hkreuz
06.02.03, 15:22
W sobotnio-niedzielnym dodatku Rzeczpospolitej (Plus+Minus) (Rzeczpospolita z
1-2 lutego 2003), Maciej Rosalak w felietonie zatytułowanym „W lawinisku”
napisał:
Coraz głośniej słychać żądanie sanacji całego systemu budowy nowej
Rzeczypospolitej. Jak w 1926 roku. Tylko Marszałka brakuje już w Sulejówku. I
nie ma co się tam oglądać. Bronią może okazać się na przykład spowodowanie
ogólnonarodowego referendum w sprawie jednomandatowych okręgów wyborczych.
Warto przypomnieć słowa: "Historię swoją piszcie sami. Bo inaczej napiszą ją
za was inni i będzie źle. Józef Piłsudski”.
Rosalak słusznie przywołuje wydarzenia sprzed 77 lat, ponieważ zachodzi wiele
analogii i podobieństw pomiędzy kryzysem tamtej wiosny, a tym co się dzieje
dzisiaj. 19 kwietnia 1926 rząd Aleksandra Skrzyńskiego traci większość w
Sejmie i podaje się do dymisji. Przez szereg tygodni nie można wyłonić nowego
rządu. Przewija się cały kontredans polityków, którym prezydent Stanisław
Wojciechowski proponuje tekę premiera: Wincenty Witos, Józef Chaciński,
Zygmunt Marek, Władysław Grabski, znowu Witos. Wszystko to do niczego nie
prowadzi. Sejm jest podzielony, żadna partia nie posiada większości, trwałe
porozumienie koalicyjne okazuje się być niemożliwe. Tymczasem narastają
problemy społeczne i gospodarcze, kraj potrzebuje stabilnego rządu jak kania
dżdżu.
W tej sytuacji, 12 maja, wkracza z wojskiem Marszałek Piłsudski. Prezydent
Wojciechowski, chcąc uniknąć wojny domowej, rezygnuje z urzędu. Piłsudski
podejmuje próbę sanacji, uzdrowienia, naprawy Rzeczypospolitej.
Publicysta Rzeczpospolitej powiada, że dzisiaj nie ma Marszałka w Sulejówku,
nie ma męża opatrznościowego, do którego moglibyśmy się udać, potrzeba innego
sposobu. I taki sposób jest: jest nim inny klucz wyborczy, inny system
wyłaniania elity władzy. Albowiem kłótnie i swary w parlamencie,
niestabilność rządów, przetargi i korupcja nie są jakąś specjalną przywarą
Polaków, którzy nie umieją się porozumieć, dogadać, podjąć wspólnego wysiłku.
Jest to następstwo złego, korupcjogennego i swarogennego systemu wyborczego.
Popatrzmy na kraje, które nam Polakom, tak często stawia się za wzór i każe
brać z nich przykład: na Belgię, w której dziś bije serce Unii Europejskiej,
na Holandię, na Włochy przed reformą prawa wyborczego, na Austrię, na
Finlandię.
W pracy politologa brytyjskiego M. Pinto-Duschinsky’ego („Jak się pozbyć
złego rządu”, Times Literary Supplement z 25 września 1998 roku), podane są
następujące dane: w Belgii, po wyborach roku 1979 nie można było utworzyć
rządu przez 106 dni, ponad 3 miesiące. Po wyborach roku 1991 przez 103 dni, w
1988 roku przez 148 dni, a więc przez prawie 5 miesięcy. W Holandii podobnie:
w roku 1973 formowanie rządu trwało 163 dni, a więc ponad 5 miesięcy, w roku
1977 aż 208 dni czyli już prawie 7 miesięcy, w 1981 roku przez 108 dni. Jeśli
dodamy wszystkie okresy kłótni i walk parlamentarnych o utworzenie rządu,
wtedy zobaczymy, że w poprzednim półwieczu, od zakończenia wojny w 1945 roku
do wyborów roku 1994 Holandia była pozbawiona rządu przez 1253 dni, a więc
przez prawie 4 lata! W tym samym okresie czasu targi o utworzenie rządu w
Finlandii zajęły 1182 dni, w Belgii 1241, w Austrii 814 dni, a więc prawie 3
lata, a we Włoszech aż 1374 dni.
Dlatego między bajki należy włożyć opinię, że Polacy są tacy kłótliwi i
niezgodni, bo na tym tle, nawet w III Rzeczypospolitej, nie wypadamy wcale
najgorzej. Ale tu, we Wrocławiu, dopiero parę dni temu, a więc przeszło 3
miesiące od wyborów październikowych, zakończyły się kłótnie o to, kto ma
rządzić w Sejmiku Dolnośląskim, tylko dlatego zresztą, że gdyby nadal radni
nie porozumieli się ze sobą, groził im zarząd komisaryczny i wszyscy poszliby
na zieloną trawkę. Wobec takiego dictum acerbum zgodzili się na byle co, i
taki byle jaki zarząd województwa dzisiaj mamy, nie wiadomo na jak długo.
Wszystko to są skutki chorego, niedobrego systemu wyborczego, który prowadzi
do absurdalnych sytuacji. Tam gdzie obowiązuje zasada jednomandatowych
okręgów wyborczych o niczym takim nikt nie słyszał. W Wielkiej Brytanii,
Kanadzie rząd powstaje na drugi dzień po wyborach, w gruncie rzeczy obywatele
wiedzą kto będzie rządził, gdy tylko zakończone zostanie podliczanie głosów.
Dlaczego tak się dzieje, na czym to polega, to temat na inną rozmowę, dzisiaj
niech nam wystarczy świadomość, że tak po prostu jest i że przyczyna tego
stanu rzeczy nie tkwi w wadach Polaków czy Belgów, w przeciwieństwie do zalet
Anglików, tylko w rozumnym systemie wyborczym.
Tam gdzie są jednomandatowe okręgi wyborcze nie słyszymy o kupowaniu ustaw za
dolary, o aferach jak ta, którą teraz nas się raczy do obrzydzenia, tzw.
Rywingate. Codziennie oglądamy w telewizorach farsę obłudy i zakłamania
wykonywaną przez posłów, prokuratorów, członków rządu z udziałem samego
premiera, nie mówiąc już o Adamie Michniku, który nas przeprasza, że popełnił
błąd. Wiemy już na pewno, bo oni sami o tym zapewniają, że to się niczym nie
skończy, a „towarzystwo” pozostanie „towarzystwem”. Tak jak niczym nie
skończyło się to, co rok temu zaczął Andrzej Lepper, kiedy z trybuny sejmowej
oskarżył wybitnych ministrów i posłów o korupcję. Kiedy Lepper oskarżał
wszystkim dech zaparło i cisza była na sali sejmowej jak makiem zasiał.
Dopiero kiedy oprzytomnieli zaczęli wykrzykiwać: „kanalia, łajdak, kłamca”.
Natychmiast wezwali na pomoc prokuratorów, którzy mieli doprowadzić nie do
wyjaśnienia czy brali łapówki, za co i ile, tylko posadzić Leppera do
więzienia za oszczerstwa rzucane pod adresem najdostojniejszych posłów. I co?
I nic! Sprawie ukręcono łeb, a panowie posłowie dalej żyją towarzyskim życiem
w „towarzystwie”.
Tak nie bywa tam, gdzie obowiązują jednomandatowe okręgi wyborcze, z których
wynika jasna, osobista odpowiedzialność. Jakiś dziennikarz porównał aferę
Rywina – Michnika, „Rywingate”, do afery „Watergate”. Ponieważ upłynęło już
30 lat od tamtych wydarzeń, przypomnijmy, dla porównania, podstawowe fakty.
17 czerwca 1972 do siedziby Partii Demokratycznej w hotelu „Watergate” w
Waszyngtonie włamali się pracownicy CIA i założyli podsłuchy. Sprawę wykryli
dziennikarze „Washington Post” Bob Woodword i Carl Bernstein. Richard Nixon,
podobnie jak Kwaśniewski i Miller, zaprzeczył, żeby miał cokolwiek z tym
wspólnego. Woodword i Bersnstein przeprowadzili dziennikarskie śledztwo, ale
nie takie jak Michnik, który po pół roku odkrył tylko magnetofon, jaki cały
czas miał w kieszeni i do dzisiaj nie wie czy jego kumpel Lew Rywin jest
wariatem, nieszkodliwym mitomanem czy może pochodzi z jakiegoś „towarzystwa”?
Pomimo tego, że Richard Nixon jesienią tamtego roku wygrał wybory
prezydenckie, specjalna komisja senacka przeprowadziła dochodzenie i
publiczne przesłuchania. W efekcie oskarżonych i osądzonych zostało 40
najwyższych urzędników Białego Domu, najbliżsi doradcy i współpracownicy
prezydenta: John Mitchell, Gordon Liddy, James McCord, John Erlichman, Bob
Haldeman, Richard Kleindienst – prokurator generalny, John Dean i inni.
Wszyscy stracili posady, wieku poszło do więzienia, niektórzy z wysokimi
wyrokami. Richard Nixon musiał złożyć rezygnację z urzędu, a do więzienia nie
poszedł tylko dlatego, że jego następca, prezydent Gerald Ford, skorzystał w
stosunku do niego z prawa łaski.
Mam nadzieję, że to porównanie jest wystarczająco wymowne. Nie mamy dziś
Marszałka Piłsudskiego w Sulejówku, ale mamy prawo i możemy sięgnąć po oręż
jednomandatowych okręgów wyborczych. Trzeba to zrobić, póki jeszcze mamy co
ratować. Historię swoją piszmy sami, bo inaczej zrobią to za nas inni i
będzie źle.
(komentarz wygłoszony w Katolickim Radio Rodzina przez Jerzego Przy