piegusik77
08.06.05, 12:43
Wczoraj w Dużym Formacie ukazał się wywiad z Bartoszem Żurawieckim. Pośród
rozważań o homoseksualizmie pojawiła się też cenna refleksja na temat rodziny
i przyjaźni, z którą w pełni się zgadzam.
W Polsce rodzina jest traktowana jak świętość i jako "instytucja", która
powinna być najważniejsza dla każdego Polaka, natomiast w znacznie mniejszym
stopniu docenia i pielęgnuje się przyjaźnie. Dopóki jesteśmy w szkole,
przyjaciele są najważniejsi, spędzamy z nimi mnóstwo czasu, gadamy o
wszystkim. Ale gdy tylko ci sami przyjaciele dorosną i założą własne rodziny,
przyjaźń przygasa. I nie chodzi tylko o brak czasu, ale przede wszystkim o
brak troski i potrzeby pielęgnowania przyjaźni. Żona czy mąż powinna/powinien
być oczywiście najlepszym przyjacielem, ale te inne przyjaźnie są równie
cenne. Relacje małżeńskie/rodzinne to nie jedyne istotne relacje w naszym
życiu; przyjaźń to też wzbogacający i ważny związek, choć nie ma żadnego
sakramentu, który by go sankcjonował.
Co o tym myślicie? Czy takie podejście do rodziny to przede wszystkim efekt
wpływu Kościoła katolickiego? Podobnie jest także we Włoszech, kraju -
przynajmniej nominalnie - mocno katolickim.