Forum Sport Sport
ZMIEŃ
    Dodaj do ulubionych

    Z pamiętnika lajkonika

    28.07.05, 15:02
    Lajkonic = podmiot nie znający znaczenia słów: górny spit, długi lot oraz
    brak asekuracji.

    Dzisiejszą cover story pragnę poświęcić naszej wczorajszej wyprawie na
    Sukiennice.
    Wszystko poszło źle, ponieważ ogień słoneczny zbyt mocno pełgał (?) nad
    skałami. W każdym bądź razie uznaliśmy to za powód frustracji.
    Kolega o nicku PowerW nie wdrapał się na 3 okapiki. Wdrapał się na ½
    pierwszego :> he he he, buahahaha. (I teraz wszyscy dowiedzą się o tym hehe).
    Kolega , którego nie ma na tym forum (nazwijmy go Arcov) znowu powiesił mi
    wędkę na Rysce Tygryska. I znowu po wdrapaniu się do szczeliny tkwiłam przez
    jakiś czas w bezproduktywnej pozycji.
    Generalnie było do bani.



    Obserwuj wątek
      • aard jesli wolno wyrazić opinię :) 28.07.05, 15:49
        podoba mi się idea tego wątku. Czekamy na dalsze cześci ;)

        Jak gdzieś w góry uderzę (czyli w Tatry w połowie sierpnia pewnie dopiero), to
        postaram się dopisać swoje porażki ;)
        • kleopatryx Re: jesli wolno wyrazić opinię :) 28.07.05, 16:16
          Sukcesy też możesz dopisywać. To nawet wskazane, aby mnie motywować :)
          • aard Okej, jeśli jakieś będą ;) 29.07.05, 10:19
            to i sukcesy dopiszę ;)
      • kklement Więcej szczegółow z tej wyprawy 02.08.05, 22:13
        Mnie to już strasznie frustruje i frustruje coraz bardziej i mam
        już dość wspinaczki, a Sokołów najbardziej. A ten wyjazd to od
        początku był do d.... Najpierw kolega zwany roboczo Arc'offem
        utknął na autostradzie ( ale był sam w aucie z koleżanką, co
        tłumaczy, dlaczego nie narzekal potem za bardzo ). My z PowerW
        byliśmy sprytni i zrobiliśmy cwany myk przez Świdnicę,
        wykorzystując moją znajomość Przedgórza Sudeckiego. I to był koniec
        sukcesów.

        Usychałem z pragnienia w aucie PowerW, bo nic tego dnia nie piłem.
        I obsesyjnie marzyłem o zimenj coli, którą sobie kupię w Trzcińsku
        czy jak się ta wiocha nazywa. I jedziemy i jedziemy i ja usycham i
        marzę i jest, JEST ! sklep, wysiadka, no i co ? I się okazało, że
        kleopatryx nie zabrała kasy ( o tym nie napisałaś, co ? :p.... ), a ja też nie
        miałem, bo bankomat po drodze był zepsuty. No i ja się prawie z nią o to
        rozwiodłem, kurcze. A potem było już tylko gorzej.

        No i przyjechaliśmy na ten parking, co jak na mój gust to by mógł być na
        szczycie tej górki, a nie u samego jej podnóża. I przyszedł jak zwykle ten
        dziwak, który się parkingiem opiekuje (?). I albo ja jestem coraz głupszy, albo
        z nim jest coraz gorzej, bo tym razem to już ni cholerę nie rozumiałem, co on
        do nas bredził. Poza tym, że po pięć zeta od auta, jak zawsze. A auta były już
        dwa, bo dojechał Arc'off z panną i - o radości iskro bogów - litrową colą,
        którą w swojej naiwności pozwolił mi nieść w plecaku, co rozwiązało moje
        problemy z pragnieniem.

        No i zawsze to samo pytanie: co chcecie robić. Odpowiedź z mojej strony była
        taka, że chcę grać na komputerze, ale głośno nie powiedziałem, żeby mnie nie
        pobili albo co. Zresztą i tak mało mówiłem, bo się nadal gniewałem na
        kleopatryxa o ten hajc. Zresztą jakbym miał precyzować, na co chcę się wspinać,
        to bym odpowiedział uczciwie, że na drabinę. Ale taką ze szczeblami co 2 metry
        20 cm, bo wtedy ja bym sięgał, a reszta zespołu nie i to by było bardzo miłe.

        No i stanęło na początek na Kanciku na Sukiennicach, bo to taka prostota, że
        istniało podejrzenie, że nawet ja wejdę, chociaż się na wspinaczkę obraziłem.
        No i co, wszedłem, co mam na 4+ nie wejść, i tylko raz ( eee, dwa razy )
        chciałem się wycofać.

        I weszli wszyscy, a PowerW to wszedł i zszedł, bo to taki ambitny typ. I na 3
        Okapy się pchał, ale podobno nie dał rady, ale ja nie widziałem tej walki, więc
        nie gadam.

        No i co dalej ? To samo co zawsze. Taaaa, Ryska K... Tygryska. Arc'off założyl
        wędala i PowerW wszedł. A ja nie wszedłem. Nawet opanowałem dwie nowe,
        eleganckie i szybkie sposoby dotarcia do miejsca, które mnie przerasta - to
        tak, żeby się szybko i elegancko sfrustrować. To znaczy ja parę razy wlazłem
        wyżej, prawie do końca ( do końca z naszej paczki to tylko Arc'off wlazł, no
        ale on musiał, żeby nam wędala założyć ), ale się nie naumiałem i dalej to
        kwestia probablistyczno - heroiczna. I kleopatryx też nie weszła, ale to
        dlatego, że się bała, że jak wejdzie po tym jak ja nie wszedłem, to ja już w
        ogóle od niej odejdę. Poudawała tylko, że nie daje rady. Ale ja ją przejrzałem
        i i tak się naburmuszyłem jeszcze bardziej.

        A PowerW wlazł na Nitkę czy jak się ten syfa nazywa. Ja się na nim od ziemi
        odbić nie mogę, a on to robi jak chce, a wspina się od maja, a ja od września.
        I co ? Każdy by się k... sfrustrował. A Arc'off na luzaku na jakieś "hapół" czy
        jak się to nazywa wlazł i bardzo był happy. Na szczęście zrobiło się ciemno i
        trzeba było kończyć. Z tym na szczęście to sie pospieszyłem, bo potem musiałem
        po ciemku złazić z liną. Pozakładali sobie te czołówki, a ja po ciemku. PowerW
        poświecił, jak ja już tymi k... mocno porzucałem, a kleopatryx, jak na nią
        wrzasnąłem. No i potem po kamulcach w dół. Że sobie nikt jeszcze nogi na tych
        nocnych złazach nie złamał to cud. Pewnie ja sobie złamię, jak znam swoje
        szczęście do wspinaczki. Taka ironia będzie.

        Jak na parking dotarliśmy, to już total ciemnota była. A ja się musiałem mieć
        na baczności. Poprzednią razą to już byłem taki happy i odprężony, że to finito
        i do domu i komputera jadę, że się zagapiłem i zrobiłem mistejk. Bo było
        ciemno, ciemno jak cholera, a tu nagle JEBUT ! Błysk jakby piorun rąbnął. A to
        ja rabnąłem. Czołem w klapę tej cholernej toyoty PowerW.

        No, ale tym razem to już się nie dałem podstępnie zaskoczyć.

        I wyprawa się skończyła. Jeszcze tylko sobie pospaliśmy w aucie. To znaczy ja i
        klepotaryx, bo PowerW chyba nie spał, co wnioskuję z tego faktu, że nas dowiózł
        do Wrocka.

        I tyle.
        • aard brawo! 09.08.05, 11:00
          Jesli wolno wyrazić opinię, całkiem udatna bujdałka :)))
          A następnym razem nie idźcie na Sukiennice, tylko gdzie indziej i miast się
          frustrować, spróbujcie czegoś nowego.
          Jakby Wam było brak pomysłów, co to ma byc, zajrzyjcie tutaj:
          www.wksg.internetdsl.pl/dozent/sokoliki/sokoliki.html
      • Gość: PowerW Re: Z pamiętnika lajkonika IP: *.kom / *.kom-net.pl 08.08.05, 22:44
        Hm, a mi wspinaczka i tak się podoba. A na 3 okapy też kiedyś wejdę. Jak nie
        będę próbował to nie wejde napewno.
      • Gość: wentylator Re: Z pamiętnika lajkonika IP: *.com / *.internetdsl.tpnet.pl 08.08.05, 23:33
        grunt to mieć CEL
        generalnie filozoficznie nieprzypadkowo jednakowoż jak mawia jeden z niepoetów
        ruch to życie bo...
        życie to ruch
        a kto sie nie rusza temu... JEST ZIMNO
        (jak mawia wentylator :) )
        pozdro for kleoptrx i życzenia piekących przedramion i zaognionych łydek w
        punkcie celowym i ogólnego samozadowolenia kopytko


        (co za bełkot)

        na deske trza pozdro
      • aard Z pamiętnika lajkonika 23.08.05, 11:10
        Wszystko poszło źle. Byłem bez formy, nie chciało mi się jechać i zapowiadali
        dupówę. Mimo to pojechałem. Sobotę spędziłem śpiąc na taborze w Moku. Po
        południu trochę siąpiło. Mimo to rano zerwaliśmy się i - w lampie - uderzyliśmy
        na Czołówkę MSW. Szare Zacięcie plus Starek-Uchmański czekały.

        Zaczęło się nieszczególnie - w kluczowym miejscu pierwszego wyciągu mnie
        wybrało i musiałem założyć stan tuż poniżej trudnosci zacięcia. Ściągnąłem
        Kaszkadera, który po chwili przebiegł trudności VI+ i założył stan na wielkiej
        trawiastej póle. Przeżęziłęm zacięcie w jednym miejscu azerując, po czym wbiłem
        się w lekko wilgotny płytowy wyciąg V+ z przewieszonym miejscem VI, gdzie
        oczywiście znów mnie wybrało, a na dodatek się pośliznąłem i AF. W końcu jednak
        załoiłem i założyłem wiszący stan powyżej przewiszki. Następny wyciąg pod
        okapem to był horror: Kaszkader skradał się na średniej asekuracji po totalnie
        mokrej skale z wodą co i raz kapiącą za kołnierz. Na koniec trawers w prawo
        przez ruchomy blok na małą trawiastą półeczkę. Chwila odpoczynku i zasłuzone
        pogwizdywanie z podziwem na widok otwierającej się pod nami lufy.

        Stamtąd miałem łatwy technicznie choć skomplikowany orientacyjnie wyciąg
        połogim zacięciem, a potem trawersem w przeciwnym kierunku. Potwornie
        przesztywniłem i musiałem wybierać każdą żyłę z osobna. Następny wyciąg by
        Kaszkader nie zapisał się niczym szczególnym w pamięci. Niedługi i nietrudny.
        Potem ja miałem wyjście na trawiastą półeczkę - głupie, bo chwyty były
        niewyraźne i mokre, ale w końcu złapałem się kępy trawy i jakoś wyszedłem. Crux
        mojego wyciągu był jednak wyżej i znów mnie postanowił nie puścić. Założyłem
        stan poniżej i ściągnałęm Kaszkadera, który tym razem musiał sporo się namęczyć
        i parę razy cofnąć, zanim wreszcie zrobił cały wyciąg (z fragmentem VI+) i
        wyprowadził nas na system półek powyżej Czołwki MSW. Powrót czterema zjazdami
        był na szczęście formalnością.

        Drugiego dnia poszliśmy na czołówkę Kopy Spadowej, gdzie mieliśmy Walczyć o
        Ogień. Tyle że opis Cywińskiego jakoś nam nie przypasował i wbiliśmy się na
        żywca, w trekach i z plecakami (w których w środku były uprzęże) w ścianę w
        miejscu, gdzie - jak się potem okazało - ewidentnie nie było żadnej drogi.
        Podejście miejscami trójkowe po chwili już zaczęło nas napawać wątpliwościami
        co do możliwości zejścia. Na mikropółce założyliśmy więc dupowspory i
        iluzoryczny stan i heja do góry szukać drogi. Kaszkader namierzył jakąś starą
        pętlę na bloku, ale to nam niewiele pomogło, bo w opisie drogi miało być sporo
        haków, a tu ani jednego! Potem przyszła pora na mnie - po piątkowym zacięciu i
        przewinięciu się za filarek znalazłem się... na półce, gdzie zaczynają się
        trudności Skłodowkskiego i Pachniesz Brzoskwinią, czyli ładnych kilkanaście
        metrów na prawo od zamierzonej linii drogi! W tej sytuacji postanowiliśmy
        zakończyć tę nierówną Walkę o Ogień i powąchać Brzoskwinię, która to miałą być
        przyjemna i łatwa orientacyjnie, bo obita.

        Tu jednak moja nadszarpnięta brakiem formy i ogólną marudnością wola walki się
        skończyła definitywnie i resztę wyciągów (trzy) prowadził Kaszkader. Na jednym
        z nich nie omieszkał zresztą podyndać. Dwa pierwsze miały miejsca VII- (gdzie
        wisiałem), ostatni za to przez ok. połowę swoich 40 metrów trzymał trudności
        szóstkowe. Ten udało się zrobić bez większych problemów i - nareszcie! - w
        ciągu. Oczywiście pod koniec zaczęło padać i padało coraz bardziej aż do
        nastepnego ranka, kiedy to spakowałem mokry szpej i podążyłem do Palenicy...
        • aard jest problem 18.10.05, 13:17
          bo następny wyjazd był całkiem udany ;)

          Nie będę wnikał we wszystkie szczegóły, opiszę tylko jedną drogę, a właściwie
          jej pierwszy wyciąg, który był jednym z najpiekniejszych, jakie w życiu
          zrobiłem. Chodzi o Prawy Komin VI+ na Sokolicy w Dolinie Będkowskiej.

          Tego dnia psycha była średnia, a nie poprawiała jej dodatkowa atrakcja w
          postaci samoistnie sypiących się od czasu do czasu ze szczytu skały kamieni. My
          oczywiście (wszak to skałki!) bez kasków. Wbiłem się w wyciąg w oesie.
          Początkowo prowadził niewybitną rynną lub wybitną depresją, która była na tyle
          szeroka, że w zasadzie o zapieraczce nie było mowy. Na szczęście były niezłe
          dziurki. Mimo to po trzeciej zakładanej w lekkim przewieszeniu wpince byłem już
          nieco wybrany i bardzo doceniłem następujący po dość masywnym sięgnięciu w lewo
          rest na półeczce z dudniącym blokiem.

          Rest był więc fizyczny, ale psycha jakoś nie spieszyła się piać peanów na jego
          cześć. Mój partner też chyba zachwycony nie był, bo pobłagosławił mnie na
          dalszą drogę słowami "Spie..j stamtąd natychmiast!". Co też po chwili
          uczyniłem. Następny dwuwpinkowy odcinek prowadził przekrokiem w prawo i ładną
          pięćplusową sekwencją do nyży, gdzie w całości się umościłem na dłuższy rest.
          Dłuższy niż przewidywałem, bo okazało się, że nie ma specjalnie pomysłu jak z
          niej wyjść. Owszem stopni w jej ścianach bocznych było sporo, ale wychylając
          głowę i tułów na zewnątrz już po krótkim czasie traciłem szansę korzystania z
          jedynego przyzwoitego chwytu - dwupalczastej odciągowej dziurki na pół paliczka
          prawej ręki. No i oczywiście nad nyżą mydło. Widziałem co prawda jeden
          domniemany chwyt, ale kompletnie poza zasięgiem, a innych nie widziałem, może
          dlatego, że właśnie wtedy wreszcie zaświeciło mi słońce... prosto w ryj.

          Cofnąłem się do nyży na naradę bojową z samym sobą i po chwili wylazłem
          jeszcze wyżej na nogach chwytając się podchwytowego oblaka w samym jej dachu.
          To starczyło na wysięgowy ruch do niezłej klamki będącej płetwą położoną daleko
          w lewo i na dodatek w lewo opadającą. Musiałem zaryzykować i ostrożnie
          poszedłem na tarcie w jej stronę. Lekko mnie bujnęło, ale utrzymałem. Nastepny
          ruch to wstawka prawą nagą na mikrostopień poniżej lewej ręki i smutna
          konstatacja, że tam, gdzie miał być domniemamy pod słońce chwyt jest
          nieprzydatny (bo zbyt nisko położony) oblak, za to wyżej, w rysie... no, ale
          tam trzeba sięgnąć! Delikatne cofnięcie, restowy zwis w klamie i bulderowa
          wstawka lewą nogą do lewej ręki. Ustałem! Potem już prawa reka w upatrzoną
          ryskę, prawa noga poniżej na wzgardzony przez rękę oblak i heja! Ostatnie
          siedem metrów było czwórkową formalnością, a cały wyciąg o długości ok. 35
          metrów zapisał się w pamięci chyba najszczegółowiej ze wszystkich przebytych
          przeze mnie w oesie dróg... :))

          Pozdrawiam,
          aA
          Rd

    Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


    Nakarm Pajacyka