titanic66
12.11.07, 17:54
Policzek dla armii
Miejski strażnik generałem
Tego jeszcze nie było! Po roku służby w wywiadzie wojskowym, jego szef, były
warszawski strażnik miejski z czasów prezydentury Lecha Kaczyńskiego – Witold
Marczuk został generałem. Najpierw po cichu z cywila stał się pułkownikiem, bo
pewnie tego wymagała ranga jego stanowiska. Potem z okazji Dnia Niepodległości
jego pryncypał i obecny prezydent Polski nadał mu pierwszy stopień generalski.
Czym zasłużył się Marczuk? Wielu sukcesów na swoim koncie jako szef Służby
Wywiadu Wojskowego nie odnotował. Za to porażek było kilka. To właśnie na czas
jego rządów w wywiadzie wojskowym przypadła arcytrudna misja w Afganistanie.
Jest wiele powodów, by uznać, że nasz wywiad podczas tej ważnej operacji stał
się ślepy i głuchy. Polscy oficerowie nie cieszą się przesadnym zaufaniem
swoich sojuszników z NATO i nie mają równorzędnego z nimi dostępu do tajnych
natowskich informacji. Dla naszego wywiadu całkowitym zaskoczeniem był np.
zamach na polskiego ambasadora w Bagdadzie. Nie dość, że przeciwnik znał
trasę przejazdu, to znał również charakterystykę samochodu generała Pietrzyka:
nie tylko użył ładunku o dostatecznej sile, by pojazd zniszczyć i podpalić,
ale strzelając w słabiej chroniony dach, próbował dobić ambasadora pociskami
chemicznymi. Ta metoda i sposób przeprowadzenia operacji świadczą o tym, że
przeciwnik ciagle doskonali swoje metody, a ludzie Marczuka uczą się na
własnych błędach. Jest swoistym paradoksem i kompletnym brakiem wyczucia ze
strony prezydenta, że nominacja Marczuka na niezasłużony stopień generalski
przypadła w tym samym dniu i podczas tej samej uroczystości, na której
prezydent odznaczał cieżko rannego w zamachu, ale wracającego do zdrowia
ambasadora Pietrzyka.
Marczuk od początku lat 90. jest związany z Lechem Kaczyńskim. Kiedy ten
kierował Biurem Bezpieczeństwa Narodowego za kadencji Lecha Wałęsy, Marczuk
był szefem Departamentu V BBN. To właśnie temu departamentowi zarzucano
inwigilowanie polityków. Wówczas Marczuk tłumaczył się, że jego ludzie w BBN
zajmowali się jedynie „monitorowaniem policji i UOP w imieniu urzędu
prezydenta”, a działań operacyjnych czy dochodzeniowych nie prowadzili.
Kiedy Wałęsa pozbył się braci ze swojej kancelarii, razem z nimi odszedł
Marczuk. Dalszą karierę zaczął robić w służbie celnej. W 1992 r. został
generalnym inspektorem celnym. Jego sukcesy na tym polu są nieznane. Za to w
1995 r. prokuratura zarzuciła mu, że jako szef GIC nie dopełnił obowiązków w
sprawie przemytu papierosów i sprzętu RTV. Straty Skarbu Państwa miały sięgać
8 mln zł. Marczuk nie poczuwał się do winy. Mimo tego ówczesny minister
finansów Leszek Balcerowicz z Unii Wolności zażądał jego dymisji. Głowę
Marczuka uratowali jednak politycy koalicyjnej Akcji Wyborczej Solidarność. Na
tyle skutecznie, że dopiero w 1998 r., po nagłośnieniu sprawy przez media,
premier Jerzy Buzek zdjął go ze stanowiska. Jednak śledczy z Torunia w 1999 r.
sprawę umorzyli i Marczuk wrócił do GIC. W międzyczasie przewinął się przez
Najwyższą Izbę Kontroli za kadencji Lecha Kaczyńskiego oraz przez TVP.
Kiedy Lech Kaczyński został prezydentem Warszawy, Marczuk objął szefostwo
warszawskiej straży miejskiej, zwanej gwardią Kaczyńskiego. Kwalifikacje miał
do tego znakomite. Z wykształcenia jest biologiem – oceanografem. A Warszawa
to ocean nieprawości. Dokształcać się nie zamierzał. Jako jedyny z
warszawskich strażników nie odbył trzymiesięcznego kursu, który muszą
przechodzić wszyscy podejmujący służbę w warszawskiej straży. Ale wszyscy, to
przecież nie szef.
W uznaniu zasług po wygranych przez PiS wyborach w 2005 r. Marczuka postawiono
na czele Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Widocznie nie za bardzo się
sprawdzał, bo niedługo potem zastąpił go na tym stanowisku przyjaciel ministra
Ziobry, prokurator Bogdan „Godzilla” Święczkowski. A Marczuk, po krótkiej
kwarantannie w Pałacu Prezydenckim, objął fuchę w Służbie Wywiadu Wojskowego.
Świeżo mianowany pan generał to nie jedyny człowiek, który PiS-owi zawdzięcza
błyskawiczny wojskowy awans. Kolejni to dowódca Żandarmerii Wojskowej Jan
Żukowski, czy p.o. szefa BBN Roman Polsko. W ciągu dwóch lat obaj z
pułkowników stali się dwugwiazdkowymi generałami. Żukowski ten awans otrzymał
wczoraj. Przypadek Marczuka jest jednak niepowtarzalny, bo z cywila generałem
brygady został w rok. Z pogwałceniem zasad i tradycji. To nie tylko skandal,
ale i obraza dla armii.
Zastanawiamy się, kto jeszcze otrzyma generalskie szlify od braci. Osobiście
polecamy pana Dzięcioła, kiedyś zwycięzcę Big Brothera, obecnie posła, z
zawodu też strażnika miejskiego. Ten przynajmniej jest sympatyczny.
***
Żenada, kuriozum
Jerzy Szmajdziński (LiD), wicemarszałek Sejmu, były szef MON
Po roku w Służbie Wywiadu Wojskowego, Witold Marczuk, cywil, były szef straży
miejskiej, otrzymał generalskie szlify. Jak Pan to ocenia?
– To sceny żenujące, niegodne Święta Niepodległości. To brak szacunku dla
stopnia generalskiego, dla wojska, historii, tradycji, dla wszystkiego.
Nie jest pierwszym, który tak błyskawicznie awansował za rządów PiS-u.
- W przypadku generała Polko to trochę co innego, bo był pułkownikiem. Ale
oczywiście było to podobne złamanie niepisanych zasad. Przypadek pana Marczuka
jest kuriozalny. Ale zawsze za rządów polskiej prawicy w lekceważący sposób
traktowano kwestie awansów w służbach mundurowych. Pamiętam, jak w czasach
AWS, za premiera Jerzego Buzka, błyskiwaczny awans otrzymał np. ówczesny szef
straży granicznej, a późniejszy komendant główny policji Marek Bieńkowski.
Wiadomo, że Marczuk nie ma szans na utrzymanie się na stanowisku szefa
wojskowego wywiadu. Czy ten awans to nagroda na odchodne? Załatwienie wyższej
odprawy?
- Oczywiście z awansem są związane wszystkie przywileje zbliżone do
przywilejów prokuratorów krajowych czy prokuratorów apelacyjnych, których
masowo produkuje pan Ziobro. W taki sposób PiS prezentuje swój lekceważący
stosunek do państwa, jego instytucji i urzędów.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał Piotr Ożadowicz