmowych gadułów, też nagle poczuł się zobowiązany do znalezienia się w
obcym Mu, jak sądziłem, gronie tropicieli antysemityzmu? Dlaczego wreszcie
Ojciec Dyrektor Tadeusz Rydzyk uznał za stosowne przepraszać za red.
Michalkiewicza? Na to pytanie też nie znajduję odpowiedzi.
*
To polowanie z nagonką ma swój znamienny kontekst, nawet podwójny. Od miesięcy
trwa u nas niemilknący lament – „wycie Ubekistanu”, jak z właściwą sobie
celnością ujął to red. Józef Darski – z powodu śmiertelnego jakoby zagrożenia
dla wolności słowa i wolności mediów od czasu dojścia do władzy PiS-wskiej
centroprawicy. Druga okoliczność, symboliczna skądinąd, to nagłe objawienie
przez wiadomą gazetę gnostyckiej ewangelii sekty kainitów, rehabilitującej
Judasza. Darujmy sobie w tym momencie zasadniczą dyskusję z liberalnym mitem
nieograniczonej wolności słowa, którą tylu papieży nazywało słusznie szaloną i
niedorzeczną. Wystarczy przywołać mądrą konstatację Mikołaja Gómeza Dávili, iż
demokrata domaga się wolności zawsze wtedy, kiedy usiłuje się zabronić mu
jakiejś niegodziwości. Rzecz jednak dzisiaj w tym, że ten tak doskonale
zorkiestrowany, jednobrzmiący chór potępień i wołań o zamknięcie ust jednemu z
nielicznych naprawdę wolnych duchów polskiej myśli politycznej, śpiewany, a
raczej rżany unisono i gremialnie przez niezależne media, to nic innego, jak
szydercza kpina z wolności słowa – wolności prawdy.
W ten oto sposób „sprawa Michalkiewicza” uchyliła niechcący zasłonę Izydy
skrywającą sanktuarium „wolnych” mediów, w którym króluje Bestia. Tak, Bestia
w dokładnym tego słowa znaczeniu, ta apokaliptyczna, ohydna maciora, której
złowrogą, niszczycielską rolę w przejmujący sposób opisał w swojej genialnej,
proroczej powieści Obóz świętych, Jan Raspail. To ta Bestia panuje nad
wszystkimi masowymi mediami, a przygniatająca – dosłownie – większość
dziennikarzy stanowi jej świadome swego zaprzedania sługi. Nie tylko
dziennikarzy: przede wszystkim plutokracji, której własnością są te media,
oraz całej demoliberalnej klasy polityczno-medialnej. Tworzą one razem sojusz
Giełdy i Telewizora, będący szatańską parodią sojuszu Tronu i Ołtarza, który
przez wieki budował najwspanialszą w dziejach cywilizację – chrześcijańskiego
Zachodu. Bestia nienawidzi tej cywilizacji i próbuje zniszczyć każdy odcisk
jaki, mimo wszystko, po tylu rewolucjach podżeganych przez Bestię, pozostał
jeszcze na jej ruinach.
Ale zło – jak uczył zawsze Kościół w swym nieomylnym nauczaniu i tylu Jego
Doktorów, od św. Augustyna począwszy – realnie nie istnieje, „jest”
ontologicznym minus, „jest” tylko przeczeniem, negacją Prawdy, Dobra i Piękna.
Cała potęga Bestii, która może przerażać i faktycznie tylu już doprowadziła do
duchowego zwątpienia i kapitulacji, opiera się wyłącznie na naszej, ludzkiej
słabości, lenistwie, niewierze i niewierności, na zmierzchu odwagi, by
przywołać słynną frazę Aleksandra Sołżenicyna. Bestia karmi się naszą zdradą,
lecz zawsze musi się cofnąć, gdy napotka zwyczajną odmowę poddania się, proste
nie – negację negacji, która jest afirmacją Bytu. To proste prawidło sprawia,
że dzisiaj przychodzą po tych, których palec naganiaczy Bestii wskaże jako
antysemitów, rasistów czy faszystów; jutro przyjdą po homofobów; pojutrze po
fundamentalistów religijnych, i tak nie pozostanie już nikt, kto by śmiał
odmówić zapalenia kadzidła przed ołtarzem Bestii.
Dlatego właśnie dzisiaj ja, zwykły i grzeszny, jak każdy człowiek, lecz taki,
który nigdy dotąd – nie dzięki własnej zasłudze, lecz tylko dzięki Bożej łasce
– nie zaprzestał stawać jedynie po stronie tego, co bliżej Bytu, oskarżam
kolaborantów Bestii:
- oskarżam medialne kurtyzany Bestii, które w swoich opiniach opublikowanych,
kłamliwie prezentowanych jako opinia publiczna, zawsze szczują przeciwko
sprawom i ludziom szlachetnym, i zawsze znajdują usprawiedliwienie, a często
wręcz pochwalają wszelką niegodziwość i deprawację;
- oskarżam bojaźliwych polityków, deklarujących swoją prawicowość czy
konserwatyzm, lecz natychmiast, gdy tylko uda im się znaleźć w
establishmencie, przejmujących frazeologię demoliberalnego bełkotu, a o
kontrrewolucji i tradycjonalizmie mówiących co najwyżej szeptem w kółku
przyjaciół;
- oskarżam niegodnych kapłanów Kościoła, modernistycznych i postęp