henrykkreuz
09.10.03, 15:23
Dziennik „Rzeczpospolita” z wtorku, 8 października, poinformował, że według
organizacji międzynarodowej pod nazwą Transparency International, Polska
oceniana jest jako najbardziej skorumpowany kraj wśród krajów kandydujących
do Unii Europejskiej oraz, że ta sytuacja, z roku na rok się pogarsza. Jest
to o tyle przykre, że z roku na rok nasila się w Polsce walka z korupcją i
kiedy by nie otworzyć telewizora, posłuchać radia czy wziąć do ręki byle jaką
gazetę, to walka z korupcją coraz bardziej się natęża i coraz więcej miejsca
jest temu poświęcane. Przypomina to do żywego starą tezę towarzysza Stalina,
o zaostrzaniu się walki klasowej wraz z rozwojem socjalizmu: im bardziej
umacnialiśmy i rozwijaliśmy tamten ustrój szczęśliwości społecznej, im
bardziej zwyciężaliśmy i niszczyliśmy wroga klasowego, tym wróg klasowy
stawał się groźniejszy i wymagał stosowania bardziej stanowczych i
radykalnych metod. Tak i z tą potworną hydrą korupcji: im bardziej stanowczo
i zdecydowanie ją zwalczamy, to jej coraz więcej. Pojawiają się nowe
wspanialsze metody walki z korupcją. Minister Janik wymyślił, żeby
policjantom zaszywać kieszenie, prezydent Kropiwnicki postanowił, że żaden
urzędnik, nawet on sam, nie ma prawa rozmawiać z nikim w cztery oczy, Sejm
powołał nawet specjalną komisję śledczą, która na naszych oczach, prawie od
roku tropi korupcję i nic! Z gazet wychodzących w tym tygodniu dowiadujemy
się, że Grzegorz Żemek, główny oskarżony z procesie FOZZ, facet, który był
głównym instrumentariuszem przy wykręcaniu z polskiego systemu finansowego
miliardów dolarów, nadal, jakby nigdy nic, kręci sobie dalsze lody na setki
milionów i za nic ma kolejne rządy i sądy, a szef Narodowego Funduszu
Zdrowia, młody i bystry facet, niczym drugi Ireneusz Sekuła, nagle strzela
sobie w łeb z dubeltówki i znajdują go w jakichś szuwarach. Dobrze chociaż,
że to zrobił w szuwarach, gdzie nikt go nie widział, bo w ten sposób
przynajmniej wiemy na pewno, że zrobił to sam i bez niczyjej pomocy, bo gdyby
to zrobił na ulicy, tak jak generał Papała czy minister Dębski, to wtedy
powstałyby podejrzenia, że ktoś go zastrzelił i biedne państwo polskie, czyli
my wszyscy, musiałoby tracić dodatkowe pieniądze na poszukiwanie zabójców,
których przecież znaleźć nijak się nie da.
W minioną sobotę, młodzi ludzie z Opola i Torunia, ze stowarzyszenia „Stop
Korupcji”, zorganizowali w Toruniu I Ogólnopolski Kongres Antykorupcyjny.
Wśród prelegentów kongresu znaleźli się, między innymi, profesorowie
Uniwersytetu Mikołaja Kopernika Andrzej Zybertowicz i Grzegorz Górski, prezes
Transparency International – Polska p. Julia Pitera, prezes Centrum im. Adama
Smitha dr Andrzej Sadowski, redaktor naczelny „Znaków Nowych Czasów” Michał
Drozdek. W odróżnieniu od innych osób publicznie wypowiadających się na temat
korupcji w Polsce prawie wszyscy prelegenci, jako rzecz o znaczeniu
zasadniczym, podnieśli sprawę ordynacji wyborczej i stwierdzili, że bez
wprowadzenia jednomandatowych okręgów wyborczych w wyborach do Sejmu
hasło „stop korupcji” pozostanie jedynie hasłem, i że zmiana ordynacji
wyborczej jest krokiem wstępnym i koniecznym do oczyszczenia państwa
polskiego.
Jaki jest związek ordynacji wyborczej do Sejmu z korupcją i dlaczego w Polsce
konieczne jest wprowadzenie JOW, podczas gdy są na świecie kraje, w których
wybory są w ordynacji proporcjonalnej, a stopień korupcji jest tam nie
wielki, takie chociażby jak kraje skandynawskie, Finlandia czy Szwecja?
Istnieje wiele istotnych różnic pomiędzy Szwecją czy Finlandią a Polską,
które mają wpływ na życie obywateli i funkcjonowanie państwa i poziom
korupcji. Zapewne sprawą główną będzie system edukacyjny, sposób w jaki
wychowuje się dzieci, wartości jakim hołdują ich rodzice. Są ludzie, którym
powierzyć można dowolną sumę pieniędzy i wiadomo, że grosz nie zginie, a przy
innych nie pomagają szafy pancerne. Inaczej funkcjonuje państwo, do którego
obywatele mają zaufanie, w którym działa prawo i ustalone porządki, inaczej
państwo, jak Polska, gdzie nie ma ani rządu, ani sądu, gdzie państwo należy
dopiero tworzyć na jakichś nowych zasadach. Być może najlepiej zilustruje to
porównanie jak tworzono II Rzeczpospolitą, po roku 1918, a jak obecne
państwo, niesłusznie nazywane III Rzeczpospolitą. W tamtej też była korupcja
i trzeba było z nią walczyć, ale nie była zasadą tworzenia państwa, jak to
miało miejsce kiedy ogłoszono koniec PRL. Tamtą tworzyli Polacy-patrioci,
którzy swego patriotyzmu dowiedli krwią i blizną, wielopokoleniową pracą dla
niepodległości Polski, a nie skorumpowani pieczeniarze, tajni agenci
komunistycznych służb specjalnych i sowieccy najemnicy. Korupcja, to nie jest
tylko wręczenie komuś koperty czy innej łapówki, korupcja to niejawne
związki, zależności, korupcja to także szantaż, klientyzm i nepotyzm. II
Rzeczpospolita powstała z niczego entuzjazmem i wysiłkiem Polaków, którzy
gotowi byli oddać za nią życie, III Rzeczpospolita to, jak to opisali w
wydanej w roku 2000 w Londynie i Nowym Jorku książce „Privatizing the Police
State. The Case of Poland” profesorowie Maria Łoś i Andrzej Zybertowicz –
sprywatyzowane państwo policyjne, w którym głównym, aczkolwiek niejawnym i
zakulisowym aktorem politycznym, posiadającym największy wpływ na sprawy
państwowe, pozostają dawne służby specjalne, przede wszystkim wojskowe służby
informacyjne. Powraca do tego tematu prof. Zybertowicz w najnowszym artykule
dla „Przeglądu Socjologicznego” zatytułowanym „W centrum czy na obrzeżach?
Przemoc w III RP”. Pajęczyna takich powiązań oplotła grubą siecią nasze życie
publiczne i państwowe i uniemożliwia nam wyrwanie się na swobodę. To te
powiązania, system haków i teczek, tajnych informacji, gromadzonych przez
dziesięciolecia, umożliwia szantażowanie polityków, wymuszanie haraczy w
postaci pieniędzy i usług, zapewnia bezkarność i prosperity Żemkom i
Przywieczerskim, uniemożliwia wyjaśnienie zagadkowych śmierci generałów i
ministrów. Dla tych powiązań, dla tej ukrytej i skomplikowanej sieci powiązań
i haków ordynacja partyjna jest instrumentem opatrznościowym i niezwykle
poręcznym, który umożliwia zakulisowym aktorom układanie partyjnych list
wyborczych, a w konsekwencji wpływanie na skład Sejmu i rządu. Ordynacja
partyjna, sama w sobie, jest kiepskim instrumentem, zawsze i wszędzie
psującym państwo i degenerującym demokrację. Ale tak jak rdza przeżerająca
metal: aby zardzewiał wielotonowy gruby blok żelaza potrzeba wieków, podczas
gdy cienka żyletka po kilku dniach nie będzie się nadawała do użycia, tak i z
organizmem państwowym. Nim gruby schudnie, to chudy umrze, powiada
przysłowie. Dla Finlandii i Szwecji to może być proces gnilny, z którym
przetrwają pokolenia, dla Polski, na tej peerelowskiej pożywce, to katastrofa.
Kiedy nie działa prawo, kiedy nie działa system wymiaru sprawiedliwości,
kiedy policjanci łapią przestępców a prokuratorzy i sędziowie natychmiast ich
wypuszczają, kiedy nie można przeprowadzić lustracji polityków, prokuratorów
i sędziów, kiedy wybory tylko bez przerwy reprodukują i odtwarzają starą,
skorumpowaną klasę polityczną, zmiana systemu wyborczego, wprowadzenie JOW,
jest jedynym racjonalnym i w miarę bezbolesnym sposobem przerwania pępowiny
łączącej III RP z PRL. Na Kongresie Antykorupcyjnym w Toruniu prof. Andrzej
Zybertowicz przestawił trzy możliwości rozwoju sytuacji: albo (1) ten proces
gnicia będzie kontynuowany, albo (2) nastąpi wstrząs niekontrolowany, poprzez
wybuch jakichś rozruchów na wzór Argentyny, albo (3) poprzez wstrząs
kontrolowany, który przetnie powiązania z PRL, umożliwi zahamowanie procesu
gnilnego i otworzy drogę do IV Rzeczypospolitej. Takim wstrząsem
kontrolowanym byłaby zmiana ordynacji wyborczej i wprowadzenie JOW w wyborach
do