mama-123
27.11.08, 14:35
Nigdy nie myslalam, ze ludzie w uK sa nietolerancyjni, nigdy mnie
nawet to nie dotknelo. Mieszkam w Londynie, wiec tu tym bardziej
kazdy styka sie z innoscia, oswaja z nia i jakos z tym zyje. Wiem,
ze tylu obcokrajowcow w Londynie mieszka, i czasem mysle, ze to musi
byc trudne dla rdzennej ludnosci. Zawsze jednak spotykalam ludzi,
ktorzy w rozmowie i ogolnie zachowaniu zdawali sie byc tolerancyjni.
Od soboty do dzis wlacznie jednak spotkaly mnie 3 raczej przykre
sytuacje, ktore jakos mna troche wstrzasnely.
1). W ubiegly weekend wracajac autobusem z Oxford St slyszalam
rozmowe pewnej Angleiski z mezczyzna siedzacym obok. Byl tp
Ukrainczyk, ktory przyjechal do UK na jakis kontrakt. Rozmowa
toczyla sie na rozne tematy, a gdy doszli do angielskich parkow, owa
pani powiedziala, ze my Polacy jemy labedzie. Wprawdzie slyszalam,
ze w jakiejs gazecie artykul byl o nas rzekomo jedzacych labedzie,
ale jakos nigdy nie wierzylam, ze ktos wierzy, ze Polacy jedza te
ptaki. A tu prosze i to zdawaloby sie inteligentna osoba. |Czy ktos
z Was slyszal, ze my jemy labedzie, czy ktos z Was jadl, albo Wasi
znajomi? Mi sie w to nie chce wierzyc po prostu, ani w to, ze ktos
moze w to wierzyc.
2). Wczoraj wychodzac z naszego bloku pod drzwiami stal mezczyzna.
Wychodzac chcialam zamknac drzwi, ale on przytrzymal je. Zapytalam
go czy on ma prawo tu wejsc, czy mieszka, a on mi odpowiedzial, ze
przyszedl do znajomego, a domofon nie dziala. (to oczywiscie raczej
nie jest prawda, bo domofon wlasnie dziala bardzo sprawnie, ale
niech mu tam bedzie). Mowie wiec, ze ja go nie znam, a on mi na to,
ze on sie w IWelkiej Brytanii urodzil, wiec co ja chce. Wtedy juz mu
sie glos zmienil i wiedzialam, ze lepiej wogole jakiejkolwiek
dyskusji nie zaczynac, zreszta bylam z moim dzieckiem. No i
odeszlam, ze taki niesmak pozostal, wlasnie tego, ze on jest lepszy,
bo sie tu urodzil, a ja gorsza, bo mam nie tutejszy akcent. LDa mnie
to byl taki potencjalny BNP czlonek i az mnie zmrozilo.
3). Dzis przedszkole megodziecka bylo zamkniete, wiec na poczekaniu
podjelismy decyzje, ze idziemy do muzeum. Czas nam mijal spokojnie,
dziecku sie podobalo. Zachowywalismy sie cicho, az tu nagle
przechodzi obok nas wycieczka szkolna. Wiekszosc bialej mlodziezy. I
taka rozmowe doslyszalam: I no speak English. I'm Polish - i gora
smiechu po tym.
Tak jakos dziwnie po tych sytuacjach mi sie zrobilo. Ktos mi kiedys
mowil o tym, jak wielu ludzi sie z nas smieje, ale ja zawsze
twierdzilam, ze chyba nie, ze ja nigdy tego nie odczulam. Te
ostatnie pare dni jednak mi pokazalo, ze jest inaczej. Rozumiem
troche te nirtolerancje, ten szok kulturowy. Zdaje sie sobie sprawe
w tego, ze najlatwiej nam zaakceptowac ludzi podobnych do nas
samych, wiem, ze Londynczycy czuja sie przytloczeni obcokrajowcami,
stad tak wielu tubylcoc stad juz wyjechalo, ale jednak takiej
bezposredniej nietolerancji nigdy nie doswiadczylam, teraz ja widze,
i czuje sie z tym dziwnie, niepewnie.