nobodyswife
01.12.08, 22:31
Mam zagwozdke. Jestesmy malzenstwem od kilku miesiecy i powoli probuje
wprowadzic zasady w kolejne sfery zycia. Kolejke zmywania i gotowania mamy juz
ustalona. Ze sprzataniem lazienki zaczynaja sie schody, bo maz czasem sie
poczuje, a czasem nie - no, musi miec humor. Dodam tylko, ze on jest ode mnie
troche starszy i ma trudny charakterek. Sila rzeczy doszlismy do kwestii
finansow - inaczej byc nie moglo. Ja zarabiam jednolicie: jedna kwota, jedna
wplata w miesiacu - prosta sprawa. Maz - hmmmm... co miesiac inna historia.
Niby ma ustalona place zasadnicza, ale rowniez co miesiac dostaje rozne
dodatki w roznych wysokosciach. Te dodatki znaczaco wplywaja na wysokosc
calego dochodu w miesiacu, w zwiazku z czym zamiast dostac tyle ile sie
spodziewa dostaje jeszcze dodatki w wysokosci np. 50% czy 70% pensji
zasadniczej, czyli sporo. Nie mam zadnej kontroli nad tym.
Problem tkwi w tym, ze ilekroc probuje z nim ustalic jakies zasady w
finansach, on to traktuje jak zamach na swoja wolnosc i niezaleznosc. Jak na
razie tylko raz pokazal mi wyciag ze swojego konta, ale bardzo szybko
skasowal. Na pytanie "Ile wlasciwie zarabiasz?" podaje mi kwote wynagrodzenia
zasadniczego. Z tego placi nasze rachunki, zostaje mu niewiele, a ewentualne
dodatki traktuje jak pieniadze na wlasne wydatki. Kiedy zapytalam ile dostaje
razem z dodatkami zrobil mi awanture, ze przeciez ich wysokosc co miesiac jest
inna, niekiedy sa bardzo niskie. Efekt jest taki, ze po oplaceniu rachunkow
calkiem spora kasa ucieka gdzies bokiem na kino z popcornem (2x tyg), ksiazki
i filmy z Empiku(~100 zl tygodniowo), obiady w knajpach, alkohol na imprezy z
kolegami, ciuchy z firmowych sklepow itd.
Generalnie ja jestem z natury oszczedna (chyba jak wiekszosc kobiet), on z
kolei nie patrzy na ceny. Jak mu sie cos podoba, to kupuje. Uwazam, ze ok.
Zarabia, wiec ma prawo kupic sobie kurtke za 400. Z drugiej strony nie mamy
gdzie mieszkac i zbieramy na mieszkanie. Wiadomo, jak bedziemy odkladac po
500zl, to zycia nam nie starczy. Dlatego tak bardzo zalezy mi na odkladaniu co
miesiac jak najwiekszych kwot. Wole teraz zacisnac pasa i wiecej odlozyc, niz
brac kredyt na calosc mieszkania i oddac drugie tyle bankowi.
Zdaje sobie sprawe, ze problem dotyczy nie tylko braku pomyslu na dobre
rozliczenie, ale rowniez roznicy w charakterach. Dodam jeszcze, ze ostatnie
kilka lat maz zyl samotnie po rozwodzie i nie zalowal sobie na przyjemnosci. Z
pierwsza zona nie mieli wspolnego konta, kazdy mial swoje i na wspolne cele
dawal wedle uznania.
Moze ktos podsunie jakis pomysl.