Gość: Dosadny
IP: 130.94.106.*
12.05.03, 19:03
NIE dla Polski
Odkąd żyję na tym padole łez – a żyję ponad 36 lat –
nie widziałem w ludziach tak wiele pesymizmu. Chyba
nawet brak wolności za tzw. komuny, ocet na półkach i
kolejki po pasztetową nie załamały narodu tak jak
dzisiejsze realia. Przynajmniej nikt się nie bał, że
pójdzie na śmietnik, a twarda waluta uciułana w
pończosze dawała jakieś poczucie bezpieczeństwa na
czarną godzinę. Dziś propaganda jak dawniej
przekonuje, że będzie lepiej, agituje, europeizuje,
ale Polacy się boją, bo stracili grunt pod nogami.
Polakom pozbawionym nadziei przyszło już tylko wierzyć
i czekać na cud. Na Europę.
W ten właśnie sposób, jednoznacznie odczytuję wyniki
ostatnich sondaży: skandaliczne, niebywale niskie
poparcie dla rządu (10 procent!) i SLD (22 proc.) przy
wysokim poparciu dla integracji z Unią (ponad 70
proc.). W poprzedni piątek, podczas prezydenckiej
trasy koncertowej, w Płocku (21 proc. bezrobocia) – w
lokalnym referendum – 83 proc. dorosłych i 82 proc.
młodzieży głosowało za Unią. Tego samego dnia ponad 20
tysięcy zdesperowanych ludzi wyszło na ulice Warszawy.
Reprezentanci polskiego świata pracy obrzucali jajami
i kamieniami gmach rządu, a ten dwoi się i troi, aby
zapewnić zjednoczenie z Europą. Ilu z protestujących
było za integracją? Z pewnością większość.
Coraz gorsza sytuacja w kraju: wzrost bezrobocia,
rywinizacja elit, dalsze ubożenie ubogich, w
perspektywie podwyższenie wysokich podatków –
wszystko, co dziś w Polsce oznacza koszmar, przekłada
się na jutrzenkę w Europie. Ludzie żyją już tylko
nadzieją. I nie wolno im jej odbierać, bo nadzieja
rodzi zawsze mniejsze lub większe pokłady wiary i
entuzjazmu, a to nam się bardzo przyda na unijne guten
morgen. Polakom nie wolno też – do 8 czerwca –
odbierać rządu Leszka Millera, bo każdy nowy gabinet
powstały w przeddzień referendum unijnego miałby
wyższe od Millerowego notowania. Wzrost nadziei na
lepsze jutro w ojczyźnie natychmiast osłabi chęć
zjednoczenia z Europą, zwłaszcza wśród
niezdecydowanych. U podłoża tych polsko-unijnych
wahań, które przełożą się na wynik referendum, leży
lęk przed unijnym nieznanym. Lepszy przecież swój
wróg, na własnej piersi wyhodowany, niż taki, którego
ani mentalności, ani nawet łajania w pracy nie sposób
zrozumieć.
To – na pierwszy rzut oka – paradoksalnie wysokie
poparcie dla Unii Europejskiej – przy negacji całej
ekipy rządzącej – jest zupełnie naturalne i
wytłumaczalne. Kluczem do zrozumienia tego mechanizmu
jest słowo desperacja. Najwyraźniej ogarnęła ona
większość obywateli, i dla tej większości Unia stała
się obecnie ziemią obiecaną leżącą na końcu pustyni o
nazwie III RP. Desperacja przeważyła i zdominowała lęk
przed nieznanym.
Cóż można powiedzieć tym, którzy się nadal boją i
jeszcze długo bać się nie przestaną? Otóż faktycznie
dla Polski nie ma już innego wyjścia, jak wtopienie
się w Europę. Szukanie sojuszników (których nasz kraj
mieć musi) za morzami i oceanami lub w państwach
byłego ZSRR trzeba rozpatrywać w kategoriach wyprawy
Kolumba do Indii, ale na początku XXI wieku – wszelkie
szlaki są już przetarte i na odkrycie Ameryki, a tym
bardziej współudział w jej bogactwie, też nie ma co
liczyć. Świat na naszych oczach ulega coraz większej
globalizacji. Obecny podział na dwie strefy wpływów:
niemiecko-francusko-rosyjsko-chińską oraz amerykańską –
jest chwilowy i po zagojeniu ran w Iraku czas zatrze
również antagonizmy pomiędzy mocarstwami. Gdzie
wówczas znajdzie się Polska? Czy zawsze będzie mogła
liczyć na offsety wujka Sama? Z pewnością nie. A gdyby
nawet, to żadna doraźna pomoc z USA, Unii czy
jakiegokolwiek innego źródła, choćby idąca w
dziesiątki miliardów dolarów, nie postawi na nogi
czegoś, czego praktycznie już nie ma – polskiej
gospodarki. Jedyną szansą (bo tak właśnie należy
traktować zjednoczenie z Europą) dla naszego biednego
kraju jest totalne wymieszanie z unijnymi strukturami.
To musi być – w pewnym sensie – czwarty rozbiór
Polski, czy tego chcemy, czy nie. Inne państwa
europejskie już na to poszły, choć większość wcale nie
musiała. My musimy.
Nie łudźmy się, że przyjdą nowi ludzie i nowy rząd,
który na popiołach PRL-u i republiki kolesiów wzniesie
drugą Japonię. Pora odtrąbić zwycięstwo. Wygranymi po
1989 roku są postsolidarnościowe i postpeerelowskie
elity, od 14 lat grzejące nawzajem dla siebie stołki,
a także watykański Kościół. Elitom i Kościołowi w
zwycięstwie pomogła armia zmutowanych żołnierzy
powstałych ze skrzyżowania polskiego zapyziałego
szlachetki z osobnikiem o nazwie homo sovieticus –
czyli większość mieszkańców naszego pięknego kraju.
Jak inaczej bowiem można potraktować zaufanie, jakim
cieszą się u nas niezmiennie kościelne pijawki, mistrz
dobrego wrażenia – Kwaśniewski; lub ostatnie
zwycięstwa w wyborach na prezydentów miast osobników:
Kaczyńskiego czy Kropiwnickiego? Albo my, Polacy, nie
potrafimy wybrać, albo wybrać nie mamy kogo. Tak czy
inaczej, nie powinniśmy już więcej popierać nikogo.
Chyba że za kilka lat mamy zamiar żywić się w
dewastowanych sklepach jak Argentyńczycy, a za lat
kilkanaście jeść trawę jak wyznawcy Kima w Korei
Północnej. Można też zorientować się zupełnie na
Wschód, jak chciałoby wielu, i obudzić się za jakiś
czas w drugiej Białorusi. Byłem – nikomu nie życzę.
Tak samo zresztą jak w kraju, gdzie rządzi episkopat,
a do tego właśnie bez przerwy dążymy. Trzeba stanąć
przed sobą w prawdzie – jak mawia „Ojciec Święty”,
któremu po części zawdzięczamy wolność – i powtórzyć
za kanclerzem Bismarckiem: „Dajcie Polakom wolność, a
zniszczą samych siebie”. A jak się komuś Bismarck nie
podoba, to może być Piłsudski: „Dla Polaków można
zrobić wszystko, z Polakami nic”. Smutne to, ale
prawdziwe.
Powtarzam – integracja z Unią da nam szansę, pod
warunkiem że będzie trwała i jak najściślejsza. Im
mniej do powiedzenia w przyszłym kraju unijnym nad
Wisłą będą miały polskie elity, tym lepiej dla szarych
obywateli naszego kraju. Cała nadzieja dla nas w
zupełnym wręcz przemieszaniu instytucji, praw,
kapitałów, a nawet nacji w zjednoczonej Europie.
Porzućmy marzenia o Polsce od morza do morza. Nie te
czasy. Na co możemy liczyć w zamian? Jeśli
wykorzystamy blisko 40 procent unijnych funduszy
strukturalnych dla nas przeznaczonych, nie będziemy
płatnikiem netto. Musimy zrobić wszystko, aby
wykorzystać jak najwięcej – to jeden z warunków
sukcesu. Napływ obcego kapitału rozhuśta gospodarkę.
Niestety, skorzystają jak zwykle bogatsi, którzy będą
mieli środki na zagraniczne studia, na wkład
inwestycyjny itp. Ale biedniejsi powinni znaleźć pracę
i bezpieczeństwo socjalne. Nie od razu i nie wszystkim
będzie lepiej. Prezydent Kwaśniewski mówi, że poprawi
się za lat piętnaście, ja bym dodał jeszcze z pięć.
Ale czas będzie wreszcie pracował na korzyść... no,
powiedzmy – naszych dzieci. Najważniejsze, aby Polacy
żyli godnie. Niech już Polska traci siłę, aby ludzie
żyli dostatniej!
JONASZ