Gość: emeryt
IP: *.chello.pl
30.09.04, 14:23
Wielki mały człowiek
W czerwcu obchodził 70. urodziny. We wrześniu minęło 50 lat od jego
pierwszego meczu w barwach Legii. Od pół wieku pracuje w tym samym miejscu i
pobił w tym czasie większość piłkarskich rekordów Polski. Nadal trenuje
piłkarzy Legii. Nazywa się Lucjan Brychczy.
Jeśli ktoś nie znał się na piłce, a popatrzył na Brychczego, najpierw zdumiał
się, że jest tak niski (166 cm), potem - że można tak "kiwać". Brychczy miał
przez kilkanaście lat najlepszy drybling w Polsce. Był fantastyczny
technicznie, panował nad piłką w sposób mistrzowski. Nie ma zdjęcia, a
robiono ich Brychczemu tysiące, na którym piłka byłaby od jego stopy dalej
niż pół metra. Każdy drybling Brychczego, w którym mijał po kilku
przeciwników, kończył się albo podaniem do partnera, albo strzałem. On piłki
prawie w ogóle nie tracił.
Rodowity Ślązak
Jest jedynym w Legii czterokrotnym mistrzem Polski i czterokrotnym zdobywcą
Pucharu Polski. Przez dziewiętnaście sezonów rozegrał 452 mecze (368 w
lidze). To rekord klubu. Rekordem jest też liczba strzelonych goli - 225 (182
w lidze). Jeśli policzymy gry towarzyskie, można będzie mówić o około
siedmiuset meczach i ponad trzystu bramkach! Są to najlepsze osiągnięcia
polskiego piłkarza, z którymi nie wytrzymują porównania imponujące przecież
wyniki Ernesta Pola, Gerarda Cieślika czy Włodzimierza Lubańskiego. Jeśli do
tego dodamy 60 meczów w reprezentacji Polski w ciągu piętnastu lat, udział w
igrzyskach olimpijskich w Rzymie, funkcję kapitana w Legii i reprezentacji
oraz ponad 30 lat pracy trenerskiej na Łazienkowskiej, to wszystko będzie
świadczyło o fenomenie Brychczego.
Jest rodowitym Ślązakiem (jego ojciec walczył w powstaniach śląskich). Kiedy
zobaczył go węgierski trener Legii Janos Steiner, zażądał natychmiastowego
sprowadzenia do stolicy. Brychczy otrzymał powołanie do wojska na pół roku
przed ustawowym terminem. W połowie 1954 roku zameldował się w Warszawie i
został do dziś.
Kici
To Steiner nazwał go "Kici", czyli z węgierska "Mały". Kiedy Steiner, znany
ze swojego specyficznego języka, robił odprawę przedmeczową, na której
przydzielał piłkarzom zadania, nigdy nie miał ich dla Brychczego. "Kici das
ist Kici - mówił Steiner - szibkie labda, duszo rucha, gut spielt, dobra robi
gol".
Brychczy "bardzo dobra robił gol". Kiedy w roku 1955 zdobywał pierwsze
mistrzostwo Polski, miał dopiero 21 lat, a już należał do podstawowych
zawodników drużyny. Rok później powtórzył sukces. Koledzy ze Śląska wracali
po wojsku do domu i Brychczy też chciał. Legia chciała go zatrzymać, ale
sytuację pogarszał fakt, że Brychczy wziął ślub. On mieszkał w Warszawie,
żona na Śląsku. Generałowie opracowali tajny plan, któremu nadano nawet jakiś
kryptonim. Na Śląsk wyjechała delegacja, mająca za zadanie namówić żonę
Lucjana na przeprowadzkę do Warszawy. Pomógł sprzymierzeniec - ojciec
piłkarza. Żona przeniosła się do stolicy, zaprzyjaźniła z małżonką innego
śląskiego gracza Czesława Ciupy, a po dwóch latach ani jej w głowie był
powrót na zadymione południe. Od roku 1959 zajmują nieduży lokal w bloku przy
Świętokrzyskiej, między Pałacem Kultury i kościołem Wszystkich Świętych.
Brychczy grał i grał, czarując wszystkich swoją techniką. W maju 1960, na
meczu Legii z Wisłą przy Łazienkowskiej była cała brazylijska drużyna FC
Santos, wtedy jedna z najlepszych na świecie. Kiedy "Kici" strzelił bramkę,
nawet Pele bił brawo. Gdy w roku 1966 trenerem został słynny Jaroslav
Vejvoda, Brychczy chciał zakończyć karierę. Miał już 32 lata i coraz mniej
zapału. Do tego stopnia, że Vejvoda wyrzucił go z treningu. Po ćwiczeniach
zamknął się z Brychczym w szatni i przez godzinę przekonywał, że przy jego
umiejętnościach i formie zakończenie kariery nie ma sensu. "Kici" jest
potrzebny drużynie, jemu, młodemu, nieznanemu Deynie, zdolnemu skrzydłowemu
Gadosze, których w wielki futbol powinien wprowadzać wielki mistrz.
Podpułkownik
"Vejvoda umiał podejść człowieka. Sam nie wierzyłem, że w tym wieku jestem w
stanie osiągnąć coś, co się nie powiodło wcześniej" - powiedział Brychczy.
Efekt tej decyzji był dla Legii zbawienny. Kolejne dwa tytuły mistrza kraju i
przede wszystkim kariera w rozgrywkach o Puchar Mistrzów, z półfinałem w roku
1970. Kiedy Legia walczyła w ćwierćfinale tych rozgrywek z Galatasaray,
remisując 1:1 w Stambule i wygrywając 2:0 w Warszawie, wszystkie trzy bramki
zdobył właśnie on. Miał już ponad 35 lat i nie schodził z boiska ani na
minutę! Ostatni mecz rozegrał dopiero w roku 1972. Miał wtedy ponad 37 lat.
Brychczy nie mógł spróbować swoich sił w zagranicznym klubie. W jego czasach
się nie wyjeżdżało. Wojskowi mogli to sobie już całkiem wybić z głowy, a on
doszedł do stopnia podpułkownika. W meczu Polski z Hiszpanią w roku 1959
strzelił gola piętą. Największe światowe gwiazdy - Alfredo di Sfefano,
Francisco Gento z Realu Madryt i Luis Suarez z Barcelony rozmawiali z
trenerem hiszpańskiej kadry - Helenio Herrerą, czy nie warto by było tego
małego Polaka zabrać do Hiszpanii. W kimś takim kibice na stadionach Santiago
Bernabeu czy Nou Camp szybko by się zakochali. "Podobno Herrera z kimś na ten
temat z polskiego kierownictwa rozmawiał - wspomina Brychczy - ale do mnie
żadna oficjalna informacja nie dotarła. Wcześniej i później musiałem odrzucić
oferty klubów francuskich i belgijskich. Dopiero przed czterdziestką mogłem
wyjechać do polonijnego klubu Orły Chicago, ale ostatecznie zostałem w klubie
jako trener".
Tam, gdzie chce
Od ponad 30 lat, w nowej roli, jest nadal przy wszystkich sukcesach Legii.
Kiedy drużynę prowadził Andrzej Strejlau, poważnie zastanawiał się, czy nie
namówić "Kiciego", żeby wszedł choćby na pół meczu. Na treningach był bowiem
lepszy od zawodników, a miał wtedy 45 lat! Dziś, mimo siedemdziesiątki na
karku, jeszcze doprowadza do rozpaczy bramkarzy, którym z linii pola karnego
strzela tam, gdzie chce, a oni nic nie mogą zrobić.
Paweł Janas, któremu Brychczy pomagał, kiedy Legia zdobywała mistrzostwo w
latach 1994 i 95 nie przeszedł z nim na "ty", ponieważ za bardzo go szanował.
Były trener kadry Wojciech Łazarek, który jako zawodnik Startu Łódź miał
pilnować Brychczego, w ogóle nie wywiązał się z zadania. Na pomeczowe
pretensje trenera odparł: "On tak pięknie grał, że nie miałem sumienia mu
przeszkadzać".
Dziś prezydent Warszawy Lech Kaczyński wręczy Lucjanowi Brychczemu nagrodę za
50 lat pracy w Legii. Dostanie ją Ślązak, który przyjechał do stolicy wbrew
swojej woli, a został symbolem warszawskiego futbolu.
Autor: Stefan Szczepłek
Źródło: Rzeczpospolita