adax4
06.08.06, 21:35
W sobotę 5 sierpnia od samego rana, w mieszkaniach gdańskich
działaczy „Solidarności”, rozdzwoniły się telefony. Z całej Polski pytano,
kim jest, opisany w sobotniej „Rzeczypospolitej”, agent „Delegat”. Wielu
rozmówców chciało tylko upewnić się, że mają rację w domyślaniu się, że
chodzi o księdza Henryka Jankowskiego. Ja również odebrałem kilkanaście
takich telefonów.
Jest oczywistością, że redakcja „Rzeczypospolitej”, formalnie nie podając
nazwiska „Delegata”, zrobiła wiele, żeby wskazać czytelnikowi, kogo
podejrzewa, jak napisano: “na 90%”. Podała, że chodzi o księdza z Gdańska
(prowadził go Wydział IV gdańskiej SB); szczegółowo omówiła sprawę
bursztynowego krzyża (a wszyscy wiedzą, który z gdańskich księży bardzo ceni
bursztyn) oraz sprawę zachowania Bożeny Rybickiej (Piotr Adamowicz, jako
gdańszczanin, musi wiedzieć o znanym konflikcie pomiędzy nią, a ks.
Janowskim); na pierwszej stronie umieściła zdjęcie z ks. Jankowskim, jako
pierwszym z lewej; z wypowiedzi Tadeusza Mazowieckiego wyłuskała precyzyjne
wskazanie, że chodzi o „proboszcza” i z wielkim wyczuciem zauważyła, że ks.
Jankowski potępił „macki bezpieki” dopiero „po chwili”.
Wszyscy wiedzą, że w najbliższym otoczeniu Lecha Wałęsy był tylko jeden
proboszcz, który miał dostęp do prymasów, uczestniczył w spotkaniu z papieżem
w styczniu 1981 roku i był aktywny na zjeździe „Solidarności”. Należy więc
uznać, że „Rzeczpospolita” w pełni świadomie i z premedytacją opisała ks.
Jankowskiego, jako groźnego konfidenta Służby Bezpieczeństwa, a tylko
obłudnie udaje, że go nie wskazuje palcem.
Nie jestem w stanie takiemu oskarżeniu ani zaprzeczyć, ani go potwierdzić.
Jednak pojawienie się tak niezwykłego artykułu właśnie w tym czasie i właśnie
w „Rzeczypospolitej” zmusza do postawienia kilku pytań.
Pierwsze pytanie dotyczy daty publikacji. Nad artykułem redaktorzy pracowali
od kilku miesięcy, ale uznali, że najlepszym momentem na rozpoczęcie druku
serialu o agentach wśród ludzi Kościoła jest właśnie sierpień. Dotychczas na
łamach „Rzeczpospolitej” zamieszczano raczej teksty, w których oskarżano
innych, że wypowiadając się o agentach donoszących na ludzi „Solidarności”
szkodzi się nie tylko dobru narodowemu, jakim jest legenda ruchu, ale również
samym uroczystościom rocznicowym. I nagle, w przededniu kolejnych obchodów,
gdy za chwilę prezydent RP będzie działaczy „Solidarności” dekorował
orderami, „Rzeczpospolita” rzuca w to środowisko agenturalny granat, tworząc
atmosferę podejrzeń i pomówień.
Pisząc w nadtytule: „Agenci Służby Bezpieczeństwa między prymasami Polski
a „Solidarnością”. SB otrzymywała informacje od ludzi, którzy mieli
bezpośredni dostęp do najwyższych hierarchów Kościoła, Lecha Wałęsy oraz
najważniejszych spraw opozycji w latach 80.” gazeta stwierdza, że wie o całej
grupie agentów obracających się w najwyższych kręgach wtajemniczenia. Czy
jednocześnie uprzedziła prezydenta komu ma medalu odmówić?
Następna wątpliwość wynika z faktu, że oto redakcja, dotychczas wielce
zasłużona w walce przeciwko ujawnianiu komunistycznej agentury, publikuje
pojedynczy donos z archiwum IPN i taki, jak to zwykł określać znany
antylustracyjny publicysta „Rzeczpospolitej” abp Józef Życiński, „esbecki
świstek” traktuje jako w pełni wiarygodny dokument. Dlaczego meldunek
k.o. „Delegat” jest prawdziwy, a meldunki np. t.w. „Beata” uznawane są za
fikcyjne?
Sprawy „Delegata” i „Beaty” są w dużym stopniu analogiczne. Przed sądem
lustracyjnym twierdzenie o agenturalności ks. Jankowskiego musiałoby upaść,
ponieważ nie ma dokumentów werbunkowych i rejestracyjnych, a w dodatku ksiądz
otrzymał z IPN status osoby pokrzywdzonej. Dlaczego „Rzeczpospolita”
uznaje „Delegata” za agenta, skoro spisany przez funkcjonariusza SB meldunek,
zgodnie z twierdzeniami przeciwników lustracji, mógł być przecież kompilacją
informacji pochodzących z rozmowy towarzyskiej, podsłuchu i innych źródeł?
I dlaczego gazeta broni Zyty Gilowskiej, zarejestrowanej jako tajny
współpracownik, czyli najwyższa kategoria agenta, a oskarża odnotowanego jako
zaledwie „kontakt operacyjny” księdza Jankowskiego? Czy nie ma tu podwójnej
miary, którą „Rzeczpospolita” stosuje w zależności od swych sympatii i
interesów?
Te pytania prowadzą do następnej kwestii. „Rzeczpospolita” dysponuje pełnym
dostępem do zgromadzonych przez IPN akt Lecha Wałęsy. Mimo, że Wałęsa
publicznie deklarował wolę ujawnienia tych dokumentów, do dzisiaj ani on, ani
Piotr Adamowicz - współautor artykułu o „Delegacie” oraz pełnomocnik Wałęsy i
redakcji do eksploracji tych akt – nie ujawnili żadnych dokumentów na temat
np. bardzo interesującej opinię publiczną sprawy t.w. „Bolek”? Czy
dokument “Delegata” ma tu coś rozjaśnić czy raczej zaciemnić?
Jest faktem, że „Rzeczpospolita” zawsze pryncypialnie przeciwstawiała się
temu co nazywała „dziką lustracją”. Przykładem niech będzie np. wyrzucenie z
pracy Bronisława Wildsteina. A tu nagle gazeta daje wzór pełnej samowoli w
traktowaniu materiałów, procedur i osoby oskarżonej. Cynizm? Owszem, ale czy
tylko?
Trudno nie zauważyć, że ten gwałtowny lustracyjny ruch “Rzeczpospolitej”
zrobiony został nie w stronę działaczy “Solidarności”, ale w stronę
duchownego, a właściwie duchownych, włącznie z prztyczkiem w kierunku prymasa
Wyszyńskiego. Trudno też uznać to za wydarzenie przypadkowe, bo przecież,
choćby dzięki dostępowi do teczek Lecha Wałęsy, redakcja posiada tyle
materiałów, że starczyłoby ich na kilka sierpniowych rocznic.
Wydaje się więc, że „Rzeczpospolita” spośród ludzi podejrzanych o
agenturalność na rzecz SB wyróżnia właśnie duchownych. Ten domysł potwierdza
zapowiedź, że w następnym numerze gazeta ujawni kolejnego agenta,
t.w. „Michalskiego”.
To dobrze, że „Rzeczpospolita” przekonała się do konieczności ujawniania
prawdy, ale należy zapytać dlaczego interesuje się prawdą w sposób tak
wybiórczy? Skąd bierze się takie szczególne zainteresowanie
agenturą „kościelną”, że publikuje się artykuł, który w innym przypadku
zostałby zdyskwalifikowany, jako bezpodstawny donos, przy jednoczesnym
milczeniu choćby o własnym środowisku dziennikarskim? Odpowiedź jest znana,
przynajmniej „na 90%”.
Pytania o intencje “Rzeczpospolitej” mnożą się wraz z ich zadawaniem, ale tu
postawię jeszcze tylko jedno. Redaktorzy Piotr Adamowicz i Andrzej Kaczyński,
za wiedzą z-cy redaktora naczelnego Jana Skórzyńskiego spotykali się z byłymi
funkcjonariuszami SB. Od nich mieli uzyskać potwierdzenie autentycznej
agenturalności „Delegata” oraz poznać okoliczności jego werbunku. Wygląda na
to, że cwani hipokryci liczą na to, że ksiądz Jankowski nie poda ich do sądu,
bo będzie się obawiał, że wówczas powołają się na informacje np. od byłego
funkcjonariusza SB Władysława Kucy (który sprawował „nadzór operacyjny” i
nad „Delegatem” i nad Lechem Wałęsą), albo Ryszarda Berdysa, co do którego
ksiądz Jankowski przyznawał publicznie, że wielokrotnie z nim rozmawiał (o
swoich rozmowach z Berdysem mówił nawet arcybp Gocłowski).
Pytanie brzmi: czy gra „Rzeczpospolitej” jest moralna? Ze swej strony
odpowiadam, że przynajmniej na tyle, żeby trzem w/w redaktorom przyznać
nagrodę imienia Dariusza Fikusa.
I jeszcze jedno. Determinacja z jaką autorzy udają, że nie wiedzą, iż
ujawniają agen