ekonomowa
18.05.09, 22:55
Po dwóch miesiącach wykopywania przedwojennych korzeni, drutów i kawałków gruzu.
Po dwóch tygodniach rozrzucania nawiezionej ziemi, przekopywania, równania,
ubijania i zamaszystym siewie.
Po tygodniu obfitego zalewania ha-dwa-o.
Dziś. Zrozumiałam w końcu sens wszystkich przenośni o przygotowywaniu gruntu
pod coś, o dokopywaniu się do prawdy, o zbieraniu tego co się zasiało.
Dostrzegłam maleńkie (ale dzielne), cieniutkie (ale zielone jak jasny gwint)
druciki! Stało się! Poczęło się w gruncie, zapłodniło w dziwnej mieszance
słońca, wody i organicznych resztek - idzie trawa!
W moim DNA gen rolnika sprzed tysiącleci drgnął ze wzruszenia - to radość
archetypiczna!
To początek mojego ogrodniczenia, więc euforia jest naturalna. Liczę na rozwój
sytuacji i zazdroszczę wam, że wiecie co to bylina i jak poznać glebę
przepuszczalną, choć zasadową itd.
Pozdrawiam!