czarnucha
06.08.03, 21:36
Fragment:
Dinozaur z wózkiem
Do pociągu osobowego wsiadł biednie ubrany jegomość w starym, wytartym i
spranym na śmierć garniturku. Miał ze sobą wózek z supermarketu, w nim termos
z wrzątkiem, trochę batonów i chipsów, kawę, herbatę, piwo. Ceny umiarkowane -
bez VAT-ów i ZUS-ów, choć niewykluczone, że z łapówką dla konduktorów. W
państwowych pociągach handlować przecież nie wolno, jest to przywilej
zastrzeżony dla WARS-u. WARS wprawdzie z niego nie korzysta, bo nie ma
wagonów barowych, ale nie wolno. Jegomość przeleciał po wagonach, wysiadł
parę stacji dalej, zapewne by wsiąść ze swym majdanem w pociąg jadący w
przeciwną stronę. Zarobek z tego jednego kursu nie miał prawa przekroczyć
kilku złotych. Gdyby gość chciał się zarejestrować i działać legalnie, a nie
jako „szara strefa”, już następnego dnia musiałby zastawić swój wózek w
lombardzie.
Patrzyłem na niego z rozrzewnieniem, jakim darzy się dziwolągi. Patrzcie, oto
ubogi Polak, który stara się na przekór wszystkiemu uczciwie zarobić na
życie. Zamiast uwalić się bykiem, żądać, blokować drogi i przy wódce
przeklinać wszystkich tych, którym się wiedzie lepiej, łapie zdezelowany
wózek i za grosze spędza dzień na tłuczeniu się w pociągach. Skąd się tu taki
ulągł, w tym kraju białych murzynów?
Dwa dni przed podróżą pociągiem osobowym słuchałem w radiu reportażu z
regionu dotkniętego bezrobociem. Jest tam zawodówka, kształcąca mechaników od
sprzętu rolniczego. Nikt ich do niczego nie potrzebuje, mimo to zawodówka
wypluwa regularnie kolejne roczniki, wprost na bezrobocie. Od dziesięciu lat
władzom oświatowym nie przyjdzie do głowy, żeby coś z tą idiotyczną zawodówką
zrobić, przerobić ją choćby na szkołę tańca, bo to miałoby więcej sensu - i
od lat żadnemu z rzeszy zapitych berbeluchą niedoszłych mechaników nie
przyjdzie do głowy, żeby albo pojechać gdzieś, gdzie mechanik jest potrzebny,
albo nauczyć się czegoś przydatnego. Jest tylko berbelucha, głębokie
przekonanie, że rząd musi zapewnić pracę tłumowi mechaników, i wściekła
nienawiść do wszystkiego. Zresztą znajdująca pełne zrozumienie dziennikarzy i
innych mędrków, dzielących pogląd, że to państwo ma obowiązek wymyślić dla
tych wszystkich ludzi pracę, zaprowadzić ich do niej za rączkę, przypilnować,
by się nie upijali i regularnie zmieniać im pieluszki.
Gdyby facet z wózkiem trafił do tej okolicy, nienawiść niedoszłych mechaników
skupiłaby się właśnie na nim. Jestem tego pewien, bo znam podobny przykład z
byłego pegeeru w Słupskiem. Znalazł się tam jeden młody człowiek, który wziął
popegeerowską ziemię i podjął wyzwanie życia w sposób godny człowieka.
Wszystko, cokolwiek zasiał, kupił czy wziął w dzierżawę zostało mu
natychmiast rozkradzione, a kiedy próbował protestować - omal go nie spalono.
Po roku dał spokój, oddał ziemię agencji rolnej a sam stoczył się do równego
poziomu z resztą zapitej ludności. Po półwieczu peerelu Polacy przypominają
Indian z amazońskiej dżungli, o których pisze Cejrowski: kradnąc, nie mają
nawet świadomości, że kradną. Tak przecież zawsze było, że jak człowiek
potrzebuje ziemniaków, to idzie na pole i wykopuje, a jak żarówki, to idzie
do obory i wykręca. A skoro nie było już pola ani obory państwowych, to kopać
i wykręcać trzeba było u tego jedynego frajera, który ośmielił się odstawać.
Już nie odstaje.
Co dnia mijam na dworcu długie lady z kradzionymi gazetami. Wszystkie pisma,
lekko tylko przedatowane, można tu kupić za parę groszy. Wszyscy wiedzą, że
to kradzione - wynoszenie zwrotów „Ruchu” jest ostatnio jednym z głównych
źródeł zarobku jego pracowników. Nikomu ten fakt nie przeszkadza. Złodzieje
absolutnie nie mają poczucia, że czynią coś złego. Nabywcy kradzionego tym
bardziej. Są przecież biedni, nie stać ich na kupienie pisma z gołymi babami
za siedem pięćdziesiąt, a należy im się tak samo jak innym. Służba zdrowia
dorabia sobie kopertówkami, albo, kto nie ma takiej możliwości, jako
akwizytorzy zakładów pogrzebowych, policjanci kasują na lewo za przymykanie
oczu, i dobrze, jeśli tylko mandaty, a nie dolę od bandziorów, pracownicy
naukowi nie maja czasu pisać prac naukowych, bo chałturzą na prywatnych
uczelniach albo piszą za pieniądze prace magisterskie na murzyna, nauczyciel
za forsę daje korepetycje swoim uczniom, a pracownicy niezliczonych
instytucji, zwłaszcza administracji centralnej i samorządowej, zawierają ze
sobą umowy-zlecenia i wypłacają sobie dodatkową kasę za robienie tego, co
należy do ich służbowych obowiązków...
Złodzieje, złodzieje! - wrzeszczy polactwo od lat na ulicznych manifestacjach
pod adresem polityków. Fakt, politycy w Polsce też kradną. Skąd niby mieliby
się wziąć w tym kraju tacy, którzy nie kradną, skoro kradzież jest tu
zaliczana do praw człowieka? Ubogiemu przecież kraść wolno, bo go nie stać -
no a kto w Polsce nie czuje się ubogi, kto uważa, że go stać?
I dlatego prokuratury, urzędy skarbowe, policje tajne, jawne i dwu-płciowe,
które palcem nie kiwną w sprawie kradzieży czasopism czy innych złodziejskich
a powszechnych w naszym kraju procederów, zewrą szeregi by dopaść mojego
faceta z wózkiem i zgnoić go podatkiem, domiarami i karami za brak
zezwolenia. Żeby se nie myślał, żeby nie odstawał od zleperzałego narodu, nie
psuł jego ideowo moralnej jedności i żeby popamiętał, że w Polsce, jak we
wojsku: może być chujowo, byle u wszystkich jednakowo.