Gość: kruk
IP: *.nas.one.net.au
25.05.01, 20:12
Świadkowie
Obejrzałem w telewizji film Agnieszki Arnold pt. "Sąsiedzi". Wstrząsający.
Ale - wyznam - wstrząsnąłby mną bardziej, gdybym nie odnajdywał w nim co chwila
jawnej manipulacji.
Pierwszą manipulacją jest to, iż we wstępnej rozmowie autorka określiła go jako
film "o pamięci". Jeżeli miałby być to film o pamięci, musiałoby w nim znaleźć
się to, co rozmówca zapamiętał - i co uważa za ważne. Nie to, co za ważne uważa
pani Arnold - a właśnie on, bo to jego pamięć, a nie pamięć reżysera jest
ważna.
A faktycznie jest to film o Polakach-mordercach, takich, jakich pani Arnold
odnalazła i chciałaby możliwie ostro wyeksponować. Nie licząc się z tym, że
widz nie umie skojarzyć, czy ten rów z ludzkimi kośćmi leży pod Jedwabnem,
Radziłowem czy Wąsoszą? Kto stoi za mordercami i jaki jest rzeczywisty powód
tego potwornego zabójstwa? Mordowali Polacy i tylko Polacy, niech to widzom
wystarczy, niech z taką wiedzą wyjdą po obejrzeniu tego, co miała do
zaoferowania.
A ma naprawdę zaledwie kilku świadków mówiących o zdarzeniach mających miejsce
w trzech spornych miejscowościach. Jakby innych nie było. A są. Spotkał się z
nią w siedzibie IPN Stefan Boczkowski, także świadek. I to świadek niezwykle
ważny, gdyż taki, który widział podpalenie stodoły w Jedwabnem, a właściwie na
skraju miasteczka. Twierdzi, iż widział podpalających ją Niemców. A więc nie
jest świadkiem "właściwym". Cóż więc czyni pani Arnold? Proponuje mu, aby jej
opowiedział o stosunkach polsko-żydowskich przed wojną, kiedy był chłopcem - za
młodym, aby ówczesną sytuację ocenić, ba, zrozumieć. Ale jako świadek, jeden z
nielicznych - jej nie obchodzi: ma inteligencką twarz, podobnie jak owi Żydzi z
Jedwabnego. Może mógłby coś "po żydowsku" zaśpiewać, tak jak jeden z nich
śpiewa po polsku, może byłby partnerem reżysera? Ale potrzebni są albo
świadkowie polskiej zbrodni, albo jeszcze lepiej - zbrodniarze.
Pokazano nam fragment opowieści Genowefy Malczyńskiej, zresztą bez podania
nazwiska. Opowiada o tym, jak ją wraz z matką i rodzeństwem wywożono w głąb
ZSRR. Mówi, że do mieszkania weszło dwóch enkawudystów, a dwóch miejscowych
Żydów pozostało w ogrodzie, na zewnątrz. A potem - już jedynie jazda wozem do
miejsca, w którym czekać na nich będą wagony kolejowe. Tymczasem pani
Malczyńska nie to ma do przekazania, nie to najlepiej zapamiętała - i na pewno
opowiedziała, tak jak opowiedziała mnie i co najmniej kilku jeszcze osobom.
Zacytuję fragment tej złożonej mi relacji. "Rodzeństwo wybuchnęło płaczem.
Żołnierz (NKWD - "TS") był łagodnie usposobiony i powiedział do matki: - Wy,
chaziajka nie płaczcie. Matka zaczęła rozmowę z żołnierzem, zapytała, skąd
jest, odpowiedział, że z Moskwy. Spytała: - To skąd wiecie kogo macie
aresztować? Na to żołnierz odpowiedział: - My s saboj sabak nie priwiezli - to
waszy jewreji".
Ale już ta prawda i ten element pamięci pani Genowefy nie zainteresował jej
interlokutorki, to zostało wycięte, wyeliminowane. Po prostu nie pasowało do
ideowego zamysłu, wybiegało poza treści zakwalifikowane do wyemitowania.
Podobnie jest w rozmowie z Laudańskimi. Kiedy, bodaj Kazimierz, mówi, że
aresztowano ich ojca, następuje natychmiast cięcie. A sądzę, że w tym właśnie
punkcie rozmówca miał dość dużo do powiedzenia, że wiele zapamiętał i wiele
chciał przekazać pani reżyser. Ojca jego aresztowano już w październiku 1939
jako jednego z pierwszych. Przesiedział w więzieniu w Łomży niemal dwa lata.
Wyszedł z niego na pół ślepy i ze "słabością" w nogach, ledwie chodził. Już 22
czerwca "wyzwolili" go Niemcy, a napotkany chłop z jednej okolicznych wsi
odwiózł furmanką do domu. To właśnie owa słabość nóg i niemalże ślepota były
najbardziej przemawiającym, tak dla prokuratora, jak i dla sądu, argumentem, że
nie mógł wziąć czynnego udziału w mordzie na swych sąsiadach. Został
uniewinniony, podczas gdy obaj jego synowie otrzymali długoletnie wyroki. Może
więc syn najstarszy chciałby coś o nim powiedzieć, "coś zapamiętał". Ale
autorkę filmu o ludzkiej pamięci zupełnie nie interesowała taka pamięć,
ważniejsze były jakieś mało zrozumiałe opowieści o stosunkach przed wojną, tak
cięte, że, dalipan, trudno było coś wyrozumieć.
A ksiądz Edward Orłowski i sprawa księdza Kemblińskiego, który tylko "stał w
bramie kościoła"? Musiał wszak ks. Orłowski opowiedzieć pani reżyser o tym, co
jemu z kolei opowiadał ówczesny wikary i administrator parafii, a po wojnie
proboszcz przez te trzy lata, w których ks. Edward pełnił w Jedwabnem funkcję
wikarego. Otóż ks. Józef Kembliński nie "stał", ale poszedł na posterunek
żandarmerii w Jedwabnem. Poszedł, aby interweniować wobec tego, co się
zaczynało dziać w miasteczku. Ale na tym posterunku rządził już od pewnego
czasu nie znany oficer żandarmerii, a jakiś inny, obcy. Na interwencję
wikarego, który dobrze znał język niemiecki, ryknął na niego dziko i zagroził
nie czym innym, a śmiercią. Cóż pozostało księdzu?
Oczywiście, mógł spłonąć razem ze swymi sąsiadami, ale takie "mógł" wypowiada
się najłatwiej, pijąc ranną kawusię, a nie gdy śmierć zagląda w oczy. Więc
tylko stanął w drzwiach, gdy z rynku wychodzili w ulicę Cmentarną - i może
błogosławił, może płakał... Tego się już nie dowiemy i tego nam nie powiedzą
odszukani w mieście świadkowie.
Natomiast film ma pewien niespodziewany walor. Otóż potwierdza, że późniejszy
Szmul Wasersztajn to przedwojenny i wojenny Stanisław Całko. Odpowiada
rysopisowi, który przedstawił pan Karwowski i parę innych osób, które zresztą
stykały się z nim także po wojnie, kiedy nosił to nowe nazwisko: pociągła
twarz, wielkie uszy, dość wysoki.
Tak więc owe manipulacje przeszkadzały mi w odbiorze filmu, przecież ważnego,
zupełnie niezależnie od tego, jakie zamiary miała autorka.
Drugą część oglądało się już bez większych oporów. Nie miała niczego "wykazać",
była bardziej humanitarna, spokojniejsza. Mówiła o ludziach uratowanych i
ludziach ratujących. Ładnie mówiła.
Ta część była nie mniej ważna - i jakaś inna. Trudno mi właściwie określić -
dlaczego?
I jestem ogromnie ciekaw, jak film ten przyjęli mieszkańcy Jedwabnego, w tym
także ci, którzy występowali przed kamerą. Oni najlepiej mogliby go ocenić.
TOMASZ STRZEMBOSZ