onatutrwa
29.04.03, 17:53
Istniejące od 1760 r. zakłady "Gerlacha" w Drzewicy koło Opoczna może
niebawem czekać likwidacja. Prawie połowa osób zatrudnionych w fabryce ma z
końcem maja dostać wymówienia. Dla czterotysięcznego miasteczka to prawdziwa
tragedia. Prawie w każdej rodzinie jest ktoś, kto pracuje w fabryce.
- Jeśli nastąpi redukcja zatrudnienia, nie można będzie utrzymać zakładu -
powiedział nam przewodniczący "Solidarności" w drzewickim "Gerlachu"
Mieczysław Abramczyk. - Wtedy zarząd ogłosi upadłość - dodał. Z 470-osobowej
załogi do zwolnienia przeznaczonych jest 270 osób. - To dla nas wszystkich
szok - mówią pracownicy. Jednoosobowy zarząd spółki podjął taką decyzję przed
świętami i pisemnie powiadomił Powiatowy Urząd Pracy w Opocznie o planowanych
zwolnieniach grupowych.
- Całe postępowanie właściciela i prezesa jest dla nas wszystkich niejasne -
tłumaczy Abramczyk. Pracownikom już od dłuższego czasu tłumaczono, że
konkurencja na rynku jest tak duża, że kontynuacja produkcji stoi pod znakiem
zapytania. - Import tanich sztućców i narzędzi ogrodniczych ze Wschodu
sprawił, że nie mogliśmy sobie poradzić - twierdzi prezes "Gerlacha" Jarosław
Dziwisz. Innego zdania są pracownicy. W ich opinii, to właściciel i
jednoosobowy zarząd, którego prezesem jest Dziwisz, robili od początku
wszystko, aby doprowadzić do takiej sytuacji. - Najprawdopodobniej chodziło o
wyeliminowanie konkurencji - mówią. Teraz wszyscy ze strachem czekają na
negocjacje przedstawicieli związków zawodowych pracowników z dyrekcją. Te
wyznaczono na 29 kwietnia. Czy uda się dojść do porozumienia? Dla
czterotysięcznego miasteczka Drzewicy koło Opoczna konsekwencje ewentualnej
likwidacji "Gerlacha" mogą być bardzo poważne. Prawie każda rodzina ma kogoś
w zakładzie. Grupowe zwolnienia, do jakich ma dojść 31 maja, będą dla
mieszkańców prawdziwą katastrofą. Nie wiadomo, co stanie się ze zwalnianymi
pracownikami, wielu z nich nie spełnia wymogów, by przejść na zasiłek
przedemerytalny, a w regionie jest wysokie bezrobocie.
"Gerlach" - znany producent przede wszystkim noży - to dla wielu pokoleń
Polaków symbol trwałości i znakomitej jakości. To jedna z nielicznych marek,
która przetrwała nie tylko w pamięci, ale także w kredensach wielu polskich
domów. Zakład istnieje na rynku od 1760 r. W czasach jego świetności
pracowało tu 5 tys. osób. Nawet po 1989 r., po przemianach gospodarczych w
Polsce zakład dawał sobie radę. Produkcja trafiała na rynek krajowy, ale
także na Zachód. W miasteczku powstał klub sportowy, znany przede wszystkim z
kajakarstwa górskiego, którego głównym sponsorem był właśnie "Gerlach".
Kłopoty fabryki pojawiły się dziesięć miesięcy temu, gdy podjęto decyzję o
prywatyzacji zakładu. - Ludzie mieli wtedy jeszcze nadzieję, że to dla nas
olbrzymia szansa, ale zostaliśmy oszukani - mówi Mieczysław Abramczyk. Zakład
kupiła wtedy nikomu nieznana firma "Lodus" z Będzina. Nowy właściciel
zapewniał, że fabryka szybko powróci do czasów swojej świetności. Na
obietnicach się skończyło. Od początku w te zapewnienia nie wierzyli
przedstawiciele związków zawodowych, gdyż, jak twierdzą, nie można mówić o
rozwoju firmy przy ciągłym pozbywaniu się fachowców i braku jakichkolwiek
inwestycji w park maszynowy. Niepokój pracowników wzbudziło także ogłoszenie,
jakie w ogólnopolskiej prasie zamieścili pod koniec ubiegłego roku
właściciele. Chcieli pozbyć się większościowego pakietu akcji spółki. Okazało
się też, że w ostatnim czasie z magazynu wyrobów gotowych "Gerlacha"
wywieziono na Śląsk, do mającego tam powstać centrum dystrybucyjnego, towar
wartości 3 mln zł. - Kupili nas, by potem zlikwidować - mówią pracownicy. O
nabywcy "Gerlacha", firmie "Lodus" nic konkretnego nie byli w stanie nam
powiedzieć urzędnicy z Urzędzie Gminy w Drzewicy. - To trochę dziwna
sytuacja, gdy władza lokalna, gospodarz terenu nie jest zorientowany, komu
został sprzedany wielki zakład - mówi zirytowany
przewodniczący "Solidarności".
Z właścicielem "Lodusa" - firmy zajmującej się chłodniami, nie sposób się
skontaktować. Prezes zakładu Jarosław Dziwisz też został "przywieziony" ze
Śląska, broni jak lew interesu właścicieli. - Sprzedaż szła nam coraz
trudniej - mówi. Jednak według pracowników, gdyby właścicielowi naprawdę
zależało na zakładzie, zrobiłby wszystko, żeby przetrwać.