mazurek111
19.07.06, 12:14
Próbować zmienić coś na lepsze w "priwislinskim kraju " zawsze groziło co
najmniej natychmiastowym zaszczuciem.
Mamy liczne tego przykłady w polityce, gdzie "kaczory " usiłują
zlikwidować "razwiedkę ", czyli WSI, które przeżyły 17 lat w błogim spokoju i
bez żadnej lustracji, ani restrukturyzacji kontynuując konsekwentnie
swe "zbożne " dzieło w imieniu swych mocodawców, zasię owa "razwiedka"
usiłuje wykończyć "kaczorów " zanim jeszcze jej likwidacja nie wejdzie w
życie.
Zaprzęgnięto do tego większość naszych czołowych "autorytetów moralnych ",
którzy postanowili zaczernić postrzegane na zewnątrz "image " biednej Polski
jęczącej pod "okrutnym jarzmem kaczyzmu ", przedstawiając apokaliptyczną
wizję kraju zdominowanego przez wszelkiego rodzaju "wstecznictwo ", a
zwłaszcza przez homofobię i najstraszliwszy z grzechów głównych -
antysemityzm.
W ramach zgodnego działnia "sił postępu " mieliśmy już wiele mocno
niepochlebnych artykułów w zagranicznych mediach (niedawno komentowałem jeden
z nich: "Les démons de Varsovie opublikowany we francuskim "Le Nouvel
Observateur " ", a zainspirowany opiniami samego świętego Bronisława
Zajękliwego).
Tenże Geremek w opublikowanej kilka dni temu w niemieckiej "Die Welt"
filipice nie zostawia suchej nitki na dzisiejszej Polsce, nawołując niemal
otwartym kodem do interwencji w obronie uciśnionych "sił postępu".
Dołączył do niego, nasz czołowy intelektualista od "plusów ujemnych ",
TW "Bolek ", w swojej zaprawionej jadem wypowiedzi dla niemieckiego "Der
Spiegel ".
Kilka dni wcześniej, ośmiu byłych ministrów Spraw Zagranicznych napisało
opublikowany również w zagranicznej prasie "list otwarty ", który przekazał
Europie wielce niekorzystny obraz Polski. Nie zabrakło, rzecz jasna, wśród
nich niezawodnego "genseka " Bronisława Geremka, niegdyś żarliwego
krzewiciela kultu sierpa i młota (jego bolesny okrzyk: "Towarzysze, życie się
dla mnie skończyło! " wykrzyczany 5/03/1953 na uroczystym apelu UW
zorganizowanym po śmierci "słoneczka ludzkości " przeszedł do historii), dziś
zasię dzielnemu "obrońcy demokracji " i "swobód obywatelskich ".
W normalnym szanującym się państwie, podobny czyn byłego Prezydenta, lub
byłego ministra spraw zagranicznych, niszczącego świadomie wizerunek własnego
kraju zostałby uznany za zdradę stanu.
Wprawdzie nihil novi, bo wśród 8 byłych ministrów spraw zagranicznych,
sygnatariuszy sławnego "listu otwartego" mamy co najmniej trzech "seksotów "
(Kosk, Carex i Must), czyli Tajnych Współpracowników (tych trzech akurat
zweryfikowano pozytywnie, więc trudno tu mieć wątpliwości, reszta ma prawo do
tego co Francuzi zwą "benefice de doute "). Możnaby wyłączyć z tego
towarzystwa Bartoszewskiego, zwłaszcza jeśli się zważy na jego wiek, ale
reszta "dżentelmenów " postąpiła jak typowi "priedatiele ".
Nie widziałem żadnego kraju (a znam ich co najmniej kilkadziesiąt), w którym
jego byli czołowi reprezentanci polityczni zajmowaliby się systematycznie
działaniem na szkodę własnego kraju przy pełnym aplauzie stronniczych mediów.
Przypuszczam, że wielcy Polacy muszą przewracać się w grobach widząc takie
stężenie zaprzaństwa. "Patriotów inaczej " zawszeć był u nas dostatek
nadzwyczajny, ale nigdy nie obrodzili tak jak w ostatnich dziesięcioleciach.
Zostawiając na boku "wielką politykę ", sprawa z zupełnie innej beczki: oto
mamy kolejną erupcję "polskiego piekiełka " w sporcie. Po tym jak nasze
orły "zabłysły " na ostatnich piłkarskich mistrzostwach świata (na porzednich
zresztą również) nie udało ocalić skóry "charyzmatycznego inaczej " trenera
Janasa, którego oryginalne posunięcia personalne i nauki taktyczne
doprowadziły do tego, że nieszczęśni zawodnicy naszego "wunderteamu "
sprawiali wrażnie jakby wepchnięto ich na arenę lwom na pożarcie. Podobnego
braku koncepcji gry i wiary w siebie nie udało się na tych mistrzostwach
zademonstrować żadnej innej ekipie. Pod naciskiem opinii publicznej, sam
prezes Listkiewicz musiał się ugiąć pragnąc ocalić swój stołek i ostatecznie
wybrano na następcę Janasa zagranicznego trenera "z górnej półki " - Leo
Beenhakkera. No i rozpętało się piekło! Poza nielicznymi chlubnymi wyjątkami
jak Henryk Kasperczak (najlepszy moim zdaniem trener rodzimego chowu, ale
znienawidzony przez PZPN), większość naszych trenerów i "zasłużonych
działaczy piłkarskich " zaczęło zionąć ogniem nienawiści życząc Beenhakkerowi
wszystkiego co najgorsze. Myślę, że poczciwy Holender zaczepił nieopatrznie o
przedsionek polskiego piekła, gdzie nie potrzeba diabłów, bo współ-
"pensjonariusze " nie pozwolą nikomu uciec z kotła wciągając się nawzajem.
Jak się słucha Apostela bredzącego rzewnie o "polskiej myśli piłkarskiej ",
lub popatrzy na "senatorskie oblicze " Grzegorza Laty z SLD, to łacno można
zwątpić w gatunek ludzki.
Przypomina to wiele innych przypadków, jak choćby "metafizyczne " wręcz
kłopoty trenera Lozano, który wyprowadził polską reprezentację z "kaczego
dołka " (nie ma tu żadnej głupiej aluzji politycznej) pomimo kłód rzucanych
mu pod nogi przez wielu dzialaczy PZS, trenerów, a nawet i niektórych
zawodników. Dzisiaj widać różnicę, a nasi siatkarze przekonali się, że
taktyka jest jedną z podstaw siatkówki.
Ja osobiście się cieszę, bo Beenhakker pokazał już niejednokrotnie, że głowa
służy mu nie tylko do noszenia na niej nakrycia, ale również do myślenia.
Myślę, że po żałosnych występach naszego rodzimego Nikifora piłki kopanej,
Janasa, zobaczymy wreszcie u naszej reprezentacji jakąś spójną koncepcję gry.
Cieszę się również, bo Beenhakker lubi futbol ofensywny, oparty na ataku
skrzydłami, a nam nigdy nie pasowały eksperymenty w stylu 4-5-1. Jest
nadzieja na to by wreszcie wyjść z impasu, ale pod warunkiem, że nasi
szanowni trenerzy i działacze nie zagryzą nowego selekcjonera już na wstępie.